31 marzec 2009

Wiosenne obniżki cen w Red Horsie








Zainteresowanych szczegółami zapraszam na stronę Wydawnictwa.

Martine Murray. Henryśka - drugiej tak wspaniałej nie znajdziecie.


Wydane przez

Wydawnictwo Zielona Sowa

Henryśka to szalenie energiczna dziewczynka, która już - mimo młodego wieku - doskonale wie co lubi, a czego nie lubi oraz kim chce zostać: "Nie (...) matką, ponieważ matki muszą sprzątać".

Bohaterka ksiązki ma młodszego brata, psa, dwie myszki i mnóstwo pomysłów na to, co chciałaby odkryć. Mnie najbardziej spodobała się - jeszcze czekająca na odkrycie - Kraina Gderliwych Ziemniaków i Przygłuchych Brukselek.

Książka ma różną wielkością i krojem czcionkę, proste obrazki i mnóstwo humoru. Henryśka zna swoje wady i zalety. I choć czasami przedstawia to, co jest wadą jako zaletę, nie sposób odmówić jej umiejętności wzbudzania sympatii. Nieograniczona wyobraźnia dziewczynki pozwala dojrzeć w rzeczach znanych niecodzienną przygodę, a przepustkę do przygód chciałoby otrzymać każde dziecko. Przedstawcie dzieciom Henryśkę:)

Marcowe DKK

Dni mijają, zaraz nadejdzie kwiecień i pora na kwietniowe DKK, a ja zapomniałam opisać już minione spotkania.

"Przepiórki w płatkach róży" wzbudziły miłą rozmowę. Mnie od tej książki odrzucało, ale wśród dyskutantek ustalił sie pogląd, że smakowitości przyrządzane przez Titę nadają książce niepowtarzalny klimat i co więcej - jest to klimat za jakim się tęskni (mój wegetarianizm nie tęsknił ani trochę). Ostatecznie osiągnęłyśmy consensus stwierdzając, że z tą książką jest tak jak z serialem meksykańskim - nieco przerysowana fabuła, skrupulatne odnotowywanie najdrobniejszych faktów i duża dawka nierzeczywistości ubrana w stereptypowe marzenie kobiet - miłość.

"Senność" omawialiśmy w innym towarzystwie. I tu dyskusja była grzmiąca, choć mam wrażenie, że głównie dzięki filmowi o tym samym tytule, a nawet dzięki odtwórcom głównych ról - Magłorzacie Kożuchowskiej i Michałowi Żebrowskiemu. Podzieliliśmy się na dwie frakcje - tę twierdzącą, że Kuczok pisze czytadła podobnie jak pisał je Sienkiewicz, i tę, która twiedziła, że Kuczok umie pisać i jego utworów nie można zaliczyć do "czytadeł".

Na kolejne spotkania czytamy "Drogę do piekła" Majgul Axelsson i "Łaskawe" Littela.

Maria Pruszkowska. Życie nie jest romansem, ale…



Kontynuacja opowieści o rozczytanej rodzinie, którą poznać mogliśmy w książce „Przyślę Panu list i klucz” toczy się podczas II wojny światowej, więc nieco mniej jest w niej czytania, znacznie więcej prób przeżycia w opanowanej przez Niemców Polsce. Mimo sytuacji, która nie napawa specjalnie optymizmem autorka znajduje właściwy dystans i różne – czasami groźne bardzo wydarzenia – przedstawia z właściwą sobie ironią.

30 marzec 2009

Czytelnictwo 2008 - podsumowanie ankiety

W ankiecie udział wzięło 107 respondentów, z których 84,11% sięga po literaturę beletrystyczną. Najpopularniejsze wśród nas są powieści sensacyjno-kryminalne, najmniej popularne – dotykające tematyki ezoterycznej. Większość z nas książki kupuje, sporo - korzysta z bibliotek. Największym powodzeniem cieszą się biblioteki publiczne. Tylko 4 osoby nie kupiły żadnej książki w minionym roku – 96,26% z nas książki kupowało. Zakupów dokonujemy zgodnie z tym, co lubimy czytać – 86,91% respondentów kupowało literaturę piękną, choć więcej kupujemy powieści obyczajowo-romansowych (60,74%) niż sensacyjno-kryminalnych (57%). Nikt nie kupił książki o treściach ezoterycznych. Kupujemy w EMPiK-u, w tradycyjnych księgarniach oraz w księgarniach internetowych. Prawie połowa z nas kupuje w taniej książce. Wszyscy uważamy, że zadaniem biblioteki jest wypożyczanie książek.  Większość z nas nie korzysta z e-booków i audiobooków, przedkładając nad nowe technologie tradycyjny sposób smakowania literatury.

Za udział w ankiecie serdecznie dziękuję. Dokładne wyniki można zobaczyć tutaj.

Karin Fossum. Oko Ewy.



Wydane przez

Wydawnictwo Książnica

To moje pierwsze spotkanie z Karin Fossum i muszę przyznać, że uważam je za udane.

Ewa Maria Magnus, to malarka samotnie wychowująca córkę i próbująca wyżyć ze stypendium artystyczne. Pewnego dnia Ewa spotyka dawno niewidzianą przyjaciółkę z dzieciństwa, która to przyjaciółka trudni się dostarczaniem mężczyznom, rozkoszy, a Ewie proponuje przystąpienie do podobnej działalności. Ta specyficzna sytuacja jest kluczem do zrozumienia wyborów jakich dokonuje Ewa w sytuacji, w której może decydować o swoim dobrym życiu. Nawet gdy owo „dobro” jest dyskusyjne.

Autorka skupia się mocniej na przeżyciach i przemyśleniach głównej bohaterki, niż na faktach z jakimi są one powiązane. Ukazuje psychikę człowieka, jego skłonności do działań, o które sam siebie nie podejrzewa, a które stają się naturalne w odpowiednich warunkach.

Historia Ewy opowiedziana jest z dystansem; początkowo trudno było mi zaangażować się w lekturę. Jednak po kilkunastu stronach poczułam tak silne zainteresowanie pisaniem Fossum, że nie mogłam już odłożyć powieści aż do jej ostatnich stron.

29 marzec 2009

Ewa Marcinkowska-Schmidt. Bajka. O kurce Złotopiórce, która chciała znosić białe jajka.





Wydane przez
Wydawnictwo Klucze



W świecie, w których wielu chce być lepszym od innych, polem rywalizacji mogą stać się różne, czasami dość niespotykane dziedziny. W bajce Ewy Marcinkowskiej-Schmidt rywalizacja dotyczy koloru skorupki jajka.

Kurka dumna ze swego upierzenia, nosząca w ogonie złociste piórka zapragnęła znosić jajka nie beżowe, jak zazwyczaj, lecz białe. Postanowiła zatem zgłębić tajemnicę białych skorupek i w tym celu przeprowadziła na podwórku małe śledztwo.

Myślę, że bajeczka o kurach i jajkach, których znoszenie jest kurzym obowiązkiem w zamian za karmienie i bezpieczny dom, dobrze wpisuje się w czas przedświąteczny, w czas, gdy w naszej kuchni pojawiają się jajka w rozmaitych kolorach, wielkościach i w „doskonałym, niepowtarzalnym kształcie”.

Uważni rodzice pomogą odnaleźć swoim pociechom morał w bajce. Miłej lektury:)

Particia Highsmith. Niedołęga.





Wydane przez
Wydawnictwo Noir Sur Blanc



Po lekturze „Księgi zemsty dla miłośników zwierząt” zainteresowałam się Panią Highsmith i jej twórczością. Niedawno wydaną, debiutancką powieść autorki, przeczytałam z dużym zainteresowaniem i z powodu owego zainteresowania trudno mi znaleźć słowa, by o niej napisać.

Melchior Kimmel, antykwariusz, urażony zachowaniem swojej żony, od której – jego zdaniem – należy mu się szacunek jako człowiekowi światłemu, intelektualiście i specjaliście w swojej dziedzinie, postanawia żonę zabić. Zapewnia sobie alibi, po czym jedzie za autobusem, w którym jego żona opuszcza miasto i korzystając z przerwy w podróży zwabia ją w ustronne miejsce, by zabić.

Kilka miesięcy później w podobnej sytuacji znajduje się inny mężczyzna. Clara wyjeżdża z miasta, Walter dogania autobus i podczas postoju szuka wśród pasażerów żony. Nie znajduje jej, wraca do domu, a następnego dnia dostaje wiadomość, że jego żona nie żyje – spadła z urwiska podczas przerwy w podróży.

Trzecim bohaterem jest policjant, który podejrzewa obydwu mężczyzn o zamordowanie żon. Rozmawia z nimi, śledzi ich poczynania, odwiedza ich przyjaciół i znajomych, próbując znaleźć wszelkie ślady, które udowodnią mu samemu, że jego przekonania są zgodne z rzeczywistością.

Particia Highsmith stworzyła misterną intrygę przypominającą mi nieco taniec lub pojedynek. Mężczyźni dochodząc do głosu próbują zdyskredytować przeciwników, ukazując siebie w najlepszym świetle, używając do tego wszelkich trików, ze szczególnym uwzględnieniem psychologicznych manipulacji. Pisanie Haghsmith jest oszczędne i suche; nie znajdziemy w powieści wybuchów emocjonalnych, brak tu maniery przypisywanej przez niektórych dzielących literaturę na męską i damską, cech jakie przypisywać by można kobiecemu pisaniu. Autorka daje nam fakty, pokazuje czyny i myśli bohaterów. Do nas należy decyzja dotycząca tego, jak silnie damy porwać się historii stworzonej przez autorkę.

Particia Highsmith pisze literaturę samoswoją, osobną od wszystkiego co czytałam dotychczas. I cieszę się, że czeka mnie jeszcze kilka spotkań z jej twórczością.

Gacek & Szczepańska. Zielony trabant.





Wydane przez
Wydawnictwo Nowy Świat



Ewelina i Lilka odziedziczyły po ciotce komunistce podupadły hotelik położony w małej mieścinie. Ich toksyczna matka, afektowana aktorka teatralna, uważa za właściwą sprzedaż hotelu. Lilka, przeżywająca wciąż swój rozwód, nienawidząca pracy w wydawnictwie, postanawia zmierzyć się z zarządzaniem odziedziczonym dobrem i wyjeżdża z Warszawy w towarzystwie przyjaciółki, której również potrzebna jest zmiana środowiska.



Opowiastka o próbach przedzierżgnięcia się zahukanej młodej kobiety w bizneswoman, opis jej perypetii związanych z prozaicznymi czynnościami (ot, choćby nakarmieniem gości), zderzająca się z prowincjonalna mentalnością i realiami (w żadnym sklepie nie można zapłacić kartą?!) jest zabawna i można się przy niej rewelacyjnie odprężyć. Wprowadzony do powieści wątek kryminalny rozwija się w tak specyficzny sposób, że jego rozwiązanie ukazuje się czytelniczym oczom tuż przed zakończeniem powieści i w dodatku nie jest rozwiązaniem kompletnym, a takim, które pozostawia wiele dla wyobraźni czytelnika.



Przyjemna, zabawna lektura.

Jean-Marie Gustave Le Clézio. Afrykanin.





Wydane przez
Wydawnictwo Cyklady

Jeśli ktoś po przeczytaniu powieści Le Clezio zastanawiał się za co ów autor otrzymał Nagrodę Nobla powinien czym prędzej sięgnąć po „Afrykanina”.

W opowieści biograficznej noblista składa hołd swojemu ojcu. Opowiada o jego trudnym życiu, o swoim z ojcem spotkaniu, o przestrzeni w jakiej dane im było żyć i o tym, co pojawienie się ojca zmienić może w życiu ośmiolatka, który cieszy się nieograniczona niemalże wolności na afrykańskiej sawannie.

Zachwycił mnie ciepły język w jakim pisarz przedstawia czytelnikowi świat dziecięcych uniesień i chwil przepełnionych szczęściem. Ze wspomnień Le Clezio wyłania się Afryka pełna tajemnic, obiecująca przygodę, wabiąca swoją głębią i obiecująca doznania, jakich nie sposób zaznać w innej części świata.

Pisarz w dojrzałym już bardzo momencie swojego życia powraca do lat dzieciństwa i, zapewne podobnie jak wielu z nas, idealizuje kraj dziecięcych przeżyć.
Pozostaję pod wielkim urokiem.

26 marzec 2009

Kobiecość w obliczu zmian. Studia interdyscyplinarne. Red. Aneta Chybicka, Beata Pastwa-Wojciechowska.



Wydane przez

Wydawnictwo Impuls

Panie Chybicka i Pastwa-Wojciechowska zebrały w swojej publikacji bardzo interesujące teksty dotyczące spraw, o których w nieco lżejszej formie mówi się w prasie tzw. kobiecej i społecznej.  Znajdziemy zatem w „Kobiecności…” rozważania na temat tego, dlaczego ktoś podrywa tylko żonatych lub tylko mężatki, czemu niektórzy zachowują wstrzemięźliwość seksualną i kiedy jest to normą, a kiedy już patologią. Ciekawie przedstawiono także to, w jaki sposób wybieramy człowieka, z którym dzielimy życie. Fascynująco adekwatny do niedawnych rozmów w kobiecym gronie jest temat związany z postrzeganiem ról i odpowiedzialnością za życie rodzinne w oczach kobiet i w oczach mężczyzn. Głos oddano też autorom piszącym o dyskryminacji, także w wymiarze krzywdzącym mężczyzn.

Nieco odmienne tematycznie, aczkolwiek równie interesujące, są teksty opisujące kobiety – więźniarki i kobiety Służby Więziennej, a także wskazujące na obecność kobiety w Kościele i mitologiach.

Lektura ciekawa i pozwalająca naukowo spojrzeć na wiele nurtujących nas codziennie spraw.

Maria Pruszkowska. Przyślę Panu list i klucz.



Bez cienia wątpliwości dołączę do grona tych, którzy zachwycają się twórczością Marii Pruszkowskiej. Ze wstydem przyznaję, że nie wiedziałabym o tej ksiażce, gdyby nie notatka w Księgogrodzie. Ale skoro już wiem i przeczytałam zachęcam i Was do tej znajomości.

Rodzina Zosi cechuje się tym, że czyta. Czyta podczas jedzenia, przed snem, na lekcjach, w podróży i zamiast wielu czynności, które może należałoby wykonać, ale przecież trzeba przeczytać książkę. I kolejną, i jeszcze jedną...

W bohaterach książki odnalazłam siebie. A Wy?

Bernhard Schlink. Lektor.



Wydane przez

Wydawnictwo Muza

Przyznaję – im książka jest głośniejsza, tym trudniej mi się do niej zabrać. Stąd też i długotrwałe czytanie „Lektora”.

Spodziewałam się czegoś innego. Spodziewałam się ckliwej historyjki przedstawiającej romans dojrzałej kobiety i młodego chłopca, która finał znajduje na sali sądowej. Dostałam świetnie nakreśloną historię namiętności, zdrady, odpowiedzialności moralnej wobec i za innych ludzi kończącą się nad grobem.

Duże wrażenie zrobił na mnie fragment, w którym opisane są wahania Michaela dotyczące definicji zdrady, jej relatywizmu. Interesująco brzmi również pogląd ojca Michaela, zajmującego się filozofią, który stwierdził, że „ filozofia nie dba o dzieci. Zostawiła je w rękach pedagogiki, ale to nie są dla nich dobre ręce.” Kolejnym tropem, za którym można by podążyć jest rozważanie na temat tego, jak pokolenia tych, którzy nie zawinili podczas Holokaustu, maja traktować przeszłość ( a w pewnym rozumieniu teraźniejszość) swoich rodziców, jak żyć ze świadomością, że ci których kochamy i z którymi przeżyliśmy wiele dobrych chwil, dla innych ludzi byli katami.

Najważniejszą, dla mnie, wartością tej książki jest to, że nie daje odpowiedzi, a zadaje wiele pytań.

25 marzec 2009

Paweł, który bywa Wawrzyńcem


Prowincjonalna Nauczycielka: Proszę przedstawić się Czytelnikom bloga „Z lektur prowincjonalnej nauczycielki…” :)

Paweł Klimczak: Jako Wawrzyniec powinienem odpowiedzieć, że mam cztery i pół roczku, bo tyle istnieje blog, ale pewnie nie o taką odpowiedź chodziło. Porzućmy więc na chwilę Wawrzyńca. Mam na imię Paweł, lat 35. Przeważnie na tych informacjach poprzestaję opowiadając o sobie przy okazji mówienia o blogowaniu, resztę szczegółów uznając za nieistotną. Pisaniem zająłem się, jak już wcześniej wspominałem, pewnego ponurego, jesiennego poranka w 2004 roku, kiedy to zafascynowany szczerą energią płynącą z innych blogów postanowiłem stać się częścią tak zwanej blogosfery.

PN: Pisanie bloga oswaja z byciem ocenianym. Czy jednak były takie recenzje, pozytywne lub negatywne, po wydaniu Pańskiej pierwszej książki, które szczególnie wbiły się Panu w pamięć?

PK: Rzeczywiście pisząc bloga, zwłaszcza takiego, który pojawia się na szczytach rankingów popularności, bądź zdobywa wyróżnienia, trzeba mieć twardy pancerz, bo anonimowych napastników nie brakuje. Bardzo rzadko na blogu spotykałem się z krytyką, która wynikała z jakiejś głębszej analizy, wskazywała na błędy, z krytyką, z którą można było polemizować, lub po prostu zgodzić się i starać się wyeliminować niedoskonałości. Cieszę się, że przytrafiło mi się mieć kilku komentatorów, którzy wytknęli mi pewne błędy i zmusili do przemyślenia i poszukiwania nowych rozwiązań. Bez obiektywnej oceny łatwo zabrnąć w ślepy zaułek, wdzięczny więc jestem tym, którzy postanowili mnie nie głaskać, tylko wstrząsnąć wskazując, że do doskonałości jeszcze daleka droga. Przydają się takie wstrząsy, bo jednak olbrzymia większość komentarzy i maili, to pochwały, często mocno przesadzone, po lekturze których trudno podnosić sobie poprzeczkę, kusi natomiast możliwość odcinania kuponów i schlebiania gustom czytelników. Dlatego też staram się skomplikować nieco fabułę i odchodzić coraz dalej od typowego dla blogów zapisywania codzienności wprowadzając coraz więcej wątków fantastycznych i absurdalnych. Liczę na to, że czytelnicy „kupią” tę konwencję. Od początku istnienia bloga założenie jest jedno: piszę, żeby oderwać się od przyziemnych problemów i pisanie ma sprawiać radość przede wszystkim mi. Jeżeli spodoba się jeszcze komuś, to świetnie.

Nie spotkałem się natomiast ze złymi recenzjami pierwszej książki. Fakt, że nie było ich wiele, ale spodziewałem się spotkać z opinią, że „oto literatura sięgnęła dna, kiedy to każdy internauta może ze swoich notatek uczynić książkę”, jednak jak dotąd żadnych miażdżących recenzji nie znalazłem. Szczerze mówiąc nie czuję się też z tego powodu szczególnie rozczarowany.

PN: W artykule „Książka z bloga” zestawia się Pańskie zapiski z tym, co piszą i wydają inni autorzy – blogerzy. Czy chciałby Pan odnieść się w jakiś sposób do zaproponowanego Panu, we wspomnianym artykule, towarzystwa?

PK: Niestety nie czytałem żadnej z wymienionych w tym artykule, nie wyłączając swojej, którą czytałem ostatnio na etapie korekty, a po wydaniu odłożyłem na półkę, żeby zajrzeć do niej po latach. Poza tym, z kilkoma wyjątkami, zaprzestałem czytania blogów i powróciłem do nałogowego czytania powieści. Jako nastolatek czytałem tony książek, by później zdradzić literaturę na rzecz innych rozrywek. Od kilku lat fakt, że usiłuję wycisnąć coś z klawiatury, spowodował we mnie głód czytania i uczenia się od lepszych, jak powinno się pisać.

Wracając do wymienionych w artykule książek – opisy brzmią zachęcająco, więc jeżeli tylko te książki wpadną mi w ręce, to przeczytam.

PN: W programie Ewy Drzyzgi mówił Pan o sobie jako o Wawrzyńcu,  o swojej Rodzinie – jako o Rodzinie Wawrzyńca. Dlaczego? Co może Wawrzyniec, a czego nie powinien Paweł?

PK: Jak już wcześniej wspominałem, mój blog i książki to nie pamiętniki. Oczywiście 70% Wawrzyńca to ja, ale przerysowany na użytek fabuły, dlatego też, jeżeli zdarza mi się rozmawiać o mnie, jako o bohaterze bloga, to wolę mówić o Wawrzyńcu. Paweł ma w swoim życiu wiele spraw, o których w blogu, czy książkach nie znajdziecie ani słowa, więc wolę oddzielać tę pół-fikcję od rzeczywistości. Inna sprawa, że czytelnikom, z którymi miałem przyjemność się spotkać przez gardło nie chce przejść „Paweł”. W końcu ja też jak widzę na ekranie Mikulskiego, to myślę „Kloss”.

PN: Na ile Pańskie pisanie staje się działaniem medialnym? Co zmieniło w Pańskim pisaniu wydanie książki z tekstami z bloga?

PK: Staram się nie stać się niewolnikiem bloga i traktować go jako przyjemne uzupełnienie życia w „realu”, dlatego też pisanie bloga, czy wydanie książki zmieniło niewiele. Przypuszczam, że gdybym kiedyś nie podjął takiego działania, byłbym dokładnie takim samym człowiekiem, może tylko bardziej sfrustrowanym, ponieważ nienawidzę zasypać z myślą, że dzień przeciekł mi przez palce i nie pozostał po nim żaden ślad. Ciekawe natomiast jest to, że dostaję wiele maili z wyznaniami, ze czytanie bloga czy książki miało wpływ na czyjeś życie, pozwoliło mieć nadzieję na normalne życie, podjąć jakieś ważne decyzje, czy tez jest jedyną okazją do śmiechu w dramatycznej sytuacji. Tego się nie spodziewałem, bo w końcu chodziło mi tylko o to, żeby „porobić sobie jaja” pisząc krótkie opowiadanka, bez żadnej ideologii i zamiaru zmieniania czyjegokolwiek życia.

PN: Co musi mieć wpis na blogu/ fragment książki, by był ciekawy dla czytelników po roku, trzech czy piętnastu latach?

PK: Pojęcia nie mam. Blogi, które przetrwają kilkanaście lub kilkadziesiąt lat z pewnością będą wspaniałym zapisem czasów i mogą wywoływać takie same reakcje, jak oglądane dziś stare kroniki filmowe lub odnaleziona na strychu gazeta. Ja czekam, aż dwoje moich dzieci dorośnie i będę mógł im dać do przeczytania książki, które w dużej mierze są zapisem ich dzieciństwa. Być może największą wartość będą miały za kilkanaście lat blogi pisane przez rodziców dla ich dzieci. Wyobrażam sobie, jakim przeżyciem będzie dla nich ich czytanie, być może będzie też sposobem na przełamanie jakiś barier i zrozumienie siebie nawzajem. Może być ciekawie.

"Czystopis" - zapowiedź recenzji



Książka Siergieja Łukjanienki zaczyna się tak:

"Dworzec kolejowy to miejsce przemiany. Wsiadamy do pociągu i przestajemy być sobą. Od tej chwili mamy inną przeszłośći i liczymy na inną przyszłość. Przypadkowemu współtowarzyszowi podóży gotowi jesteśmy opowiedzieć o tym wszystkim, co nam się w życiu przydarzyło, a także o tym, co nie przydarzyło nam się nigdy. Z rozmów w pociągu można by wywnioskować, że na świecie nie ma nudnych ludzi z nieciekawymi biografiami.
I za to właśnie kocham pociągi.
Nawet te jadące na południe."


I jak się nie zachwycać pisaniem Łukjanienki? Recenzja - mam nadzieję - za czas niezbyt odległy:)

Jill Kargman. Mamzille.



Wydane przez

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Hannah Allen wychodząc za maż za Nowojorczyka wiedziała, że kiedyś mąż zechce wrócić do miasta, które kocha. Nie spodziewała się, że „kiedyś” tak szybko zamieni się w „już”. Josh dostał propozycję świetnej pracy, a ona jako mama wychowująca Violett i nie związana zawodowo z żadną firmą, mogła bez wahania podążyć za mężem.

Nowe miejsce wydawało jej się niezbyt przyjazne, a grono towarzyskie jakie zaproponowała jej zmanierowana teściowa, nieco przerażało. Jednak skoro chce się rozmawiać z kimś poza dwuletnią córeczką, trzeba rozmawiać z innymi mamami.

Szybko okazało się, że świat Mamzilli, to inna bajka niż ta, w której żyła dotychczas Hannah. Świat, w którym walczy się o przedszkole (ale nie z przyczyn takich jak u nas) najlepsze, najdroższe i jest się wręcz przesłuchiwanym przez kolejne dyrektorki, świat, w którym dwulatki uczą się mandaryńskiego, a dzieckiem powinna się zajmować niania, by mama mogła brylować w towarzystwach charytatywnych, wydaje się być przerażający. Zderzenie rzeczywistości Hannah z  rzeczywistością mamusiek z Manhattanu bywa zabawne, ale i pouczające.

23 marzec 2009

Lew Szestow. Ateny i Jerozolima (recenzji część pierwsza)


Wydane przez

Wydawnictwo Znak

Tadeusz Gadacz, przedstawiając w pierwszym tomie "Historii filozofii XX wieku" stanowiska różnych myślicieli, nazwał Szestowa "najbardziej irracjonalnym z nich", co oczywiście nie jest określeniem pejoratywnym. W dziele "Ateny i Jerozolima" Szestow stawia w opozycji Ateny - stolicę rozumu i Jerozolimę - stolicę wiary.

Jestem po lekturze "Przedmowy" oraz pierwszego rozdziału - "O źródłach prawd metafizycznych. Skrępowany Parmenides". To, co przestudiowałam do tej pory, zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Nigdy nie czytałam autora piszącego tak, jak Szestow. Szestow bowiem burzy spokój, podważa pewność i to nawet w kwestiach tak, zdawałoby się, oczywistych, jak zasada niesprzeczności. Każe przeciwstawić się "ananke" - Konieczności i pokazuje, jak przed "ananke" ugięli się nawet najwięksi myśliciele, którzy wręcz uważali, iż "ananke" musi podporządkować się również sam Bóg.

Szestow poraża swoją erudycją. I głębią myśli. I odwagą. Szestowa nie można po prostu czytać - jego trzeba studiować. Czytanie Szestowa to ciężka praca, ale warto ją wykonać choćby po to, żeby spróbować przekonać się, czy możliwe jest, aby człowiek sprawił, że prawdą okaże się to, iż otruto wściekłego psa, ale nie jest prawdą, że otruto Sokratesa.

22 marzec 2009

Książki i ludzie. Rozmowy Barbary N. Łopieńskiej.


Wydane przez

Twój Styl

Przecudne, ciepłe rozmowy Barbary N. Łopieńskiej z ludzmi, którzy książkami zajmują się zawodowo – pisarzami, poetami, tłumaczami, krytykami i takimi, którzy zawodowo nie są związani ze światem literatury, a książki są dla nich pasją.

Łopieńska wypytuje swoich rozmówców o ich księgozbiory, o to czy wciąż jeszcze panują nad liczbą posiadanych książek, o upodobania literackie, o wszechobecność zadrukowanych tomów.

Prawdziwie przyjemna lektura!

Nie było powrotu. Wspomnienia wypędzonych. Red. Herbert Reinoss.


Wydane przez

Wydawnictwo Replika

Właściwą kontynuacją tematyki Prus poruszonej przez Fritza Skowronnka wydawała mi się książka, w której zebrano relacje mieszkańców Prus i terenów niemieckich, którzy po traktacie pocztadamskim stracili nagle prawo do mieszkania w swojej ojczyźnie. Tym logiczniejszy był to wybór, że zbiór zapisów z czasów wypędzenia zaczyna się relacją hrabiny Marion Donhoff , której książki czytam z dużym zainteresowaniem.

Herbert Reinoss opatrzył zebrane wypowiedzi dużą, dobrze przeprowadzoną przedmową. Autor motywuje w niej swoje zainteresowanie tematem i powody, dla których uważał, iż nadszedł właściwy czas dla tego typu publikacji. Wskazuje – zgodnie z opiniami cytowanych później Niemców – pozytywy i negatywy w zachowaniu Rosjan, Polaków i Niemców z głębi kraju.

Wspomnienia wygnanych i uciekinierów są podobne – strach, głód, bestialstwo, dezinformacja. Ucieczka zamarzniętym Zalewem Wiślanym groziła śmiercią przez zatopienie. Wędrówka drogami była jednoznaczna ze śmiercią z rąk Armii Czerwonej. Mimo tych pozornych podobieństw życia relacjonujących, nie wolno zlekceważyć niezawinionych niczym, przerażających losów.

Z dużym zainteresowaniem czytałam o historii kościoła św. Elżbiety we Wrocławiu, ze zgrozą śledziłam opowieści dzieci, które u boku swoich rodziców patrzyły jak ginie ich świat.

To ważna książka. Trudna, ale ważna.

Mam chciejstwa, czyli wywiad z Martą Fox

Prowincjonalna Nauczycielka: Jak Pani pisze? Pomiędzy, czy w ściśle określonym czasie i miejscu? Czy portretuje Pani sytuacje wcześniej wymyślone, czy tworzy owe sytuacje (wraz z tłem) stukając w klawiaturę? Ma Pani własny twórczy pokój?

Marta Fox: Najbardziej lubię pisać w określonym czasie i miejscu, czyli od późnej jesieni do wiosny i w swoim pokoju, który szumnie nazywam gabinetem… Właściwie  ten pokój spełnia wymogi gabinetu - biurko, wokół regały z książkami, plakaty reklamujące moje książki, ulubiony fotel do czytania. Mógłby tylko być dwa razy większy, bo lubię przestrzeń. Najintensywniej pracuję zimą, bo nie cierpię zimy i wtedy mnie nic nie kusi, by wychodzić z domu. Codziennie więc siedzę przy biurku i kopię w słowach, jak górnik w węglu. Raz udaje mi się wykopać dwie strony, raz pięć. Pracuję od rana do wieczora, nawet wtedy, gdy gotuję obiad, czy leżę do góry dnem. Przed rozpoczęciem pisania mam scenariusz powieści i zarys głównych postaci, także fabuły, wiem też jaką formę będzie miała powieść. Wiem, jaka będzie ekspozycja, co będzie punktem kulminacyjnym i jaka pointa. Oczywiście nowe sytuacje, te niezaplanowane tworzą się też w trakcie pisania. Nigdy nie wiadomo, co z rzeczywistości stanie się inspiracją, bo przecież życie się toczy, dotyka i ma własne scenariusze.

PN: Po pierwszej lekturze „Świętej Rity od Rzeczy Niemożliwych” byłam zdumiona Pani szczerością. Później, czytając Pani bloga, oswoiłam się z tym, że pozwala Pani swoim czytelnikom zaglądać w swoje życie prywatne i zaczęłam przypuszczać, że rozumiem co miała Pani na myśli pisząc, że powieść autobiograficzna „więcej kamufluje niż pokazuje”. Czy nigdy nie spotkała się Pani z opinią, że pisze Pani o swoim życiu prywatnym zbyt wiele, że jest Pani za szczera?

MF: Szczerość? Tak, w powieści autobiograficznej byłam wierna swoim poglądom, chcąc nie chcąc ukazywałam własną wrażliwość. Do pisania potrzeba odwagi. Dlaczego niektórzy mówią, że piszą do szuflady? Bo boją się krytyki. „Wszystko, co napisałem jest autobiografią, ale nie wyznaniem” – napisał Amos Oz w „Opowieści o miłości i mroku”. Tak bywa i u mnie. Wyznania czynię w swoich dziennikach, które piszę ręką i piórem, w zeszytach w linię lub bez, ale ich nie publikuję, przynajmniej póki żyję. Natomiast w każdej książce jest kawałek mnie, byłby nawet wtedy, gdybym pisała powieści historyczne lub science-fiction. Przecież autor pisząc, dokonuje wyboru tematu (mój wybór świadczy o mnie), to on komponuje całość, więc decyduje o formie (forma też świadczy o mnie). Mogę panią zapewnić, że zdradzam tylko to, co chcę i choćby nie wiem, jak bohaterka była podobna do mnie, to i tak nie jest mną. Świetnie o tym też pisał Jerzy Pilch. Kto sedna powieści doszukuje się pomiędzy utworem a autorem, ten błądzi. Powinien szukać pomiędzy utworem  a sobą. Tylko wtedy czytelnik dowie się czegoś o sobie, dotrze do własnych zakamarków, labiryntów. Mogę pani powiedzieć, że wszystkich zakamarków w sobie nie znam i ciągle ich szukam, więc co tu mówić o podawaniu siebie na tacy. Nie jestem ekshibicjonistką. Nie obnażam się przed czytelnikami. Literatura jest po moje stronie, życie czasem przeciwko mnie. Niekoniecznie ten, kto potrafi pięknie pisać o życiu, potrafi też tak żyć.

PN: Czy łatwiej jest pisać ciąg powieści, tworząc nawiązania do bohaterów z poprzedniej części, czy budzić do życia nowych bohaterów?

MF: Wolę budzić do życia nowych bohaterów. Nigdy druga część powieści nie dorówna pierwszej. To tak, jak z „Anią z Zielonego Wzgórza”. Jeśli wracamy, to tylko do tej pierwszej części, mimo że znamy wszystkie, prawda?

PN: Magda, Paulina, Kaśka, a teraz Karolina… Jak zmiany społeczno-obyczajowe zmieniają Pani bohaterki? Czego współczesne dziewczęta mają więcej (lub mniej) niż te sprzed piętnastu lat?

MF: Moje powieści młodzieżowe muszą uwzględniać „tu i teraz”, skoro dzieją się dziś. Magda pisała dziennik w komputerze w roku 1994 ( powieść „Magda.doc”), a jej córka, Paulina, pisze bloga, bo wszyscy jesteśmy w internetowej sieci ( „Paulina w orbicie kotów”). Zmienia się trochę codzienny język, młodzi tworzą nowe słowa, zwroty. Obecne bohaterki mają więcej wiedzy i odwagi. Wiedzą, gdzie szukać wiedzy i jak. Nie zmieniają się tylko uczucia: wciąż tak samo pragną bliskości, serdeczności, przyjaźni, miłości, akceptacji, przytulenia, zrozumienia.

PN: „Do góry dnem”, „jak u siebie w łazience” – takich powiedzonek używają Pani bohaterki.  Co jeszcze z Pani domowej codzienności przeniknęło do Pani powieści?

MF: Rozumiem, że pyta Pani o moje powiedzonka, którymi się sama posługuję… Tak na szybko: pieniądze można zarabiać lub dziedziczyć, ludzie się dzielą na inteligentnych i tych, co słodzą, mam chciejstwa….

Do powieści przeniknął też mój pies, Mordek, bo jest bohaterem literackim kilku książek.

PN: Czy cechuje Panią „kwoczy syndrom”?

MF: Tak, oczywiście, jak najbardziej, choć to oczywiście nic pozytywnego. Dobrze więc, że sobie go uświadamiam, łatwiej się kontrolować. Podobnie jak moja nieżyjąca mama, szczęśliwa jestem, kiedy mam ukochanych w zasięgu swoich skrzydeł. Ale też głaszczę siebie za to, że ograniczam w sobie „wtrącanie się” i podziwiam moje dzieci za to, że potrafią żyć swoim życiem. I wdzięczna im jestem, że mnie nie odganiają od siebie i lubią się włączać we wspólnotę. Tym łatwiej się pozbywam kwoki w sobie, im więcej mam własnych spraw, pasji, pracy i nie muszę żyć tylko życiem innych, bo mam swoje.

PN: W bibliotekach katowickich prowadzi Pani spotkania z „Mistrzami Słowa”, przybliżając czytelnikom obecnym na spotkaniach twórczość zaproszonych gości. Co Pani dają te spotkania? Według jakiego klucza zaprasza Pani gości? Kto zaskoczył Panią najbardziej?

MF: Nie wiem, czy mam klucz. Staram się uwzględniać propozycje czytelników – to biblioteka miejska. Chcę by czytelnicy mieli możliwość spotkania się z poetami, twórcami literatury popularnej i tzw. wysokiej, z filozofami, piszącymi książki, pracownikami naukowymi. Niezmiennie zaskakują mnie ci, którzy przyjmują zaproszenia, a nie cierpią spotkań z czytelnikami. Jak się Pani domyśla – prowadzę te spotkania nie tylko ku uciesze czytelników, ale też swojej. Dzięki nim mam okazję rozmawiać ze wspaniałymi twórcami, których książki sama czytam i podziwiam. Nigdy nie zaprosiłam kogoś, kogo twórczości nie znam. Należę do tych pisarek, które czytają i się do tego przyznają. Niektórzy twórcy mówią, że nie czytają, bo piszą, ale ja im nie wierzę.

PN: Jest Pani pisarka i poetką. Czynnie działa Pani w szeroko rozumianym świecie kultury. Gdzie, poza Pani książkami,  możemy trafić na Pani nazwisko?

MF: Oj, oj, z tym moim „bywaniem i działaniem” nie jest tak jak kiedyś, gdy mi się wydawało, że żadna premiera, a tym bardziej bankiet nie mógłby się beze mnie obyć. Teraz wyłączam się, uciekam, coraz mniej bywam. Napisanie powieści wymaga skupienia. Wiersz może powstać i w pociągu, i w autobusie, i w kawiarni. Powieść wymaga  systematyczności, siedzenia przy biurku, skupienia. Kiedy kończę pisanie, zaczynam spotkania autorskie, jeżdżę po całej Polsce, by rozmawiać z czytelnikami, promować książki. Pisanie jest zazdrosne. Współpracuję ciągle z Towarzystwem Kultury Teatralnej, jestem jurorką w kilku konkursach. Zdarza mi się drukować teksty w miesięczniku „Śląsk”, w „Migotaniach, przejaśnieniach”. Są to jednak fragmenty moich powieści lub wiersze, już prawie wcale nie piszę tekstów typowo dziennikarskich, nie mam na to ani czasu, ani ochoty.

Za to piszę bloga, systematycznie od dwóch lat.


PN: Dużo Pani czyta. Jak wybiera Pani książki? Co czyta Pani teraz?

MF: Tak, czytam, piszę - piszę, czytam.

Obecnie Dubravki Ugresic – Nikogo nie ma w domu. Uwielbiam ją. Wybieram coraz częściej wspomnienia, biografie, eseje, reportaże. Tęsknię za czytaniem powieści, tyle że na to potrzebuję całego dnia, bo jak wpadnę w powieść, to nie mam ochoty z niej wypadać aż nie skończę. Czytam poezję, codziennie, bez tego dzień byłby stracony.

PN: Dużo Pani w życiu robi, wiele podróżuje – nie myślała Pani o zatrudnieniu sekretarza/kierowcy?

MF: O, nie, nie. Dopóki mogę sama wszystko ogarnąć, tak mi jest najlepiej. Jestem maksymalistką, bardzo dużo wymagam od siebie, od innych też, ponoć za dużo.

Potrzebuję pomocy w sprawach codziennych – sprzątanie, zakupy, opiekowanie się psem, kiedy wyjeżdżam. Mam niezastąpioną panią Ilonkę. Potrzebuję pomocy do wyszukiwania materiałów, sprawdzania informacji i tutaj wiele mi pomaga mój mąż.

Teraz muszę zastanowić się, kogo mogłabym poprosić o uporządkowanie mojego archiwum. Myślę, że poszukam wśród studentek filologii polskiej. Może wśród tych piszących prace o mojej twórczości i mieszkających w Katowicach.

PN: Jak się żyje na Śląsku nie będąc Ślązaczką? Czy obyczaje śląskie przeniknęły do Pani domu?

MF: I oto jest pytanie: czy jestem Ślązaczką, czy nie? Moi rodzice nie pochodzili ze Śląska, przywędrowali tu po wojnie. Urodziłam się tutaj, wychowałam, tutaj mieszkają moje córki. Nauczyłam się mówić gwarą, by dzieci na podwórku nie wyzywały mnie od „gorlic”. Moje córki nie miały tych problemów, bo wychowywały się z dziećmi, który też nie miały rodziców rdzennych Ślązaków.

Lubię Ślązaków bardziej niż Śląsk. Tak, w moim domu jest wiele śląskich obyczajów. Lubię porządek, solidność, czyste okna, czystą kuchnię, śląskie kluski i rolady, żur. Niektórzy sądzą, że miałam babcię Prusaczkę.

PN: Czym jest feminizm? Czuje się Pani feministką?

MF: Na to pytanie nie odważę się odpowiedzieć. Bo długo by gadać. Mam feministyczne poglądy, jak najbardziej. Myślę, że każda myśląca kobieta ma takie poglądy, tylko boi się do nich przyznać. Nie jestem typem działaczki, mam różne fobie, boję się tłumu, manifestacji. Dlatego jestem wdzięczna tym kobietom, które manifestują i w moim imieniu. Mam nadzieję, że ja swoim pisaniem też pokazuję, co myślę i po jakiej jestem stronie.

Sven Nordqvist. Gdzie jest moja siostra?




Wydane przez

Wydawnictwo EneDueRabe

Gdy skończyłam oglądać/czytać książkę Nordqvista wyobraziłam sobie dziecko (no, dobra Helenkę sobie wyobraziłam) leżące na podłodze i z zachwytem wpatrujące się w ilustracje. Bo też ilustracje są to najistotniejsze, a co więcej – autor przyznaje , że to jedyna jego książka, w której tekst powstał później niż obrazki.

Plastycznie książka jest doskonała. Barokowa w szczególe i intensywności, barwna, dopracowana idealnie. Tekst jest tu zaledwie dodatkiem, choć jeśli by pokusić się o jego interpretację, to nie da się odmówić autorowi równie dobrego słowa jak i pędzla.

Braciszek Myszka poszukuje Siostrzyczki-Myszki, która z racji swojego ruchliwego usposobienia wędruje całymi dniami po różnych zakamarkach świata wykreowanego przez Nordqvista. Na bogatych ilustracjach czytelnik, podobnie jak Braciszek, próbuje znaleźć Siostrzyczkę, a przy tym poznaje to drogę wiodącą do Grenlandii albo Afryki, to jaskinie lub skały wyglądające jak cząstki puzzli,  to biuro wynalazcy.

Spotkanie z książką Svena Nordqvista to prawdziwa przygoda – mnie zachwyciła.

P.S. Tu też jest recenzja: http://zaczytani.blox.pl/2009/03/Sven-Nordqvist-8222Gdzie-jest-moja-siostra8221.html

Fritz Skowronnek. Księga Mazur



Wydane przez

Wydawnictwo Borussia

Fritz Skowronnek, żyjący w latach 1858 – 1939, sławi w „Księdze Mazur” piękno regionu, jego magiczną atmosferę i sielskość Mazur jako krainy arkadyjskiej.

Jednocześnie pisma Skowronnka, jak podkreśla redaktor serii „Odkrywanie światów” Robert Traba, są przesycone treściami narodowo-niemieckimi. Mazury, zdaniem autora, dostąpią odrodzenia tylko wówczas, gdy odrzucą dziwną i niezrozumiałą gwarę, zabobony, przywary, a „ucywilizuje” się ulegając niemieckim wpływom.

W „Księdze Mazur”  zaprezentowane zostały eseje dotyczące przyrody (ze szczególnym uwzględnieniem rybołówstwa i myślistwa) ujętej przez pryzmat doświadczeń własnych autora. Możemy owe opisy traktować albo jako kronikarskie zapiski albo jako motywy biograficzne Skowronnka – ważne jest byśmy umieli się zachwycić – podobnie jak Fritz – urodą mazurskich lasów, jezior (których jest ponad 3300, zdaniem autora), czy pól.

Ciekawie pisze Skowronnek o tym, jaki wpływ na Mazury miała I wojna światowa. Opisuje również inicjatywę, której stał się prekursorem;  powstał ruch wiernych ziemi rodzinnej Wschodnio- i Zachodnioprusaków. Ów ruch zrzeszał mieszkańców miast niemieckich, którzy wspierali finansowo rozwój miasteczek i wsi pruskich.

Ciekawie było przenieść się w tereny świetnie mi znane, a opisywane w czasie przełomu wieków. Zachęcam Was do wędrówki pa Mazurach Fritza Skowronnka…

Catarina Kruusval. Ela na plaży.



Wydane przez

Wydawnictwo Zakamarki

www.zakamarki.pl

Kolejna przygoda Eli przybliża nas do czasu wakacji, pozwala ominąć wahania aury, która wciąż nie jest przekonana, czy sypać jeszcze śniegiem, czy zazielenić klomby. Ela na szczęście ma do dyspozycji ciepły piasek, słońce i plażę.

Opowieść o dziewczynce będącej nad morzem, która w towarzystwie starszego kolegi łowi kraby i próbuje spacerować po morzu tak jak wspomniane skorupiaki, jest ciepła i przyjazna w wymowie.   Ela z właściwym sobie wdziękiem rozkłada kocyk, sadza na nim misia i idzie łowić – siedząc na głazie – ryby.

Podoba mi się to, że Ela wypuszcza kraby do morza na koniec dnia. Żegna się z nimi i zapowiada, że i następnego dnia przyjdzie nad morze. Może będzie się uczyć pływać, bo jeszcze nie umie?

Gorąco polecam:)

21 marzec 2009

Ida Fink. Wiosna 1941.



Wydane przez

Wydawnictwo W.A.B.

Podczas czytania impresji wojennej autorstwa Idy Fink miałam wrażenie, że przede mną otwarty jest ekran z wieloma barwnymi zdjęciami. Kliknięcie w ilustrację otwiera krótką etiudę – nasyconą, intensywną emocjami, kolorami i smakami. Pozwala podejrzeć mi życie ludzi w progu końca ich życia.

Opowiadania zgromadzone w zbiorze „Wiosna 1941” są przejmujące… Chciałabym napisać, że przejmujące w chłodzie, ale one nie są pozbawione uczuć. Jest w nich przygnębiające zwątpienie w sens życia, jest wola poddania się nieuchronnemu, jest groza zmierzenia się z wyborami tragicznymi.

Najsilniejsze wrażenie zrobiła na mnie historia ojca, który podczas akcji (jak eufemistycznie nazywano łapanki) ukrywa się w kącie rynku i widzi jak jego małe trzy córeczki siedzące na pace auta transportowego zanoszą się płaczem, jak zerkają w jego stronę i powstrzymują się przed wołaniem ojca. A on miota się między chęcią towarzyszenia córkom w drodze ku śmierci, a chęcią życia…

Narracja mimo nasycenia emocjonalnego jest w moim odczuciu dość sucha. Ale to, w przypadku opowieści dotykających tak ekstremalnych wydarzeń, stanowi wartość pozytywną.

Francesca Simon. Koszmarny Karolek i napad na bank.



Wydane przez

Wydawnictwo Znak

Pod koniec ubiegłego roku miałam w rękach kalendarz Koszmarnego Karolka. Dziś zapoznałam się z książeczką, która o bohaterze i jego otoczeniu mówi więcej niż wspomniany kalendarz. Przeczytałam i zastanawiam się czemu Karolek, Koszmarny rzecz jasna, zawdzięcza swoją popularność?

Koszmarny Karolek ma brata – Doskonałego Damianka. I mamę, która najczęściej zwraca się do swego pierworodnego tymi oto słowy – „Nie bądź koszmarny, Karolku!” (podejrzewam mamę o ironię, oj, mocno podejrzewam).

W czytanej przeze mnie części przygód Chłopca Stwarzającego Problemy Karolek postanawia zostać wydawcą gazetki. Sprytne chłopię wie, że najlepiej sprzedają się tabloidy, a treść gazety musi zawierać nowinki, ale nie musi być ani miła dla opisanych w niej postaci, ani zgodna z prawdą. Karolek jest bardzo sugestywny…

Macie młodsze rodzeństwo? Jak traktowaliście ich pomysły na spędzanie wolnego czasu, które dziwnym trafem były identyczne w stosunku do Waszych pomysłów? Koszmarny Karolek od miesięcy planujący przyjęcie urodzinowe pod hasłem PIRACI, ze zgrozą dowiaduje się, że Doskonały Damianek podebrał mu pomysł. Co gorsza – Damianek obchodzi swoje urodziny wcześniej niż Karolek… Ale od czegóż jest się koszmarnym?;)

Mam niejasne podejrzenia, że Koszmarny Karolek jest wykwitem bezstresowego wychowania, którego założenia w tak subtelny sposób krytykuje autorka. A Wy macie jakąś opinię nt. Koszmarnego Karolka?

O badaniach czytelnictwa...

Przeczytałam raport dotyczący stanu czytelnictwa w Polsce. Wiecie, że przebadano zaledwie 1005 osób (podejrzewam, że jest to statystycznie wyliczona próba reprezentatywna, ale i tak to do mnie nie przemawia)? I badania zrobiono pod koniec listopada mimo, że dotyczyły czytelnictwa w 2008 roku? Wydłubałam z tegoż raportu pytania ankiety i zapraszam do udzialania na nie odpowiedzi - zróbmy swoje badania. Bo nie wiem jak Wy, ale ja czuję się nieswojo, gdy mi obop czy inny badacz wmawia, że nie czytam, a jeśli nawet mi się zdarzy, to jestem wybrykiem natury;)

Link do ankiety jest w prawej szpalcie, na samej górze. Damy sobie tydzień, dobrze?

Zachęcam zatem - wypełniajcie ankietę:)

20 marzec 2009

Ksenia Basztowa. Wampir z przypadku.



Wydane przez

Wydawnictwo Fabryka Słów

Premiera 27 marca 2009!

Ksenia Basztowa do świata nam znanego, rzeczywistego i borykającego się a to z zakorkowanymi  ulicami, a to z aferą polityczną, czy z innym wydarzeniem, które napawa mieszkańców jednego z dużych miast Rosji niesmakiem, dodaje świat zdarzeń nieprawdopodobnych (i chyba dlatego coraz bardziej lubię fantastykę).

Dwaj studenci, Andriej i Wowka, po intensywnie przebalowanej nocy budzą się skacowani i z wampirzymi zębami. Próbują zrozumieć w co się zamienili, dlaczego to właśnie ich, studenta prawa i studenta lingwistyki, spotkało co spotkało i kim jest tajemniczy mężczyzna podobny do Banderasa, a przedstawiający się jako Wlad „Palownik” Drakula. Co gorsza – okazuje się, że dwóch mężczyzn podaje się za Drakulę, a przeciwnikiem jednego z nich jest przywódca wilkołaków.

I tak oto codzienność współczesna z komputerami, autami, nowoczesnym słownictwem i telefonami komórkowymi styka się z XV wiekiem. Ciekawe było obserwowanie młodych ludzi próbujących odnaleźć się wśród, przyznajmy szczerze, dość przerażającego towarzystwa. Tu nawet i rosyjska dusza, może poczuć się nieco zagubiona :)

Interesująca jest wymowa całości. Autorce udało się bardzo zgrabnie połączyć dwa światy, a gdy okazuje się, że motorem działań stworzeń legendarno-groźnych i ludzi jest uczucie, wykreowany świat powieści wygładza się, a czytelnicy odnajdują właściwe miejsce różnych zdarzeń i wyjaśnienie faktów wcześniej będących nieco tajemniczymi.

Cathy Hopkins. Idolki.



Wydane przez

Wydawnictwo Egmont

W drugim tomie serii „Kocha, lubi. Szanuje” narratorką staje się Becca, przyjaciółka poznanej w „Niewinnych kłamstewkach…” Cat. Młodzi ludzie ulegają czarowi konkursu, jakiemu niedawno ulegali ich rówieśnicy w Polsce – starają się, by zostać Idolką lub Idolem.

Przygotowania konkursowe, stres z nimi związany pozwalając odkryć Bekce swoje najlepsze cechy i poznać na nowo tatę, który co prawda codziennie jest obok, ale z którym córka raczej mało rozmawia. Z okazji zbliżających się eliminacji do kolejnych etapów konkursowych okazji do rozmów z rodzicami jest więcej i wówczas dziewczyna ma szanse przekonać się, że nie tylko nastolatki dążą do realizacji swoich marzeń.

Becca spędzając mnóstwo czasu na ćwiczeniach przed występem zauważa jeszcze jedną istotną dla niej rzecz – poświęcenie się realizacji marzenia ogranicza czas na coś innego. Musi zatem stanąć przed wyborem, czy ważniejsi są dla niej przyjaciele, czy sukces i uświadomić sobie, co ów sukces będzie oznaczał, jakie zmiany w jej życiu za sobą pociągnie.

Coraz bardziej podoba mi się pisanie Cathy Hopkins.

18 marzec 2009

Wawrzyniec Prusky. Ballada o chaosiku.



Wydane przez
Wydawnictwo Grasshopper

Premiera 24 kwietnia!

Wawrzyniec Prusky prowadzi bloga. Z tekstów opublikowanych na tym blogu wydano „Jędrne kaktusy”, a w drugiej połowie kwietnia ukaże się kolejna część przygód Prusky’ego w gronie rodzinnym, zatytułowana „Ballada o chaosiku”.

Autor ma doskonały zmysł obserwacyjny, odpowiednią dawkę ironii i umiejętność pisania o blaskach i cieniach życia rodzinnego z humorem na dobrym poziomie.

Wawrzyniec ma MŻonkę, Dziedzica i Potomkę. W „Balladzie…” śledzimy losy rodziny Pruskych na przestrzeni roku. I czegoż tam nie ma… Jest płacz i stres u progu przedszkola (któż się mógł stresować, no któż?), mecz Polska-Niemcy podczas Mistrzostw Świata oglądany na Rodos w towarzystwie kibiców drużyny przeciwnej niż ta, której kibicował Prusky, łazienkowe SPA i odwieczne pytania dorastających dzieci „dlaczego?” i „jaki?” (w wersji Potomkowej brzmiało „jakum?” ). Podczas czytania zapisków Prusky’ego dowiedzieć się można, że mania żarówkowa kiedyś mija, że w Irlandii nawet latem nie jest dobrze być obutym w sandały, że Adam doleci, Robert dojedzie, a tata nie musi tego oglądać, gdyż ludzkość ( w postaci Dziedzica i/lub Potomki) zna ważniejsze sprawy.

Lektura ku odprężeniu i przyjemności. Bardzo zacna lektura;)

Krzywa wieża


Jako, że na trawnikach wciąż nie kwitną kwiaty, na blogach zakwitły stosiki. Po powiększeniu zdjęcia widać większośc tytułów, ale niektóre wymagają objaśnienia (od góry):
"Tercet metafizyczny" Barbary Skargi
"Cały ten Kutz", autorki, której już czytałam ksiązkę o Ślązakach i która zachwyciła mnie swoim pisaniem
Trzecia, ta zielona - to "Gorejący krzak" S. Undset, która jakoś zaginęła z tłumie innych skandynawskich autorów
"Wiosna 1941" Idy Fink
"Moje pierwsze życie" autorki "Ceny wody w Finistere"
Jakub Ćwiek wygląda dobrze, a poza tym obsadził akcję powieści na dworcu PKP w Katowicach
"Serce teściowej" - intrygujący tytuł
"Breslau forever" - Wrocław nie tylko z Mockiem?;)
"Szanowne dzieci" Pennaca, którego czytałam kiedyś książkę o książkach i czytaniu
Fannie Flagg  trafiła na mój stosik dzięki Quaffery'emu
"Lektor", bo uległam namowie Muzy i chcę przeczytać zanim obejrzę
"Mamzille" - o mamuśkach z Manhatanu
"Afrykańczyk", czyli moje drugie podejście do Le Clezio
"Mariannę i róże" pożyczyłam od koleżanki mieszkającej po drugiej stronie Polski:)
"Niedołęga" i inne książki P. Highsmith to wynik zachwytu nad jej "Księgą zemsty dla miłośników zwierząt"
Na dnie czai się książeczka nt. lęków odczuwanych przez psy.

17 marzec 2009

Sandor Marai. Żar.



Wydane przez

Wydawnictwo Czytelnik

„Stamtąd okna wychodziły na park, na kasztanowce, które wiosną przechylały się przez balkonową kratę i chełpiąc się różowymi świeczkami oraz ciemnozieloną wspaniałością stały półkolem przed brzuchatą wypukłością południowego skrzydła, przed kamiennymi balustradami balkonów.”

Zdopingowana kilkoma pełnymi zachwytu nad twórczością Sandora Marai’ego  głosami, postanowiłam kontynuować poznawanie węgierskiego prozaika.

„Żar” – to opowieść o spotkaniu dwóch przyjaciół. Obaj przeżyli już siedemdziesiąte urodziny, a ich przyjaźń zadzierzgnięta, gdy poznali się w szkole w wieku lat ośmiu, została wystawiona na ciężką próbę, a przyczyna owej próby spowodowała jednocześnie, że mężczyźni nie utrzymywali ze sobą kontaktu przez 41 lat i 43 dni.

I choć spotkanie obu mężczyzn jest ważnie, nie mniej ważne są retrospektywne rozmyślania generała, który gościć będzie kapitana, a także to, w jaki sposób dom – otoczenie i ludzie najbliżsi gospodarzowi przygotowują się na odwiedziny gościa.

Marai z, wydawałoby się prostej sytuacji, potrafi wydłubać niesamowicie wiele treści. Przy czym – podczas lektury jego utworów – nie sposób oprzeć się wrażenie, że każde ze słów wycyzelował, każde jest użyte najdoskonalej jak można je było użyć i żadnego nie wolno pominąć, gdyż byłoby to zbrodnią przeciw pięknu literackiemu.

„Człowiek starzeje się powoli: najpierw starzeje się jego ciekawość ludzi i chęć życia, wiesz powoli wszystko staje się takie oczywiste, poznajesz sens wszystkiego, wszystko się powtarza, tak okropnie i nudno. To także starość.”

P.S. Lecące z nieba obrzydliwe połączenie deszczu i śniegu powoduje, że z głowy wychodzą mi przede wszystkim frazy sławiące ciepło, dom,  ciepły koc i grzane wino. Ale dla Maraia mózg się nieznacznie odblokował;)

16 marzec 2009

Wieści z Wydawnictw

Nowości z Noir sur Blanc

Andriej Kurkow "Prawo ślimaka"
Don DeLillo "Performerka"

Spotkania autorskie z Grasshoppera

Spotkania z Małgorzatą Żurakowską, autorką książki „Muchy w zupie i inne dramaty”:
17 marca 2009 r. o godz. 16.40, w sali 205 w Starym Gmachu Głównym KUL (II piętro), al. Racławickie 14, Lublin.
20 marca 2009 r. o godz. 16.00 w Małej Sali Chatki Żaka, ul. Radziszewskiego 16, Lublin.
27 marca 2009 r. o godz. 16.00 Empik Galeria Centrum, ul. Krakowskie Przedmieście 40, Lublin.
Gościem programu "Magazyn weekendowy" w TVP Lublin w piątek 20 marca o godzinie 18.45, będzie Małgorzata Żurakowska.

Wydawnictwo MUZA SA zaprasza

Na spotkania z Bartoszem Marcem autorem książki "Na wzgórzach Idaho. Opowieść o Bronisławie Zielińskim,tłumaczu i przyjacielu Ernesta Hemingwaya"

20.03 Warszawa

Razem z Bielańskim Ośrodkiem Kultury zapraszamy na spotkanie w siedzibie Ośrodka,
ul. Goldoniego 1. Poprowadzi je Gerard Położyński. Fragmenty przeczyta Zbigniew Dziduch. 
Początek o godz. 18.00

26.03 Pruszków

Razem z Powiatową i Miejską Biblioteką Publiczną w Pruszkowie zapraszamy na spotkanie
do Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego. Plac Jana Pawła II w Pruszkowie. Poprowadzi je Gerard Położyński. Fragmenty przeczyta Zbigniew Dziduch. Początek spotkania o godz. 18.00.

Red Horse zaprasza
W czwartek 19 marca 2009 r. bardzo serdecznie zapraszamy Państwa na wyjątkową konferencję naukową z okazji setnej rocznicy urodzin Józefa Łobodowskiego – niezwykłego, a mało znanego poety i publicysty. Właśnie on był prototypem postaci Józefa Zakrzewskiego w kryminałach o komisarzu Maciejewskim – to jego Zyga wypuścił z policyjnej obławy w "Morderstwie pod cenzurą" i to on zorganizował pewien pokaz filmowy w Kinie „Venus”. 

Anne Fadiman. Ex libris.


Wydane przez
Świat Literacki

W styczniu ubiegłego roku zrobiłam listę książek o książkach. Z biegiem czasu o niej zapomniałam, ale dzięki wpisowi Aerien trafiłam na książkę „Ex libris” i przypomniałam sobie o liście.

Anne Fadiman mnie zachwyciła. Napisała eseje tchnące tak wielkim upodobaniem do książek, że aż zazdrość bierze i jednocześnie usta rozchylają się w uśmiechu, bo przecież kochać książki i umieć pisać o swojej miłości to prawdziwa sztuka.

Polecam gorąco!

Alain Mabanckou. Kielonek.


Wydane przez
Wydawnictwo Karakter

W Kongo jest bar. Najsłynniejszy w całym kraju – „Śmierć kredytom”. Jeden z jego bywalców, niegdysiejszy nauczyciel, dostaje od właściciela baru zeszyt i propozycję, by uwiecznił na kartkach historię baru i jego gości. Kielonek, bo tak ma na imię narrator, przystępuje do pracy, gromadząc skrupulatnie ludzkie opowieści.

Kielonek wysłuchuje opowieści mężczyzn oszukanych przez żony, portretuje świat Zachodu przez pryzmat małżeńskich doświadczeń mężczyzny zwanego Drukarzem, portretuje świat Afryki zanurzając się we wspomnieniach własnych i innych mężczyzn odwiedzających bar (gdyż tylko jedna kobieta odwiedza „Śmierć kredytom”).

Plastyczność opisów czasami budziła we mnie uczucie przesytu. Niemalże czułam gorące powietrze, odór dobywający się z pampersów jakie nosił jeden z mężczyzn, zapach ostrej papryki dodawanej do pieczonego kurczaka i niemoc powodowaną upałem. Niemalże słyszałam gardłowy zaśpiew opowieści snutych w gwarze baru wprost do ucha Kielonka. Jednocześnie myśl o owych mieszających się nad stołami w „Śmierci kredytów” głosach, o płynności narracji (bez wielkich liter i kropek), o zapachach (tych przyjemnych) budziła dziwne pragnienia – słońca, ciepła i czasu spędzanego w towarzystwie dobrze znanych sobie ludzi.

Wielość kontekstów literacko-społecznych, którymi żongluje autor kusi, by z czytelnika zamienić się w detektywa. Mamy chęć śledzić owe odniesienie poukrywane sprytnie wśród słów niby lekkich i zbyt prostych, a jednocześnie kusi, by poznać wszelkie – ukrywane przed Kielonkiem – tajniki życia ludzi, których historie służą mu za fabułę powieści.

P.S. O „Kielonku” pisała Zosik i pisał Jarek.

13 marzec 2009

China Mieville. LonNieDyn.


Wydane przez
Wydawnictwo Mag

Kusi Was czasem, gdy wędrujecie bezpańskimi dróżkami i napotkacie bezpański zawór, by ów zawór przekręcić? A, gdy jesteście w bibliotece i podziwiacie rosnące wzwyż półki, odczuwacie pokusę, by wspiąć się po nich i sprawdzić co jest na szczycie? Jeśli tak – uważajcie, takie pokusy mogą Was zaprowadzić na drugą stronę miasta, do NieMiasta.

Zanna i Debba przekręciły zawór i znalazły się w LonNieDynie. Miasto niby było podobne do tego, z którego przybyły, ale jego mieszkańcy, sposoby transportu i tak naprawdę wszystko, co w nim, budziło olbrzymie zdumienie dziewcząt. A gdy okazało się, że Zanna jest Wybraną ich obecność w LonNieDynie zaczęła wzbudzać sensację wśród jednych i jednocześnie niepokój wśród innych.

Władimir Propp czytając książkę Chiny Mieville’go poczułby się wstrząśnięty. Wszelkie motywy jakie rosyjski badacz określił jako stałe i konstytutywne dla baśni/bajek, w najnowszej powieści Londyńczyka są odczytane w inny, niż chciałby Propp, sposób. Zagrożony świat ratuje NieWybrana, a kolejne zadania jakie należy wykonać, by osiągnąć moc pozwalającą zniszczyć wroga, są nieco zlekceważone, bo na ich żmudne pokonywania brak NieWybranej czasu. Co więcej, bohaterce pomagają stworzenia, które powstają z niczego, a orężem w walce ostatecznej jest nic.

LonNieDyn oprócz baśniowej fabuły niesie za sobą przesłanie współcześnie modne, bo ekologiczne. Ci, którzy ratują świat walczą z zanieczyszczeniami, a ucieleśniony Smog okazuje się być głównym wrogiem szczęśliwego życia.

Książka Mieville’go jest lekturą, która skierowana jest do czytelnika w każdym wieku. O ile ów czytelnik lubi światy niesamowite i istniejące tuż obok nas.

P.S. Autor dziękuje Neilowi Gaimanowi za „Nigdziebądź”. Muszę się bliżej zapoznać z tym autorem…

P.S.2. Tylko dlaczego China Mieville nie lubi kotów?;)

Ekranizacje literatury

Dziś do kin wchodzą:

Koralina i tajemnicze drzwi

Lektor

Marley i Ja

Od 20 marca będziemy mogli oglądać:

Brick Lane

27 marca swoją polską premierę będzie miało:

Miasto ślepców

3 kwietnia ucieszą się miłośnicy:

Atramentowego serca

P.S. Obejrzałam Chłopca w pasiastej piżamie. Zobaczcie koniecznie...