31 sierpień 2009
Thomas Merton. W stronę jedności.
30 sierpień 2009
Małgorzata Szejnert. Wyspa klucz.
Wydane przez
Wydawnictwo Znak
"Czarny ogród" Małgorzaty Szejnert odbił się szerokim echem we wszystkich mediach. O "Wyspie klucz" słuchać jakoś mniej i uważam, że niesłusznie.
Kolejny raz należy podziwiać autorkę za ogrom pracy włożonej w przygotowanie publikacji książkowej. I docenić kunszt pisarski, dzięki któremu bohatorowie opowieści o Wyspie Ellis stają przed czytelnikami niby żywi, ich losy fascynują, a śledzenie ich także poza książką, dzięki Internetowi, stanowi wielką przygodę.
Wyspa Ellis to miejsce, do którego od 1 stycznia 1892 roku do 12 listopada 1954 roku przybijały statki z imigrantami. W tym czasie do nowojorskiego portu dotarło 16 600 000 osób, a większość z nich postawiła pierwszy raz na amerykańskiej ziemi stopę właśnie na Wyspie Ellis. Dziś na wyspie działa muzeum - jeśli ktoś z Waszych przodów we wspomnianym czasie wyemigrował do U.S.A. możecie odszukać informacje o nim sporządzone na podstawie list przewozowych armatorów morskich, na podstawie badań lekarskich, psychologicznych, obserwacji urzędników.
Tekst książki uzupełniają fotografie wykonane przez jednego z urzędników Wyspy Ellis, Augustusa Shermana. Zafascynowany rozmaitością narodowości przypływających do Stanów imigrantów towarzyszył im z obiektywem aparatu. Uwieczniał stroje ludowe, rodziny, niezwykłe postacie.
Autorka ciężar opowieści skupia na pracownikach Wyspy Ellis - przedstawia w jaki sposób znaleźli się na Wyspie, na czym polegała ich praca, co spowodowało, że z Wyspy odeszli. Oczywiście, pisze również o Polakach, Rosjanach, Irlandczykach, Szkotach, Niemcach, Rumunach, którzy przypływają, by rozpocząc nowe życie.
To przepiękna, epicka opowieść, w której czytelnicy "Czarnego ogrodu" odnajdą znajomy styl Pani Szejnert.
Gorąco polecam!
Alicja Ungeheuer-Gołąb. O Taju, Jasiu, i Rowerku.
Wydane przez
Wydawnictwo Skrzat
Ostatnio w mojej ręce wpadają książki o spełnianiu marzeń. Czyżby to był jakiś znak?;)
Taj zjawił się w Tutaj dość niespodziewanie. Przyjechał z Tam, skąd musiał uciekać przed brudnym powietrzem. Tutaj, będący wymyślnym rysownikiem, ma zdolność ożywiania rysunków innych osób. Ważne jest, by rysunek przedstawiał dobrą rzecz. I tak oto w ręce Jasia trafił Rowerek, o którym chłopiec marzył i który narysował. Tak rodzina Jasia powiększy się o siostrzyczke lub braciszka Jasia. Tak... wydarzy się jeszcze parę interesujących rzeczy.
Książka Alicji Ungeheuer-Gołąb jest ciepłą opowieścią o przyjaźni, marzeniach, rodzinie. Nie bez znaczenia jest również wątek ekologiczny - walka z zabrudzonym powietrzem, wycieczka do lasu.
Bardzo przyjemna i przyjazna lektura - polecam:)
Dariusz Chwiejczak. Czarodzieje mogą wszystko.
Wydawnictwo Galaktyka
Su pojawia się w nowej szkole wraz z rozpoczęciem roku szkolnego. Mimo obaw znajduje wkrótce przyjaciół, którym przekazuje swoją czarodziejską wiedzę. Dziewczynka wskazuje rówieśnikom proste zdarzenia, proste czyny, które - gdy włożą w nie dużo pracy, wytrwałości i chęci - zmienią ich życie. Owe czary to nasza siła wyobraźni, pragnień, charakteru.
Każdy z rozdziałów opowiada o jednym miesiącu z życia Su i jej przyjaciół. W każdym miesiącu młodzi ludzie poznawali regułę, która przybliżała ich do zrozumienia siły własnej osobowości.
"Czarodzieje mogą wszystko" to sprawnie napisana opowieść szkolno-wspierająca. Regułu prezentowane przez główną bohaterkę ukazują nam z wielką prostotą wagę czasu w naszym życiu, to, ze warto czasami odrzucić "przeszkadzajki" i zadumać się nad sobą, że spełnimy nasze marzenia projektując sobie ścieżkę do ich spełnienia. Autor podkreśla rolę podświadomości, ale i cięzkiej, systematycznej pracy.
Książkę okrasił ilustracjami Dariusz Twardoch. Dodało to jej uroku.
27 sierpień 2009
Fannie Flagg. Nie mogę się doczekać kiedy wreszcie pójdę do nieba.
Miral at-Tahawi. Namiot Fatimy.
Wydane przez
Wydawnictwo Smak Słowa
Pierwsza książka z "Serii z przyprawami" jaką czytałam ma gorzkawy smak. Choć upaja zapachem, dźwiękiem ozdób i eterycznością pozostawia odrobinę goryczy.
Fatima wraz z innymi kobietami swojej rodziny mieszka w miejscu ku temu przeznaczonym. Jej matka rodzi synów, którzy umierają i córki, których narodzinom towarzyszą przekleństwa babki. Jej ojciec pozostawiając kobietom wewnątrzrodzinne rozgrywki pojawia się tylko na chwilę, między kolejną podróżą i nie dostrzega tego, co zauważa jego najmłodsza córeczka Fatima.
Świat osiadłych beduinów (a właściwie beduinek) jest pełen opowieści, duchów pustyni i twardych rządów nastarszej kobiety w rodzinie. Nie sposób zadowolić starej, pełnej pogardy dla innych kobiet matki ojca Fatimy. Ten świat, w którym dziewczynka spotyka się z niechęcią babki, śmiechem sióstr, duchem gazeli, ten świat, w którym Fatima siedząc na drzewach oazy marzy o wolności, zderza się z innym światem - takim, który zwie się cywilizowanym.
Czy Fatima w świecie reprezentowanym przez Annę szukała będzie swojej wolności? Czy ulegnie wpływom? Co stanie się z tożsamością kobiety beduińskiej?
Ta powieść jest inna niż znane mi ksiązki, których autorki pochodzą z arabskiego kręgu kulturowego. Inna, i choć pozostawia lekko gorzki smak, warto ją przeczytać - nie tylko dlatego, że zaliczyć ją można do literatury genderowej.
P.S. 1. Marek Marian Dziekan poprzedził powieść doskonałym wstępem, w którym przedstawił kontekst społeczno-kulturowy, w jakim Airal at-Tahawi osadziła swoją powieść.
P.S.2. I jeszcze ciekawostka - w stopce książki zamieszczono wskazówki dla bibliotekarzy:)
Piotr Łopuszański. Pan Samochodzik i jego autor. O książkach Zbigniewa Nienackiego dla młodzieży.
Wydane przez
Wydawnictwo Nowy Świat
Ależ mam frajdę z tej książki! Ależ dobrze się ją czyta! Ograniczając wybuchy entuzjazmu powiem, że sporo się z tej ksiażki dowiedziałam i urządziłam sobie dzięki niej, powrót do lat wczesnomłodzieżowych.
Bardzo podobał mi się rozdział poświęcony sylwetce Zbigniewa Nienackiego. Piort Łopuszański szeroko zakreśla wydarzenia z lat młodości, czasu debiutu, okresu największej popularności, czy wreszcie z czasów, gdy Nienacki jakby znudzony Panem Samochodzkiem pisał coraz gorzej, by wreszcie - w powieściach dla dorosłych - obnażyć swoje zahamowania, zaburzenia i nieumiejętność. W latach sześćdziesiątych Nienacki pomagał sobie w karierze przynależnością partyjną i pełnieniem służby w ORMO, a dopełnieniem owych ideologicznych prawideł, w które wierzył są tezy komunistycznej propagandy jakimi autor okraszał bogato swoje powieści.
Łopuszański broni jednak Nienackiego przed krytyką innych literaturoznawców, szczególnie, gdy owa krytyka wynika z nieoczytania w powieściach omawianego pisarza. Taki właśnie zarzut stawia Łopuszański Czaplińskiemu, który stwierdzał, iż Nienacki ma nastawienie antygermańskie, że powiela szablony blokujące samodzielne myślenie u młodych czytelników. Autor omawianego przeze mnie opracowania wyraźnie kontruje opinie Czaplińskiego wykazując mu błędy w ocenie.
Rozdział zatytułowany skromnie "Powieści" powodował, że miałam chęć zarzucić inne lektury i zasiąść z kolejnymi tomami przygód Pana Samochodzika tak długo, aż nasycę swój "samochodzikowy" głód;) W "Biografię Pana Samochodzika" zagłębiłam się z wyraźną przyjemnością, a schyliłam przez Łopuszańskim czoło w dowód uznania podczas lektury rozdziału "Różnice w wydaniach", bo też Nienacki wciąż poprawiał swoje książki, dopisywał, wykreślał, uwspółcześniał...
Jest tu i rozdział poświęcony skarbom jakich szukał Pan Samochodzik, i przestępcom, którzy mu w owym poszukiwaniu przeszkadzali. Część książki poświęcona jest wehikułowi Pana Tomasza i równie ważna część - kobietom z jakimi Pan Tomasz spotykał się podczas swoich przygód. Nie zabrakło informacji o filmach zrealizowanych na podstawie prozy Nienackiego, ilustracjach w książkach i błędach, niestety także merytorycznych jakie przydarzyły się Zbigniewowi Nienackiemu podczas pracy pisarskiej.
Jednym słowem - polecam!
Katarzyna Michalak. Zachcianek.
Wydane przez
Wydawnictwo Albatros
Po lekturze Poczekajki miałam chęć śledzić dalsze losy Patrycji. Czekałam na pojawienie się w bibliotece "Zachcianka" od czerwca, a gdy już go dostałam i przeczytałam uznaję, że najlepsze są sceny spotkań dr Patrycji ze zwierzętami w ogrodzie zoologicznym. Tym scenom nie brakuje ani humoru, ani świeżości spojrzenia, ani sympatii do bohaterów. A nie da się tego samego powiedzieć - niestety - o relacjach z kontaków Patrycji z Hanką, Łukaszem, Gabrielem, Janką.
Patrycja co i rusz wypadająca z innych ramion i łóżka stawała się momentami nie do zniesienia. Magiczny Krąg, który pomagał dziewczynie wybrać właściwego księcia z marzeń, też jakoś do mnie nie przemawiał. Ekipa realizująca teledysk do powieści i sam wątek wydawania powieści, będącej poprzednią częścią powieści właśnie czytanej przez czytelnika były karkołomnym pomysłem (który niespecjalnie się w moim odczuciu sprawdził). Tylko te zwierzaki;) Hipopotam karłowaty, foki, owce, wąż, czy inni mieszkańcy ZOO i ludzkie perypetie z nimi są przezabawne. Może by autorka chciała iśc w ślady Durrella?
* * *
Jak jest w Waszych bibliotekach? Są skomputeryzowane tak, że możecie zamówić ksiązki przez internet? I nawet, gdy ktoś z nich własnie korzysta, możecie się zapisać "w kolejkę"? A może musicie liczyć na łut szczęścia i to, co stoi na półkach? Albo macie miłe panie bibliotekarki, które zapisują na karteluszkach, co komu odłożyć i mają specjalną półkę za plecami na te właśnie, odkładane, książki?
26 sierpień 2009
Ladislav Klima. Jestem Wolą Absolutną.
"Jestem Wolą Absolutną" to pierwszy tekst Klimy, jaki czytałam, a i o samym pisarzu nie wiedziałam dotąd niczego. W Necie znalazłam, że Klima w swoich poglądach filozoficznych inspiruje się ideami George'a Berkleya, Schopenhauera oraz Nietzchego i rzeczywiście tekst pokazuje, że Klima w określonych kontekstach jest pokrewną duszą wspomnianych trzech myślicieli.
"Jestem Wolą Absolutną" to tekst filozoficzny i - o ile nie mylę się w sposób dramatyczny - miejscami poetycki. Klima ma świetne pióro, pisze np. tak:
"A jeśli to wszystko brzmi dla Ciebie pusto i bez sensu, może to świadczyć o tym, że podziemne prądy naszych dusz płyną w zupełnie innych kierunkach."
albo tak:
"Wszystkie niewolnicze idee usiłują wyprowadzić człowieka z niego samego i wprowadzić go w Boga. Ja pragnę uwieść Boga, wyprowadzić Go z Niego samego i zrzucić Go na człowieka. Chcą z człowieka zrobić Boga, rozciągając Go i rozpraszając. Tymczasem ja Go zagęszczam, by stał się człowiekiem. Ci poważni abstynenci szukają swego małego miejsca pod piórami boskiego skrzydła. A ja powiadam: "Człowiek już jest orłem".
Po lekturze książki nie tyle mam mętlik w głowie, ile zdaję sobie sprawę z tego, że nie wyłapałam wszystkich idei czy intuicji autora, ale to nic - do książki zawsze można wracać. W każdym razie Klima pisze przede wszystkim o Wolności i pisze świetnie:
"Wolność jest celem samym w sobie, stanem wiecznej doskonałości, Suwerenności, Absolutności, wiecznym tryumfem, Victoria Aeterna, słowem par excellence, cnotą par excellence."
To mi się rymuje ze słowami Alexisa de Tocqueville'e:
"Kto w wolności szuka czegoś innego niż ona sama, ten został stworzony na niewolnika."
Pisząc o Wolności zwraca Klima uwagę na istotny fakt:
„Jest rzeczą zdumiewającą, że już sama etymologia pojęcia absolutu, absolutum, wskazuje na wyzwolenie, wyzwolonego [łacińskie: absolvo – odwiązuję, zwalniam, uwalniam]. Schopenhauer uważa, że jeśli profesorowie filozofii byliby zmuszeni, by zamiast łacińskiego absolutum użyć niemieckiego odpowiednika, to pomyśleliby dwa razy, zanim uczyniliby z niego atrybut boskości.”
Klima stwierdza, że kiedy mówi się o Wolności, to trzeba rozróżniać dwa aspekty: akt pojmowania oraz to, co staje się treścią życia: "Za pomocą prawdziwej praktyki, która nie żartuje, uczynić tę władczą ideę mistrzynią całej duszy, wpoić duszy uległość całkowita, harmonijną, szczęśliwą, podporządkować się jej rozkazom".
Zaiste, ambitny to postulat, ale co tam - autor nie ma nic do stracenia, bo i tak jest outsiderem, natomiast sprawą każdego z nas jest to, co zrobimy z wielkim postulatem Ladislava Klimy.
25 sierpień 2009
Camilla Läckberg. Księżniczka z lodu.
Premiera już jutro!
Wydane przez
Wydawnictwo Czarna Owca
Po dwóch powieściach z trylogii Millennium Stiega Larssona Wydawnictwo Czarna Owca proponuje czytelnikom kolejny kryminał szwedzki. Autorka, z wykształcenia ekonomistka, ma na swoim koncie już siedem powieści. Pierwsza z nich "Księżniczka z lodu" została udostępniona polskim czytelnikom, a wydawnictwo zapowiada i inne tytuły tej autorki.
W miejscowości Fjällbacka zostaje zamordowana młoda kobieta. Choć pozornie wydaje się, iż popełniła samobójstwo, dogłębne zbadanie sprawy przeczy pozorom i sprawia, że rodzą się pytania o motyw zabójstwa.
Ciało odkrywa emerytowany rybak, który o pomoc poprosił Erikę Falck, wywodzącą się z Fjällbacka pisarkę, która przyjechała do rodzinnej miejscowości, by uporządkować dom po śmierci rodziców. To ponowne zetknięcie Eriki ze śmiercią i to, że zabita Alex była jej przyjaciółką w lat dziecięcych sprawia, iż dziewczyna angażuje się w sprawę bardziej niż, przynajmniej z początku, mogłaby chcieć.
Mamy tu zatem wątek kryminalny, który dopełnia się przez nieoczekiwaną śmierć uzdolnionego malarza Andersa. Mamy wątek uczuciowy - Erika podczas wizyty na komisariacie spotyka swojego szkolnego kolegę, Patrika i pozwala, by w trakcie rozwiązywania sprawy kryminalnej między obydwojgiem rodziła się więź. Autorka zadbała i o to, by przedstawić czytelnikom Fjällbacka, by ich zachwycić klimatem położonego nad morzem miasteczka. Sprawnie nakreśliła postacie bohaterów - z pretensjami do bycia elitą, z obawą przed krzywdzącymi słowami innych, czy wreszcie będących zwykłymi ludzmi marzącymi o dobrych, spokojnych dniach.
Tajemnice tkwiące w przeszłości naznaczyły społeczność małego miasta - zmieniły życie wielu mieszkańców Fjällbacka i napiętnowały ich we własnych oczach. Jednak czy zawsze należy dążyć od odsłonięcia zagadek z czasu minionego?
Camilla Läckberg napisała kryminał, który trudno odłożyć na bok podczas lektury. Przynajmniej mnie się to nie udało, zarwałam noc;)
P.S. Strona Autorki.
24 sierpień 2009
Fazu Alijewa. Sto pięćdziesiąt siedem warkoczyków panny młodej.
Wydane przez
Wydawnictwo Książka i Wiedza
Książka Fazu Alijewej to opowieść o kobietach. Opowieść snuta z serdecznością, ciepłem, humorem i poszanowaniem tradycji.
Autorkę, dziennikarkę, Tuku-daci zabiera z miasta do aułu na wesele wnuczki. Fazu nie odwiedzała rodzinnej miejscowości trzy lata i gdy już są na miejscu, ze zdumieniem obserwuje zmiany zwyczajowe i ich doskonałe spojenie z legendami.
Alijewa przywołuje w swojej opowieści legendy regionu, aułu, szczególnie te dotyczące kobiet lub związków kobiety i mężczyzny. Podkreśla owe zaobserwowane zmiany - choć mentalność zdaje się niewiele odmieniona, kobiety stają się siłą, nie tylko milczącą. Kobiety wyjeżdżają, by studiować, sprzeciwiają się tradycji małżeństwa od kołyski, buntują się przeciwko kodeksowi honorowemu traktującemu kobiety gorzej niż mężczyzn.
Przepięknie i z dużym sentymentem autorka opowiada o kobietach ze swego otoczenia. Pokazuje skąd się wywodzi, docenia swoje korzenie.
A jak kiedyś było w aule?
" (...) zeznania czterech kobiet liczyły się za zeznanie jednego mężczyzny. Zgodnie z obyczajem kobieta nie miała prawa wymawiać imienia męża. W ojcowskim domu uważaną ją za wielki ciężar."
Te i inne ciekawostki znajdziecie w doskonale opowiedzianej historii Fazu Alijewej. Zerknijcie koniecznie:)
P.S. Tytuł rosujski jest zupełnie inny niż polski. Śmieszy mnie upodobanie do zmiany tytułów;)
Amy Bloom. Daleko stąd.
Wydane przez
Wydawnictwo Muza
Liljan Lejb uciekła z Turowa po pogromie Żydów i po tym jak zabito jej rodziców, męża, córkę. Wyruszyła w daleką podróż i stanęła na amerykańskiej ziemi w 1924 roku. Zamieszkała u dalekiej kuzynki, nie znała języka i szukała Szansy. Gdy już ją znalazła, postanowiła ją wykorzystać, a gdy pomału zaczynała układać sobie życie dowiedziała się, że jej córeczka przeżyła. Od tej pory wszystkie działania Liliany miały jeden cel - znaleźć Sonię. Musiała jednak najpierw dotrzeć na północ, przemierzyć Szlak Tefegraficzny, przepłynąc na Syberię.
Podczas lektury kibicowałam Liljan Lejb. A jednocześnie dostrzegałam w niej wypalenie, smutek i rozczarowanie życiem. Nawet wtedy, gdy wyruszyła w wędrówkę po córkę przesycona była tymi emocjami, nawet wówczas dołaczyła do nich tylko głód serca.
Autorka zastosowała ciekawy zabieg w narracji. Opowiadała nam o losach osób, które zetknęły się z Liljan, o ich losach po spotkaniu z nią, wiodąc swoją historię aż do ich śmierci. Śledzimy zatem odejście jej mężczyzn, przyjaciół, życie i śmierć napotkanych przez nią ludzi, a owe kończenie każdej z historii pożegnaniem z życiem, nadaje głównej bohaterce jakieś przedziwne znaczenie - tak jakby idąc rozsiewała śmierć, jakby jej wypalenie i ból odbierały życie innym.
To mocna książka. Polecam.
Borys Akunin. Pelagia i biały buldog.
Wydane przez
Wydawnictwo Noir Sur Blanc
Nie da się nie polubić mniszki Pelagii i wielebnego Mitrofaniusza:) Karty powieści osadzają ich w XIX-wiecznym Zawołżu, a czytelnikom dają posmak carskiej Rosji, tej żyjącej z rozmachem, bogactwem i prowincją, która świetnie sobie radzi bez zła nadciągającego ze stolicy.
Biskup oddelegowuje czernicę do pozornie banalnej sprawy - rudowłosa zakonnica ma odszukać tego, kto chce zabić jego ciotkę poprzez zabicie jej ukochanych psów, białych buldogów. Ale czy śmierć psów jest środkiem do pozbawienia życia ciotki? A może chodzi tu o inną śmierć?
Pelagia przypomina mi pewną Siostrę M. Żywiołową, rudowłosą, wiecznie gdzieś zajętą i pełną energii. Może znana mi Siostra M. nie rozwiązywała zagadek kryminalnych, ale i bez tego miała mnóstwo na głowie.
Drugim elementem przykuwającym moją szczególną uwagę i sprawiającym, że uśmiechałam się do autora bardzo szeroko, są wykłady na tematy polityczno-gospodarcze jakie biskup Mitrofaniusz wygłosił młodemu gubernatorowi, zakochanemu w szwajcarskim porządku, Antoniemu Antonowiczowi von Hagenau. Znajdziemy tu porady jak oduczyć urzędników łapówkarstwa, wykład o wyższości podatku dziesiętnego nad innymi podatkami (by nie powiedzieć - nad dochodowym) oraz arcyciekawą rozmowę na temat godności człowieka i tego, czy można czuć się godnie, gdy jest się głodnym. Ech, gdyby i nasi włodarze zechcieli słuchać wielebnego Mitrofaniusza...
Oczywiście, oprócz elementów, które wskazałam i dla których "zapaliłam" do Kryminału Prowincjonalnego, zauważyć trzeba, że jest to świetnie, z bogactwem rosyjskiej duszy, napisana powieść:) Aż żal było kończyć...
Na pociechę mam na półce "Pelagię i czerwonego koguta". Muszę jeszcze tylko zdybać "Czarnego Mnicha":)
23 sierpień 2009
Wywiad z Marcinem Wrońskim
W wywiadzie prowadzonym przez Wojciecha Gołąbowskiego zacytował Pan Blumenfelda mówiącego do Goldsteina: „Najważniejszy jest nie zarobek, ale ruch w interesie”. Tymczasem na Pańskim blogu cichutko, na Pańskiej oficjalnej stronie jakoś spokojnie. Co robi Pisarz, skoro się nie upublicznia?
– Z pisarzami zwykle jest tak, że tak naprawdę pracują właśnie wtedy, kiedy pozornie nic nie robią, kiedy zupełnie ich nie widać. Potem przychodzi premiera książki i pisarz nagle dostaje medialnego przyspieszenia, mimo że akurat w tej chwili wcale nie jest pisarzem, ale Gombrowiczowską gębą samego siebie, automarketingowcem, no i oczywiście człowiekiem, który przy tej okazji jakoś odreagowuje swoje samotne boje z klawiaturą. Wtedy właśnie zaczynam myśleć jak Blumenfeld. W tej chwili jednak jestem ciężko pracującym robotnikiem umysłowym i pomijając zupełnie banalne, powiedziałbym: biurowe elementy mojej pracy, nie mam za wiele czasu i sił na inne sprawy. Z drugiej strony sam jestem mniej interesujący dla czytelnika, bo przecież nie wydaję akurat żadnej nowości – stąd i niewiele newsów na stronie pisarskiej. A koncentrując się na nowej powieści, nie mam też już mocy przerobowych na bloga. Zresztą z tym moim blogiem to od zawsze mam problem. Szczerze podziwiam Pani wirtualny dziennik i przekonuję się po raz kolejny, że chyba nie jestem urodzonym blogerem. Są dni, kiedy mam wrażenie, że blogowo w ogóle nie mam o czym pisać, innym razem przychodzi mi pięć pomysłów naraz – ale wówczas staję przed wyborem, czy mogę sobie pozwolić na oderwanie się od mojej głównej roboty, no i wychodzi mi, że nie mogę. A zbyt szanuję moich czytelników, żeby zmienić swój blog w blogusia. Nie zachwyca mnie własna postawa, w końcu wybór nicnierobienia, nawet ze szlachetną intencją nierobienia czegoś źle, to dość znany wykręt. Niestety w tej chwili niewiele mogę na to poradzić, ale jeśli będę dalej obserwował Pani wirtualny dziennik lektur, na pewno w końcu się poprawię. Z czystej zazdrości.
W przywołanym wywiadzie wspominał Pan o chęci napisania sagi rodzinnej. Zarzucił Pan ten pomysł? Czy może właśnie go Pan realizuje?
– Nie zarzuciłem, ale odłożyłem na lepsze czasy, gdy będę mógł wziąć głębszy oddech. Ale nie dalej niż wczoraj przeglądałem moje notatki, bo przeczuwam, że te lepsze czasy są już stosunkowo blisko. Teraz jednak pracuję nad współczesną powieścią sensacyjno-polityczną pod na razie roboczym tytułem "Officium Secretum". Gram w niej na kilku mitach, które – przynajmniej dla mnie – w fascynujący sposób stały się realną publicystyką w roku 2007, a i do dziś nas nie opuszczają. Ot choćby pierwszy z brzegu mit Zaginionej Księgi, tak pięknie wykorzystany przez U. Eco. W Polsce też jest masa zaginionych ksiąg, a nawet zaginionych bibliotek – kiedyś w posiadaniu SB, obecnie IPN-u. A duchowni-konfidenci, rozpoznani i domniemani, a niemal manichejskie przekonanie o tym, że naszą ludzką rzeczywistość kreuje nie kto inny, tylko Szatan – w wydaniu przeróżnych masonopodobnych grup mniej lub bardziej jawnie trzymających władzę? A zbuntowane betanki z Kazimierza? Toż to niemal „Imię Róży”, tylko takie nasze współczesno-polskie, spsiałe, bo polityczne, no i bez Arystotelesów – nawet w podtekście. Co prawda wcześniej interesowały mnie raczej fabuły na tyle odległe, historyczne, że z pozoru niemal kostiumowe, ale zwłaszcza rok 2007 był tak literacki, że nie mogłem pozostać obojętny.
Pisał Pan książki dla dzieci, pisze Pan fantastykę i kryminały retro, jest Pan redaktorem współpracującym z kilkoma wydawnictwami, uczył Pan języka polskiego. Ku czemu jest Panu najbliżej?
– Zawsze najbliżej mi było do pisarstwa i ku temu grawitowały wszystkie moje życiowe wybory. Uczenie języka polskiego to raczej efekt uboczny ukończenia polonistyki, a cała reszta to już chęć pracy z książką i nad książką. Ogromnie lubię pracę redaktora, bo to świetne uzupełnienie pisarstwa – również w tym sensie, że umiejętności, doświadczenia zdobyte na jednym polu bardzo przydają się na drugim. Ale broniłbym się przed wyraźnym rozgraniczeniem, że Wroński od dzieci, od fantastyki i od kryminałów to są trzej zupełnie różni Wrońscy. Broniłbym się tym bardziej, że niejeden raz ktoś się dziwił, że ja to naprawdę ten sam co tamten. Styl i gatunek zależą od tematu, a nie odwrotnie. Na pewno bliższy mi kryminalny komisarz Maciejewski niż fantastyczny wąż Marlo, bo to lepsza postać zanurzona w ciekawszych historiach, ale nie przesądzam, że w związku z tym do końca życia będę pisał kryminały. Jeśli chodzi o cykl o Maciejewskim, jest to rzecz bardzo mi bliska ze względu na Lublin, którego historią się zajmowałem i o której chciałem pisać już od dłuższego czasu.
Skąd u Pana zainteresowanie historią Lublina (ot, choćby widoczne w Pańskich powieściach lub w artykułach zamieszczonym w Gazecie Petersburskiej)? Nie każdy mieszkaniec godnego uwagi miasta zna jego przeszłość.
– Lublin to wyjątkowe miasto, z charakterem, choć nie każdy – nawet mieszkając tu całe życie – ma czas, aby mu się dobrze przyjrzeć i ten charakter docenić. W stronę przyglądania się mojemu miastu i jego historii popchnął mnie przypadek, kiedy wymyślałem sobie temat pracy magisterskiej. Miałem różne pomysły, na przykład motyw pociągu w literaturze, bo bardzo mnie korciło wysnucie jakichś nikomu niepotrzebnych wniosków z konfrontacji fragmentów "Lalki" Prusa, kolejowych horrorów Grabińskiego i chociażby "Trupów z kawiorem" Jasieńskiego. W końcu zainspirowany kilkoma dobrymi radami, wcześniejszymi studenckimi kwerendami, które robiłem, a przede wszystkim przykładem mojego genialnego profesora Władysława Panasa, który właśnie w swoich badaniach zaczął z pasją kabalisty traktować Lublin jak wielką Księgę Miasta, też poszedłem w tym kierunku. Oczywiście przekornie, bo profesor był metafizyk, a ja zszedłem do poziomu bruku i napisałem rzecz socjologiczno-literacką. Zresztą może i nie przekornie, po prostu na takie syntezy, jakie on czynił, byłem za cienki. I jestem za cienki. Właściwie każdy jest za cienki. Jednak to zainteresowanie we mnie zostało, ciągle coś doczytywałem, a kiedy zdecydowałem się obsadzić głównego bohatera mojego kiełkującego kryminału w roli kierownika tutejszego wydziału śledczego w latach 30. XX w., nastąpiła we mnie jakby synteza wodorowa, po prostu coś huknęło i samo z siebie zaczęło się składać w logiczną całość. Lublin i dla mnie stał się Księgą, tyle że znacznie bardziej wódczano-knajacką niż u profesora. Taką utytłaną. Ale Pani Moniko, w tym utytłaniu ja naprawdę widzę sens. Kiedy z rzadka bywam w turystycznie w miastach z grubo położonym make-upem, szybko się nudzę. A Lublin ma to do siebie, że choć naprawdę ładny, momentami wręcz malowniczy, ma wiele miejsc, zaułków, które aż się proszą o kawał literackiego krwistego naturalizmu. Niewiele się zmieniły od czasów, które opisuję w "Komisarzach Maciejewskich" i to jest dla mnie najbardziej ciekawe.
Proszę powiedzieć, czy w Lublinie warto mieszkać?
– Jeśli chodzi o samo mieszkanie, to już od wielu osób słyszę, że Lublin jest idealny – niedrogi, niebrzydki, na tyle miejski, żeby wszystko było na miejscu, a przy tym nie tak uciążliwy w sensie dojazdów czy hałasu jak wielkie miasta. Problem zaczyna się w momencie, gdy chcemy w Lublinie nie tylko mieszkać, ale i zarobić milion dolarów. Wystąpiłem kiedyś w takim reportażu telewizyjnym „Wyjeżdżam – zostaję” robionym właśnie przez lubelską telewizję. Byłem ja – może nie całkiem stary, jednak dojrzały dziwak zostający w mieście – i młoda fotoreporterka, która nie widzi tu perspektyw, za mało zarabia i tak dalej. Pytanie, komu wierzyć, prawda? Każdy rozsądny człowiek pewnie uwierzył mojej oponentce i miał zupełną rację. Ale poza rozsądnymi ludźmi są na świecie także dziwacy i ci w Lublinie często świetnie się odnajdują. Gdy wyobrażam sobie Lublin jako kobietę, to jest ona kapryśna, niewdzięczna, obrażająca się, zawsze niezadowolona, małostkowa, krytyczna. Równocześnie ma oryginalną urodę i bogate wnętrze, które niechętnie prezentuje tylko najwytrwalszym uwodzicielom. Mnie wytrwałości nie brakuje, a poza tym mam podobne wady i dobrze ją rozumiem, w końcu jestem z nią od urodzenia. Ale przyznam się uczciwie, że chociaż w Lublinie świetnie mi się mieszka, to moje literackie interesy coraz częściej robię gdzie indziej. No po prostu nie można mieć wszystkiego.
W tym roku otrzymał Pan tytuł BENE MERITUS TERRAE LUBLINENSI (Dobrze Zasłużony dla Ziemi Lubelskiej). Czy jest Pan z niego dumny?
– To była nagroda mediów, które od razu zauważyły w "Komisarzu Maciejewskim" materiał na newsa nie tylko kulturalnego, ale i miejskiego, zwłaszcza „Kurier Lubelski” i Radio Lublin. Nigdy się nie zastanawiałem, czy jestem dumny z tego wyróżnienia, ale czuję ogromną satysfakcję – to na pewno. Stało się bowiem faktem to, czego zawsze mi brakowało w marketingowym myśleniu o moim mieście – że nie powinno to polegać na uślicznianiu i nakładaniu make-upu, ale dostrzeganiu jakichś głębszych sensów, szukaniu znaków popkulturowych. Tu taki drobny przykładzik – warszawscy twórcy stworzyli wspaniałą mitologię Pragi, mimo że to dzielnica wyjątkowo szpetna. Szpetna, ale charakterna. Otwieram program telewizyjny z zeszłego tygodnia, i co tam mamy? Proszę, „Rozdroże Café” Leszka Wosiewicza, w którym Praga spotworniała do niemożliwości staje się przestrzenią współczesnego moralitetu. A o tej samej porze na innym kanale lecą „Wiedźmy” Jana Kidawy-Błońskiego – jak dla mnie – przesympatyczne arcydzieło sentymentalizmu początku XXI wieku, w którym Praga to jakby niedomyty, usmarkany dzieciak o dobrym sercu – w przeciwieństwie do tej lewobrzeżnej, pięknej Warszawy. Czy to nie wspaniałe, ta dwubiegunowość i to budowanie tożsamości? Tym bardziej trudno mi było zrozumieć, dlaczego jakoś nikt przede mną nie miał ochoty robić beletrystyki nie tylko z „lubelskich ulic Marszałkowskich”, ale też pisać o „lubelskich Pragach” – Żmigrodzie, Kośminku, co ciemniejszych uliczkach Starego Miasta. Tę właśnie wartość dostrzegła również kapituła Bene Meritus i bardzo się ucieszyłem, kiedy poświęconą mi laudację otworzył dość naturalistyczny cytat, o ile dobrze pamiętam, z "Morderstwa pod cenzurą". Nie chciałbym jednak, żeby mnie Pani źle zrozumiała – ja tych książek nie piszę dla idei, ale dla przyjemności własnej i czytelników oraz dla chleba (tym, czytelnicy wybaczą, już się nie dzielę), jednak to ogromna satysfakcja, kiedy wychodzi na to, że przy okazji mogę przysłużyć się czemuś większemu niż ja sam, w tym przypadku mojemu miastu. Dlatego myślę sobie, że czasem warto, nie zapominając o sobie, mieć gdzieś na horyzoncie jakiś tzw. wyższy cel.
Mamy okres wakacyjno-urlopowy. Gdyby ktoś na trasie swoich wędrówek zahaczył w Lublin, co Pańskim zdaniem, musi odwiedzić?
– Może zabawnym pomysłem byłaby wycieczka śladami komisarza Maciejewskiego? W obu książkach jest mapka – co prawda z lat 30. XX w., ale zogniskowana głównie w centrum, które niewiele się zmieniło. Polecam szczególnie Stare Miasto, ale zejdźcie Państwo chociaż na chwilę z głównej ulicy Grodzkiej, skręćcie na przykład w Jezuicką. Nie ma tam już co prawda domów publicznych jak przed wojną, takie czasy, ale za to dojdziecie Państwo do Teatru Andersena i bardzo sympatycznego podwórka z ładnym widokiem do fotografowania. Na Starym Mieście są też dobre knajpy, co w wakacyjnych wyprawach również ma znaczenie. Nie wiem, czy warto iść oglądać dawny komisariat, ale położony niedaleko Żmigród polecam. Jak tylko znajdą się Państwo na tej uliczce, to sami zobaczą, że trup tam musiał paść, no po prostu nie ma siły! A przy okazji – dla co bardziej zafiksowanych książkowo turystów – właśnie na Żmigrodzie w pomieszczeniach jeszcze przedwojennej drukarni mieści się od roku Izba Drukarstwa, gdzie zobaczycie Państwo, co i jak się kiedyś drukowało. Nie dam głowy czy na co dzień, ale przy różnych większych imprezach na tych starych maszynach samemu można sobie coś wydrukować. I po prostu – warto pochodzić i pozaglądać w miejsca, które same Państwa czymś przyciągną. Bywając turystą, niezbyt lubię gonitwy od zabytku do zabytku, więc i innym tego nie proponuję. W obcych miastach warto po prostu macać ich puls, a puls Lublina jest wyczuwalny, bo na szczęście make-up kładzie się tu z umiarem.
Dziękuję :-)
I ja bardzo dziękuję :-)
Walentyna Gawriljewa. O wielkiej podróży rudego Sieriogi, mądrego starca Ibrahima i przebiegłego myśliwego Semena Wielkiej Głowy.
Wydane przez
Państwowy Instytut Wydawniczy
Sam już tytuł tomiku zawierającego dwa opowiadania jakuckiej pisarki przywodzi na myśl baśnie i legendy (szczególnie te z obszaru Rosji), prawda?
Rudy Sierioga skarżył się starcowi Ibrahimowi, że żona - nienawykła do mołdawskich realiów - tęskniła za daleką północą, za Kołymą skąd pochodziła, a nad krowy pasące się wokoło przedkładała renifery (wszak była weterynarzem, specjalistą od renów) i z tej tęsknoty uciekła z domu, wróciła w rodzinne strony i urodziła jego - Sieriogi - syna. A jakże on, dżygit, bez syna? Starzec uknuł spisek i obydwaj wyruszyli, przez Moskwę, by syna Sieriogi matce wykraść.
Podróż jest zabawna, pełna niespodzianek, a jej finał i zaskakujący , i wzruszający:)
"Kraina Uot-Dżulustana", drugie z opowiadań, to historia chłopca, który swoją miłością i oddaniem uleczył matkę z obłędu. Ireczaj rodząc w jurcie nieślubnego syna księcia Mitrija rozchorowała się. Gdy jej syn, Niukus, miał dwanaście lat opiekująca się nim koieta wyjawiła mu historię jego pochodzenia. Odnalazł matkę i pod wpływem zasłyszanej legendy wyruszył z nią na poszukiwania mężczyzny, który ją pokocha, którego miłość da jej zdrowie.
W "Krainie..." są mocniej zakcentowane zasady życia Jakutów. O ile w pierwszym opowiadaniu, więcej jest elementów żartobliwych i większą wagę przyłożyła autorka do relacji między ludźmi, tak w opowiadaniu drugim sięgamy po codzienność i duchowość.
Cieszę się, że dotarłam, dzięki Walentynie Gawriljewie, do Jakucji.
Carlo Frabetti. Wielka rozgrywka.
Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Mimo, że w Polsce wydano już kilka powieści Frabettiego, pisarza i matematyka, "Wielka rozgrywka" jest moim pierwszym z nim spotkaniem, i to spotkaniem podsycającym chęć poznania innych książek pisarza.
Leo poszukując towarzysza do gry w halmę pomyłkowo wpisuje w programie komputerowym hasło tworząc napis "zagram w zagram". Odzywa się ktoś, kto zadaje pytania na tyle trudne, by chłopiec musiał, chcąc na nie odpowiedzieć, szukać pomocy w książkach lub u nauczycieli.
"Zagram" toczy się sprawnie, a czytelnicy śledząc rozgrywkę między Leo a tajemniczym Halem mają okazję zgłębić prawa tworzone przez Galileusza, zmierzyć się z łacińską sentencją, dowiedzieć się czym są anagramy i spróbować dowiedzieć się jaki ruch wykonały czarne figury i czy Sherlock Holms ma coś wspólnego z fizyką.
"Wielka rozgrywka" to doskonała książka dla tych, którzy lubią zagadki.
22 sierpień 2009
Michał Witkowski. Margot (+ loteria)
Wydane przez
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera 25 sierpnia!
Może trudno w to uwierzyć, ale "Margot" jest pierwszą książką Michała Witkowskiego, którą przeczytałam. Nie mam więc porównania do tego, co pisał wcześniej i nie należy się spodziewać wniosków głoszących, która z jego powieści była najlepsza.
Margot to kierowca tira - chłodni. Daje jej to wysoką pozycję w hierarchi kierowców ciężarówek - nie musi czekać w kolejkach na granicach, może w barze zająć lepsze miejsce niż ci jeżdżacy z kontererami. Ale jednocześnie Margot to kobieta, która potrzebuje zaspokoić swą "dzikość serca".
Asia to dziewczyna, która uskrzydlona niezliczonymi wyznaniami miłości kierowców tirów jakich wiedzie przez CB - radio przez drogi i bezdroża, podnosi się z wózka inwalidzkiego, by go odrzucić, by stać się ucieleśnieniem głosu.
Waldek Mandarynka, przystankers z podsuwalskiej wsi, sięga po marzenia i zderza się z owymi marzeniami z wielkim hukiem.
Bohaterowie Witkowskiego byli nijacy, byli nikim. Pozostawały im marzenia rozpędzające szarą samotność, wyrzucenie za nawias. Małgorzata, Asia, Waldek dokonali zmian, ulegli metamorfozie, doświadczyli tego, kim chcieli się stać, tego ku czemu dążyli i ... Nie zawsze okazało się, że warto sięgać do gwiazd.
Zastanawiam się, czy to, co napisał Witkowskie to bardziej paszkwil, czy pamflet na współczesną rzeczywistość. Na sławę, ulubienie piękna, na walkę o to, by być celebrytą, by być w mainstreamie, na seks. Na Gwiazdy Podstarzałe, ale Z Klasą, na dzieweczkę nieurodziwą o pieknym głosie, na plebanię oferującą solarium, siłownię, saunę i zapraszającą na spowiedź przez GG. Na świat, który wariuje coraz mocniej, a my przyklaskujemy owemu szaleństwu zacierając granicę dobrego smaku.
Sięgnę po inne książki Witkowskiego. Zaciekawiło mnie jego pisanie.
* * *
Proszę, aby osoby chętne do lektury "Margot" wpisywały się w komentarzach. Jutro o 22 zrobię losowanie, a w poniedziałek wyślę książkę osobie wylosowanej:)
Niedziela, po 22:00

Książka trafi w ręce Piotra. Proszę o przesłanie adresu (m1b1m1m@gmail.com). I gratuluję:)
Joanna Fabicka. Idę w tango.
Wydane przez
Wydawnictwo W.A.B.
Joannę Fabicką poznałam dzięki Rudolfowi Gąbczakowi. Autorka świetnie wiedziała, że nie sposób oprzeć się nastolatkowi wychowującemy się w rodzinie dyskunkcyjnej i obdarzonemu takim imieniem i takim nazwiskiem.
"Idę w tango. Romans histeryczny" to inna powieść, choć humorem i ironią przypomina wcześniejsze autorstwa Fabickiej.
Jadzia oszukana w malowniczy sposób przez Mieszka wraca z Londynu do warszawskiej kawalerki na poddaszu, do bezrobocia (wszak wyjeżdżając ku nowemu życiu rzuciła pracę), do smutnej codzienności porzuconej kobiety. Grozy dodaje fakt, że Jadzia ma syna, którym należałoby się zajmować, a nie czekać, że syn - ośmiolatek - roztoczy czułą opiekę nad matką.
Z dna rozpaczy wyciągają Jadzię dwie oddane przyjaciółki i udział w programie, w którym tańczy się przed szeroką publiką stając się wedle jej uznania albo celebrytą albo nikim. Ów podtytułowy romans histeryczny rozgrywał się przede wszystkim podczas realizacji programu.
Oprócz tego co zabawne w "Idę w tango" dostrzec można przepięknie opisane cechy mainstreamowego życia, jego prawideł, brutalności i nieprzewidywalności.
Lubię poczucie humoru Fabickiej i to, że zapewnia czytelnikom śmiech. No, przynajmniej mnie zapewnia;)
Dorota Krupa, Jolanta Pszczółka. Zabawy logopedyczne na cztery pory roku.
Wydane przez
Wydawnictwo Impuls
Scenariusze zajęć przygotowane są dla dzieci w wieku przedszkolnym, ale myślę, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby wykorzystać je także podczas zajęć w grupie wczesnoszkolnej. Podzielone według tematyki związanej z porami roku są idalną podpowiedzią dla nauczycieli, czy to rozpoczynających pracę, czy to chcących wypróbować czegoś nowego.
Autorki przygotowały swoje propozycje bardzo starannie. Wśród proponowanych dzieciom lektur są książki Janczarskiego i Kerna. Każdy ze scenariuszy ma wyraźnie wskazane cele zajeć, określone pomoce niezbędne do realizacji zaproponowanych ćwiczeń i dołączone ilustracje, z których można skorzystać podczas zajęć.
Dużo jest ruchu, recytacji bardzo rytmicznych wierszyków, a treść zajęć obejmuje szeroko zagadnienia związane z jesienią, zimą, wiosną i latem.
Świetna książeczka:)
21 sierpień 2009
Czingiz Ajtmatow. Łaciaty pies biegnący brzegiem morza.
Wydane przez
Wydawnictwo Czytelnik
Niwchowie to autochtoni zamieszkujący wschód Rosji, u ujścia rzeki Amur oraz Sachalin. Bohaterowie niepozornie wyglądającej książki Ajtmatowa to właśnie Niwchowie - trzech mężczyzn i chłopiec, który wypływa z dziadkiem, ojciem i stryjem na morze, na swoje pierwsze polowanie.
Autor przywołuje legendę o kaczce Luwr, która podczas lotu nad bezkresnymi morzami wypatrywała lądu chcąc złożyć jaja. Gdy lądu nie znalazła, z własnych piór stworzyła gniazdo, a z tego gniazda powstała ziemia.
"Od tego czasu gdy powstała ziemia, morze nie ma spokoju, od tego czasu morze walczy z lądem, a ląd z morzem. A człowiekowi nieraz bardzo trudno jest żyć między nimi - między lądem a morzem, między morzem a lądem. Morze nie lubi człowieka za to, że jest bardziej przywiązany do ziemi."
Mądry stary Organ, doświadczeni Emrajin i Myłgun zabierają Kiriska na naukę kontunuując tradycję plemienną. Chłopiec musi wiedzieć, gdzie skierować łódź, jak polować, jak szanować duchy, by zwierzyna sprzyjała i by nigdy jej nie zabrakło.
Podczas tej wyprawy chłopiec doświadcza morza bardziej niż mógłby chcieć. Siła człowieka zestawiona z potęgą morza wystawia Nichwów na najcięższą próbę, na próbę życia.
Odwołanie do legend, do Pramatki rodu, Kobiety-Ryby, potęguje wrażenie jakie robi opowieść. W fabule książki można znaleźć podobieństwa do słynnej Hemingweyowskiej historii o człowieku i jego związku z morzem.
Niewiele jest książek, które poruszyły mnie tak jak "Łaciaty pies...". Niewiele takich, o których tak bardzo nie potrafię napisać.
Polecam z całego serca.
Bogdan Szczygieł. Mnisi w szafranowych szatach.
Wydane przez
KAW
Bogdan Szczygieł to lekarz, który wchodził w skład polskiej ekipy Czerwonego Krzyża pracującej w Kambodży. Właśnie w Kambodży, zniszczonej władzą Pol Pota, spotkał mnichów w szafranowych szatach.
To, o czym pisze Szczygieł, jest przerażające. Pol Pol, w młodości mnich buddyjski, student Jean-Paula Sartra, rządził Kambodżą zaledwie 3, 5 roku. W tym czasie zginęło - na ołtarzu jego wizji państwa - ok. 1,7-2,5 mln ludzi. Polska ekipa medyczna w swojej pracy wciąż spotykała się z ludźmi będącymi ofiarami władzy dyktatora - osierocone dzieci, dzieci z poprzetrącanymi kończynami, ludzi, którzy doświadczając grozy zapadli się w sobie i nie chcieli żyć. Na szczęście byli też i tacy, którzy umieli odnaleźć w sobie potrzebę życia, którzy przełamując zniszczenie psychiczne dążyli do odbudowania kraju i do normalności.
"Mnisi w szafranowych szatach" to wstrząsające świadectwo dyktatury zakorzenionej w komunistycznych ideach.
Rabindranath Tagore. Dom i świat.
Wydane przez
Wydawnictwo PIW
Fabuła powieści Noblisty (1913) wydaje się być prosta: Bimali jest żoną Nikhila, gdy w ich domu pojawia się Sandip, przywódca ruchu politycznego głosząc hasła działania ku Sprawie.
Bimali daje się uwieść słowom pełnym pasji, pożądania i siły jakimi czaruje ją Sandip. On zaślepiony przekonaniem, że: "Pokrewnych dusz mogą być tysiące. Moja umowa z naturą nigdy nie przewidywała, że mam się wyrzec wszystkich niezliczonych pokrewnych mi dusz dla jednej jedynej. W moim życiu dotychczas odkryłem ich wiele, a przeciez nie zamkneło mi to drzwi do następnej, a ta następna stoi mi wyraźnie przed oczami." coraz śmielej sięga po żonę innego mężczyzny, podczas gdy ów mężczyzna... Cóż, Nikhil zawsze powtarzał żonie, że ma z domu wyjść do świata, że ograniczenie jej do spraw właściwych domowi zabiera jej część człowieczeństwa - tę część, którą pielęgnowałaby i odkrywała będąc w świecie.
Fascynująca jest przenikliwość z jaką autor opisał swoich bohaterów. Konwenanse, w które wciśnięte są emocje i działania Bimali, Nikhila i Sandipa dają bogaty ogląd społeczności indyjskiej. W tle najistotniejszych spraw dostrzec możemy to, jak funkcjonują rodziny, jakie są zależności między nauczycielem i uczniem, uwarunkowania kulturowe. I kto wie - może to właśnie jest sednem powieści?
20 sierpień 2009
19 sierpień 2009
Jurij Brĕzan. Wycieczka do Krakowa.
Wydane przez
Wydawnictwo Iskry
Napisana w 1967 roku powieść Serbołużyczanina stanowi rozliczenie z przeszłością wojenną. Obserwujemy we wspomnianiach głównego bohatera - Stefana - czas jaki spędził on z Norbertem zaprzyjaźnionym niemieckim studentem skierowanym na polską uczelnię i Adą, siostrą Stefana w latach poprzedzających wojnę. Kolejne spotkanie tej trójki przyjaciół to już czas wojny - Stefan ukryty w bramie kamienicy obserwuje jak Niemcy - i wśród nich Norbert - wybierają spośród zatrzymanych ludzi co ładniejsze Polki do burdelu. Jest i trzecia odsłona znajomości Stefana i Norberta. Brakuje tu Ady, ale jej miejsce zajmuje córka Norberta, wybierająca się na studia do Polski.
Barbara nie wie czemu drogi jej ojca i jego przyjaciela się rozeszły. Pociąga ją ten tajemniczy, odkrywający Polskę po latach mężczyzna. Rozpoczyna się romans będący w moim odczuciu formą zadośćuczynienia; Barbara wyrównuje Stefanowi krzywdy wyrządzone przez Norberta (choć nie wiem, że są takie krzywdy, których wyrównać nie sposób), a Stefan zbliża się do Barbary, by w ten sposób ugodzić jej ojca, by przekazać mu swój ból.
Niewielkich rozmiarów książka niesie w sobie wiele treści.
Polecam.
18 sierpień 2009
Z wyzwaniami za pan brat...
Postanowiłam ostatni tydzien wakacji poświęcić książkom wyzwaniowym. Ustawiłam je wszystkie na jednej półce, żeby mi wzrok nie uciekał w inną stronę i zaczęłam od powieści łużyckiego pisarza zatytułowanej "Wycieczka do Krakowa".
Czytam, a z głośników leci:
Petra Reski. Daleki kraj.
Wydane przez
Wydawnictwo Borussia
Czy umiecie powiedzieć skąd pochodzicie? Gdzie sięgają Wasze korzenie? Czy znacie miejsce, z którego wywodzą się Wasi przodkowie?
Petra Reski urodziła się i dorastała w Zagłębiu Ruhry. Dorastała pod opieką matki, pochodzącej ze Śląska i rodziny, nieżyjącego już ojca, pochodzącej z Prus Wschodnich. Dorastała między OJCZYZNĄ dziadków, a U NAS W DOMU matki, próbując połączyć swoje życie z przekazem kulturowym otrzymywanym od bliskich.
Rodzina ojca, Reskich, była dużą, solidnie związaną ze sobą rodziną. Prym w rodzinie wiodła babka - niczym szef mafii albo babka Canetti - decydując o życiu wszystkich swoich krewnych. To kobiety podejmowały decyzje, to na nich spoczywała odpowiedzialność, to one dźwigały na ramionach cały rodzinny świat.
Dorosła już Petra, po śmierci dziadków, czyli podstawowego ogniwa łączącego ją z Ojczyzną, wyrusza do Polski, by odnaleźć to, o czym słyszała podczas spotkań rodzinnych. Miejsce, które odnajduje - miejsce z dziadkowych opowieści, miejsce - jej zdaniem nadmiernie uświęcane tęsknotą - okazuje się mieć w sobie ów urok, tę magię i tajemnicę, do której wciąż wzdychali jej dziadkowie. Jest młyn, karczma Szwajcaria Wschodniopruska, rzeka i niedalekie jezioro. I, co najważniejsze, są ludzie, którzy znali jej przodków. Ludzie, którzy w pamięci mają młodą Anię i postawnego Alo, ich ucieczkę przed wojenną zawieruchą, podobną do ucieczki wielu spośród tych, którzy dziś zamieszkują tereny Prus Wschodnich.
Petra Reski opisując swoje spotkanie z mieszkańcami Rusi dokonuje rozrachunku z przeszłością. Opowieść toczy się wielowątkowo: przeszłość rodzinna z pamięci kobiety, przeszłość tkwiąca w pamięci mieszkanek Rusi, wydarzenia, o których Petra dowiaduje się dopiero tu - w miejscu przodków, teraźniejszość przesycona ubóstwem i beznadzieją współczesnej, dalekiej od wszystkiego wsi.
Bardzo mi się podobała ta książką. I cieszę się, że przeczytałam ją teraz - po wizycie w domu, w którym mieszkali moi dziadkowie, w kórym dorastała moja mama i jej rodzeństwo. I choć trudno mi określić precyzyjnie swój HEIMAT to w miejscu, które odwiedziłam, zaklęte są moje dziecięce dni.
P.S. Pieśń Wschodniopruska:
O kraju ciemnych lasów
i przezroczystych jezior,
nad szerokim polem
lśnią Plejady.
Silni chłopi kroczą
za koniem i pługiem.
A na niebie bojaźliwie
ptaszek już wiruje.
Morze kontynuuje śpiew
szczęścia.
Łoś zasłuchał się
w wieczność.
Nad bagnami, nad zatoką
wschodzi świt.
Tak zaczyna się dzień,
czystym światłem, tak.
P.S. 2. Strona autorki.
Iwona Czarkowska. Żółta przygoda Zenobiusza. Zielona przygoda pomarańczowej skarpety.
Wydane przez
Wydawnictwo Zielona Sowa
Książeczki autorstwa Iwony Czarkowskiej są książeczkami edukacyjnymi, o nastawieniu proekologicznym. Bohaterowie mieszkają na Zielonej Planecie, która niegdyś tak jak Ziemia, była nadmiernie eksploatowana przez swoich mieszkańców. Gdy stała się szara i życie na niej zaczęło zamierać mieszkańcy Zielonej Planety opamiętali się i żaczęli żyć tak, by ich planeta wyglądame odpowiadała nazwie. Ich misją jest uratowanie Ziemi przez zniszczeniem - przylatują na nią i pomagają ludziom dbać o miejsce, w którym żyją.
Opowiadanka są krótkie, bogato ilustrowane - myślę, że bez trudu poradzi sobie z ich zrozumieniem dziecko w wieku wczesnoszkolnym, czy nawet przedszkolnym. Informacje z "Księgi Mądrości Ekoludków" są już raczej przeznaczone dla dzieci szkolnych, podobnie jak zagadki, rebusy i krzyżówki zamieszczone na końcu książeczek. Przy wykonaniu ekologicznej zabawki zapewne potrzebna będzie, choć minimalna pomoc rodziców.
Podoba mi się wydźwięk tych książeczek. I kołysanka jaką Ekoludki śpiewają ludzkim dzieciom:
"Na Ekusia ze śmietnika
iskiereczka mruga.
Chodź posortuje ze mną śmieci,
praca to niedługa..."
:)
16 sierpień 2009
Zdzisław Skrok. Mądrość prawieków. O czym przypominają nam pradawni.
Wydane przez
Wydawnictwo Iskry
Książka składa się z tekstów, które można czytać w kolejności takiej, w jakiej zostały ułożone, ale można też czytać te teksty w kolejności dowolnej. Skrok porusza wiele tematów – pisze o tańcu, o zdrowym życiu, o pracy, o społeczeństwach, w których rządziły kobiety, a także o tym, w jaki sposób ludzie od najdawniejszych czasów postrzegali świat, jak się w nim odnajdywali, w jaki sposób traktowali rzeczy, a wreszcie – i te rozdziały podobają mi się najbardziej – porusza temat śmierci, tajemnicy, nauki, pyta o to, dokąd odeszli dawni bogowie i o to, jaki mit nas prowadzi.
Autor imponuje erudycją, a jego atutem jest wiedza na temat odkryć archeologicznych, z której to wiedzy korzysta znakomicie i z wielkim pożytkiem dla czytelnika; Skrok w przystępny sposób mówi o tym, co pokazują nam odkrycia archeologiczne – podobny dar jasnego, treściwego wypowiadania się na ten temat miał Eliade.
Z książki dowiedziałam się mnóstwa rzeczy, ale to nie jedyna wartość tego tomu – oto Skrok, dość pewnie wypowiadający swoje tezy, zaprasza do dyskusji, do zajęcia stanowiska wobec proponowanych tematów. Pisze np. o Richardzie Dawkinsie i Christopherze Hitchensie jako o „nieco śmiesznych i anachronicznych adherentach ateistycznej krucjaty”, którzy „jeszcze raz powtarzają dowody i argumenty dawno już przemielone w epoce Oświecenia, gdy agresywny, naiwny ateizm święcił wielkie, choć krótkotrwałe sukcesy”. W tym miejscu, może wyjąwszy określenie „śmieszni”, mniej więcej ze Skrokiem mogę się zgodzić, aczkolwiek trzeba by było wyjaśnić sobie wzajemnie wiele szczegółów, natomiast kiedy Skrok utrzymuje, że Pascal Boyer w książce „I człowiek stworzył bogów...” „odświeża XIX-wieczne pomysły religioznawcze, dowodząc, że bogowie, duchy i demony są wytworem ludzkiej psychiki, zrodzonym z dociekań na tematy i nas dziś zajmujące”, to z tym twierdzeniem zgodzić się nie mogę, przynajmniej nie od razu, bo o ile Boyer rzeczywiście redukuje religię do czegoś, co jest dziełem człowieka, to nie jestem pewna, czy źródło religii upatruje w człowieczych dociekaniach. Powtarzam jednak - takie miejsca i im podobne, to są znakomite punkty wyjścia do dalszej dyskusji.
Książkę czytało mi się znakomicie. Dowiedziałam się wielu fascynujący rzeczy o człowieku, przede wszystkim o człowieku, który żył przed wieloma tysiącami lat. I jeszcze jedno – Skrok ma coś, co jest najważniejsze w pisarstwie, a mianowicie umiejętność opowiadania ciekawych historii.
Saul Smilansky. 10 moralnych paradoksów.
Wydane przez
Wydawnictwo WAM
Na samym początku Smilansky cytuje te oto słowa Oscara Wilde'a:
„Cóż, droga paradoksów to droga prawdy.
Aby poddać próbie rzeczywistość,
musimy ujrzeć ją w roli linoskoczka.
Kiedy Prawdy stają się akrobatami,
możemy je osądzić.”
Słowa te znakomicie oddają ideę, która przyświeca Smilansky'iemu. Autor twierdzi bowiem, że paradoksów moralnych nie trzeba się bać, co więcej – paradoksy moralne są dobre. Nie wszyscy jednak podzielają to zdanie, z czego Smilansky doskonale zdaje sobie sprawę i dlatego pisze:
„Podczas, gdy w innych dziedzinach filozofii paradoksy mogą być traktowane jako motywujące wyzwania, w etyce, gdzie mogłyby zaszkodzić ludziom i strukturom społecznym, oczywiste jest postrzeganie ich jako czegoś niebezpiecznego i paraliżującego.”
Autor pisze o dziesięciu paradoksach moralnych, bardzo różnych – Smilansky zajmuje się systemem kar, właściwym czasem odejścia na emeryturę, szczęściem w nieszczęściu, pokazuje, że szantaż, przez większość ludzi postrzegany jako coś obrzydliwego, właściwie nie różni się od wielu instytucji społecznych, które znakomicie funkcjonują na co dzień i których prawie nikt źle nie ocenia. Książka napisana jest bardzo przystępnie - nie ma tam żadnego filozoficznego żargonu, a za to jest wiele trafnych spostrzeżeń, jak choćby twierdzenie, że w dzisiejszych czasach łatwo daje się zauważyć tendencja do „stopniowego ograniczenia wymagań moralności”.
Paradoksy moralne, poza wszystkim innym, świadczą o tej istotnej cesze moralności, że moralność nie jest takim jednym czymś, co może być wspólne wszystkim ludziom. A może inaczej – różni ludzie mają różne moralności i trudno przypuszczać, aby ten stan rzeczy uległ kiedyś zmianie. Paradoksy moralne pokazują, że rzeczywistość, w tym przypadku dziedzina zwana moralnością, czasami nam się wymyka i nie ma w tym naszej winy. Smilansky pisze:
„W przypadku paradoksu egzystencjalnego wniosek wydaje się absurdalny nawet po odpowiednim namyśle, należy jednak po prostu przyjąć jego prawdziwość pomimo jego absurdalności. Błąd nie leży po stronie wstępnych założeń lub po stronie rozumowania wiodącego do paradoksalnego wniosku, lecz po stronie *rzeczywistości*, którą wniosek ten opisuje. (…) Niektóre przypadki paradoksów moralnych ukazują absurdalność jakiejś części naszej moralnej rzeczywistości lub naszego poglądu na moralność. W tym sensie paradoks egzystencjalny jest czymś konstruktywnym: nie musimy rozpaczliwie wracać po swoich własnych śladach, by zbadać drogę prowadzącą nas do wniosków i pozbyć się sprzeczności. Przeciwnie: paradoksalne rezultaty ujawniają prawdziwą istotę rzeczy.”
Myślę, że jeśli chodzi o moralność, to przyjęcie tej właśnie tezy jest dla wielu ludzi najtrudniejsze do przyjęcia – że paradoksy ujawniają prawdziwą istotę rzeczy. Myślę też, że najgorsze co w tej sprawie możemy zrobić, i moim zdaniem byłoby to działanie wysoce niemoralne, to udawać, że moralnych paradoksów nie ma.
Marta Fox. Agaton-Gagaton.
15 sierpień 2009
Jan Seghers. Zbyt piękna dziewczyna.
Wydane przez
Wydawnictwo Czarne
To, że bohaterka powieści mieszkała we Francji nie dało mi do myślenia. To, że wśród imion i nazwisk innych bohaterów brakowało takich z dużą liczbą samogłosek, też nie. Tknęło mnie dopiero przy miejscu w jakim dzieje się akcja powieści, a mianowicie przy Frankfurcie nad Menem. Zdziwiłam się - "Czemu skandynawska powieść toczy się w Niemczech?", a po dokładniejszym wczytaniu sie w notkę od wydawcy wiedziałam, że autor jest Niemcem i ów Frankfurt jest jak najbardziej usprawiedliwiony.
W pewnej wsi pojawia się przepiękna dziewczyna. Opiekuje się nią samotna kobieta. Gdy kobieta umiera, dziewczyna znika. Czas jakis później policja w rzeczonym Frankfurcie znajduje podziurawione nożem zwłoki młodego mężczyzny. A później zatopione auto z kolejnym zabitym. I jeszcze jedno ciało, tym razem w drogim hotelu, podobnie jak poprzednie mocno okaleczone. Wydaje się, że winę ponosi albo jeden z kolegów zamordowanych, albo tajemnicza - piękna - dziewczyna.
Atmosfera powieści jest... Hm, no właśnie. Z jednej strony intryga kryminalna trzyma w napięciu, z drugiej strony - wycofany, sztywny i zachowawczy Marthaler prowadzący śledztwo nadaje całej sprawie dość specyficzny wydźwięk. Policjant jest zmęczony, zgorzkniały i osamotniony. Próbuje ze swojego zagubienia zrozumieć innych ludzi, w tym także piękną dziewczynę i jej postępowanie.
Są pytania, na które autor daje nam odpowiedzi. Są też i takie, na które odpowiedzi nie powinniśmy się spodziewać, bo ją możemy znaleźc we własnych projekcjach na temat tego, kto pytania zadaje.
Katarzyna Enerlich. Prowincja pełna marzeń.
Dziękuję, Bernadetto, za pożyczenie książki:)
Wydane przez
Wydawnictwo MG
Podczas lektury debiutu powieściowego Katarzyny Enerlicht wciąż miałam uczucie przesytu. Odzielone od siebie poszczególne wątki były interesujące, ładnie rozbudowane, poprowadzone sprawnie. Połączone ze sobą tworzyły nadmiar bogactwa treściowego, które sprawiało, że książkę - mimo, iż ogólny nostalgiczny, czy pocztówkowy klimat mi się podobał - czytało się mniej zajmująco niż bym chciała.
Bo też autorka opowiada nam historie różne i czerpiąc z szerokiego wachlarza, także mazurskości. Mamy tu zatem historię Mrągowa, szczególnie tę przedwojenną, wojenną i powojenną. Mamy przepisy na potrawy regionalne i zachwyt nad własnoręcznie tworzonymi przetworami oraz zielarstwem. Mamy apel o polsko-niemieckie pojednanie, które dotrzeć powinno pod strzechy, a nie zatrzymywać się w Kancelarii Premiera. Mamy obraz bolesnej rzeczywistości współczesnej prowincji oraz tejże samej prowincji sielski obrazek. Mamy geniusza szachowego, Robinsona, mieszkającego w ruinach. Jest Reszel i swojska kiełbasa, Toruń z piernikami, nieuczciwy szef i oddane przyjaciółki. Oczywiście jest też miłość z trudnymi wyborami. Trochę tego dużo, prawda?
Mimo nadmiaru dałam się uwieść prowincji sportretowanej przez Katarzynę Enerlich. Mrągowo znam tylko pobieżnie, ot, krótki przystanek podczas podróży do większego świata. To, jak autorka przedstawiła swoje miasto porusza, bo zrobiła to w ciepły, serdeczny sposób.
Wrocław portretuje Krajewski, Lublin - Wroński, Dębski zachwyca się Oleśnicą, Lewandowski - Warszawą. Kalicińska kusi Warmią, więc może Mazurami kusić będzie Enerlich?
P.S. Cytat z niedawno recenzowanego Mrożka:
"Nistety być z prowincji i w niej zostać to do niczego nie prowadzi. Transcendencja. Niestety, trzeba być z prowincji i trzeba się z niej wydostać. (...) Prowincja jest szkołą tęsknoty. Najlepszą i nigdy niezapomnianą."
P.S. Ładna strona poświęcona książce.
Anita Amirrezvani. Krew kwiatów.
Wydane przez
Wydawnictwo Cyklady
Powieść okraszona bajkami brzmi jak bajka. Autorka przenosi czytelników do Isfahanu, jednego z największych miast Persji, przenosi w czasy panowania szacha Abbasa, na początek XVII wieku.
Bohaterka powieści dorasta w szczęśliwej rodzinie. Gdy jej ojciec niespodziewanie umiera, ona i jej matka popadają w nędzę. Za namową doradców postanawiają odszukać krewnego w dalekim Isfahanie i prosić go, by wziął je w opiekę.
Gostham przyjął pod swój dach obydwie kobiety. Jego żona obarczyła je obowiązkami, jednak młodsza - nasza bezimienna bohaterka - zapragnęła uczyć się od Gosthama sztuki tworzenia dywanów. Projektowała, dobierała barwy, wiązała supełki siedząc przy krosnach. Znalazła w życiu pasję i dążyła do tego, by móc ja wypełniać.
Powieść pisarki urodzonej w Teheranie, ale wychowanej w San Francisco, oddaje magiczną atmosferę perskiego miasta, egzotyczne dla nas kulturę i obyczaje, pokazuje poziom życia o wiele wyższy niż ten, którym mogli się popisać europejczycy u progu XVII wieku. Jest hołdem złożonym wytwórcom dywanów, elementu dopełniającego istnienie domu nawet w najbiedniejszych rodzinach. Fascynujące są opisy wizyt w hammanie, zasad małżeńskich, obyczajów erotycznych, świata kobiet odgrodzonego od świata mężczyzn czadorem i piczehem. Zauroczył mnie świat nakreślony przez autorkę, zachwyt jaki stał sie udziałem bohaterki powieści stał się również i moim udziałem. Obejrzałam mnóstwo zdjęć Isfahanu, wysłuchałam muzyki dołaczonej do filmów prezentujących urok miasta.
"Krew kwiatów" to przepiękna, nostalgiczna opowieść. Opowieść o tym, jak spełniają się marzenia.
Annika Idström. Listy do Trynidadu.
Wydane przez
Wydawnictwo Kojro
Seppe Siren, prosty urzędnik skarbowy, ceniący rzetelność, spędza wakacje z żoną i córką w Izraelu. Uczestniczą w zorganizowanej wycieczce; jak się wydaje żona świetnie zna pilota tejże i doskonale czuje się w czasie wyjazdu, a Seppe i Ursula są nieco zagubieni w tym, nowym dla nich świecie, nowych relacjach z ludźmi.
Powieść przypomina mi zapis snu. I nie jest to sen, który chcielibyśmy z rozmarzeniem wspominać po przebudzeniu. Kostyczność postaci, brak dobrych emocji między bohaterami, chłód, oddalenie, czy wręcz nienawiść wyłaniają się z niemalże każdego zdania. A jednak Seppe i Elisabet są razem. Spędzają razem urlop. Tkwią w dziwnym i przerażającym układzie niszcząc się wzajemnie z premedytacją.
Ich córka Ursula, najprawdopodobniej upośledzona, wydaje się nie nawiązywać głębszych relacji z nikim. Obija się niczym emocjonalny ślepiec o rodziców, znajomych, wydarzenia. A jednak spostrzega wszystko najpełniej, wie więcej niż przypuszczają jej rodzice.
To niełatwa lektura. Przejmująca, obnażająca ludzkie motywy, pokazująca jak uczucia mogą się zmieniać i przejąć kontrolę nad tym, co robimy.
To niełatwa lektura, ale warto po nią sięgnąć.
14 sierpień 2009
Janusz Świtaj. 12 oddechów na minutę.
Wydane przez
Wydawnictwo Otwarte
W przypadku tej książki bardzo trudno oddzielić mi treść od postaci narratora/ autora. Mimo to, spróbuję:)
Janusz Świtaj, znany z burzy medialnej, która rozpętała się po tym, gdy mężczyzna napisał, że pragnie, aby zaprzestano uporczywej terapii jakiej jest poddawany. Jedną z form terapii po wypadku jakiemu uległ motocyklista było pisanie pamiętnika. "12 oddechów..." to, o ile się zorientowałam, poprawiona, wygładzona wersja tegoż pamiętnika.
Autor opisuje okoliczności wypadku. Przedstawia poświęcenie rodziców, wierność i niewierność osób, które kochał, przyjaciół. Dość bezceremonialnie ocenia opiekę lekarską i pielęgniarską, współpracę z fundacjami i stowarzyszeniami zajmującymi się (lub mającymi się zajmować) pomocą osobom niepełnosprawnym.
To książka o tym, jak wygląda życie człowieka uzależnionego w pełni od pomocy innych osób. Książka o tym, jak łatwo jest stracić zdrowie i zatrzymać się w połowie drogi między życiem a śmiercią. Książka, która z pewnością może okazać się ważna lekturą dla osób, których znajomi, bliscy ulegli wypadkom odbierającym władzę ciału.
Ale nie umiałam polubić Janusza Świtaja. Co więcej, mam przekonanie, że nie lubiłabym go jako siedemnastolatka, tak jak i nie lubię go teraz - gdy ma lat trzydzieści parę.
Opowiadania kryminalne.
Wydane przez
Wydawnictwo Czarna Owca
Dziewięć opowiadań i dziewięciu autorów. Opowiadania zaprezentowane w zbiorze prezentują rózne typy kryminału- od lekkich, w których zbrodnia wydarza się jakby od niechcenia, przez te, w których ofiara pada pod cieżarem spisku, po te najczarniejsze lub te, w których o morderstwie dowiadujemy sie od tych, którzy zostali pozbawieni życia.
Interesujący problem ukazany jest w opowiadaniu zatytułowanym "Mleczaki" - na ile policyjni informatorzy są wiarygodni. Zakończony suspensem tekst Dawida Kornagi ukazuje zaplecze działań redaktorów śledczych i motywy ich działań.
W "Chorobie legionistów" Krzysztof Beśka przedstawia czytelnikom tajemnice skarbu ukrytego przez nazistów w Warszawie i zabójstwa dokonywane po to, by zachować tajemnicę.
Hanna Samson pokazuje, że życie gospodyni domowej nie musi być nudne i pozbawione atrakcji;)
Każde z opowiedań jest inne, ale też każde interesujące. Autorzy stosują różne - właściwe sobie - narracje, wybrany przez siebie temat realizują z dużym zaangażowaniem i wiernością o to, by było kryminalnie.
Mnie się podobało:)
Mary Stanton. Anielscy obrońcy.
Wydane przez
Wydawnictwo Replika
Mary Stanton zaprasza czytelników do Savannah, uroczego miasta, które staje się dla bohaterki książki, Brianny miejscem debiutu zawodowego. Debiut owszem dość niespotykany, ale istotny z punktu widzenia jej klientów. Brianna szukając dobrego lokalu na kancelarię prawniczą trafia do domu stojącego pośrodku specyficznego cmentarza, jedynego cmentarza morderców w Georgii. Miejsce dziwaczne, ale tanie i interesujące. Do tych dziwaczności dołączają kolejne - prezenty od profesora prawa z uczelni skończonej przez dziewczynę, telefon od mężczyzny, który już nie żyje, obraz przedstawiający scenę z sennych koszmarów Brianny. Dziewczyna, choć nieco zagubiona, radzi sobie ze wszystkim coraz lepiej, bo jak się okazuje, ma wiernych i wspierających przyjaciół.
Powieść "Anielscy obrońcy" to kryminał, traktat o zastępach anielskich i przyjaźni. Połączenie wydawać sie może karkołomne, ale w lekturze ów zestaw jest przyjazny, budzi zainteresowanie i świetnie nadaje się na dopełnienie popołudniowej kawy;) Daje również asumpt - a to w książkach cenię - do tego, by pogłębiać wiedzę teologiczną związana z jedenasto- i dwunastowieczną ideą aniołów.
13 sierpień 2009
Stosik
A tym czasem na lekturę czekają (między innymi) te książki:

10 sierpień 2009
* * *
Dopóki żyją nasze matki
Dopóki żyją nasze matki, ciągle jesteśmy dziewczynkami.(...)
Dopóki żyją nasze matki, żyją także nasze dziecięce marzenia.
Wsiadamy na brzęczące jak ważki rowery:
czerwone, niebieskie, pomarańczowe,
a czas rozpięty na srebrnych szprychach
niby mija kolejne ulice, ale sam siebie nie mija.(...)
Możemy robić to wszystko, dopóki żyją nasze matki.
Nieważne, że ciężko im wejść po schodach,
łzawią im oczy i zawstydzone oddają nam
nieprzeczytane książki. To wszystko nas nie dotyczy.
Kupujemy im okulary, bawimy się barwą oprawek
i kształtem szkieł. Wozimy je do lekarza i czujemy strach
i urazę, że lekarstwa przestają pomagać.
Dlaczego je boli, dlaczego tak bardzo siebie bolą,
swoją starość, swoją niesprawność, swój lęk?
Usypiamy spokojnie i budzimy się ufne,
dopóki żyją nasze matki.
2 kwietnia 2008
(Anna Piwkowska. Farbiarka. Znak. Kraków 2009)
P.S. Jadę odwiedzić miejsce, w którym dorastała moja Mama.




































