28 luty 2010

Katarzyna Miller, Monika Pawluczuk. Być kobietą i nie zwariować.

Wydane przez
Wydawnictwo W.A.B.

Zazwyczaj podchodzę sceptycznie do poradników. Po ten sięgnęłam, bo pasował mi do ostatnio czytanych książek o kobietach, komponował mi się tematycznie, a poza tym formuła "Być kobietą..." jest atrakcyjna i daleka od typowych poradników.

Jestem pod dużym wrażeniem ekspresji, sposobu bycia (wyrażonego w książce) Katarzyny Miller. Słucha, daje komunikaty, że słyszy, a poza tym wspiera swoje rozmówczynie. Rozmówczynie stworzone na potrzeby tej książki, postacie będące zlepkiem powstałym z wielu innych kobiet, ich historii, opowieści, doświadczeń.

Katarzyna Miller pokazuje kobietom to, co jest naszym najczęstszym - bywa, że nieuświadamianym - ograniczeniem. Wychowywanie kobiet na "grzeczne dziewczynki", narzucanie roli służebnej wobec wszystkich wokół, ukierunkowywanie nas na takie, które poświęcają się innym, bo inni są ważniejsi, na te mniej istotne, muszące zasłużyć na lubienie, miłość.

Pewnie większość z czytających tę książkę znajdzie w niej coś dla siebie. Ja znalazłam, coś o czym niby wiedziałam, ale jakoś nie chciałam o tym myśleć. Teraz już myślę:)

Zróbcie sobie prezent na Dzień Kobiet, przeczytajcie "Być kobietą i nie zwariować":)

Paweł Beręsewicz. Tajemnica człowieka z blizną.


Wydane przez
Wydawnictwo Literatura

Paweł Beręsewicz w swoich książkach edukuje. Czyni to w sposób ukryty, pokrętnie sympatyczny, a czytelnik zaangażowany w snutą przez Autora opowieść, dowiaduje się różnych - wartych tego - rzeczy bez doświadczenia nadmiernego dydaktyzmu.

Jasiek większą część wakacji spędził w domu. Gdy jego tata - po przegranym zakładzie - ogolił brodę, chłopiec zobaczył na lewym policzku ojca bliznę. Tata zapytany o ową dziwną szramę unikał odpowiedzi, więc chłopiec postanowił rozwiązać tajemnicę.

Podczas pracy śledczej Jasiek zgłębia historię rodziny i przy okazji poznaje przeszłość Polski, rzeczywistość lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Opowieści o kartach żywnościowych i kolejkach po masło brzmi dla niego równie fantastycznie co historie o wampirach i zombi, jednak to, o czym opowiadają mu członkowie rodziny było prawdą i pozwala chłopcu zaspokoić ciekawość, a także  - jego zdaniem - przybliżać się do rozwiązania zagadki blizny.

Rodzinnych opowieści osadzonych w realiach PRL-owskich nie trzeba szukać tylko w literaturze, przecież każda z naszych rodzin ma co wspominać. Paweł Beręsewicz poddał młodym czytelnikom swoich książek ciekawy pomysł. Aż kusi, by ogłosić konkurs na wspomnienia rodzinne spisane przez dzieci, a zainspirowane "Tajemnicą człowieka z blizną".

P.S. Lubię poczucie humoru Autora. I choć bliżej mi wiekiem do Taty Jaśka, niż do Jaśka, przeczytałam tę książkę z dużą radością:)

Ana M. Briongos. Iran. W jaskini Ali Baby.


Wydane przez
Wydawnictwo Ushuaia

Z dużą przyjemnością obserwowałam Isfahan opisywany przez zakochaną w Iranie hiszpańską dziennikarkę i pisarkę. Ana M. Briongos spędziła u zaprzyjaźnionej rodziny irańskiej kilka miesięcy w 2001 roku, stała się ich gościem i domownikiem, stała się rezydentką sklepu z dywanami na isfahańskim bazarze. Autorka przedstawia serce miasta, dzieli się swoimi wrażeniami na temat relacji rodzinnych, przedstawia rolę kobiet w społeczeństwie, a wszystko to doprawia swoją życzliwością wobec tego, co ogląda.

"(...) nie tylko antropologiczna ciekawość pcha mnie w obce strony, ale też potrzeba skosztowania mądrości ludzi, którzy tam mieszkają, sprawdzenia, co oni wiedza o życiu i co czują, towarzyszenia im we wszystkim, co przynosi los i dzielenie się tym - ciągłe ofiarowanie i bycie obdarowywanym. Tylko kiedy się pozna, można wyjść poza stereotypy, a żeby poznawać, trzeba nauczyć się słuchać." (s. 153)

Ana M. Briongos nie była w Isfahanie jako turystka, ona stawała się - podczas pobytu w mieście - jego mieszkanką; spacerowała po ulicach, placach, parkach, doświadczała tego, czego doświadczały jej przyjaciółki. Stwarzając literacki obraz Isfahanu skupiła się na ludziach, na klimacie relacji między nimi, na tym, co stanowi codzienności mieszkańców miasta. Autorka napisała o religii, tradycyjnej technice tkania dywanów, ale sięgnęła także po tematy intymne - kontrolę narodzin, bliskość między małżonkami, małżeństwa kontraktowe i sposoby korzystania z toalety lub dbania o czystość.

Fascynująca książka napisana przez niemniej fascynującą kobietę.

27 luty 2010

O szablonie



Napisałam w poprzedniej notatce, że winy doszukuję się w trzech szpaltach bloga. Zmieniłam blog na dwuszpaltowy, część linków przeniosłam w górę, nad notatki, i przeszłam do IE celem sprawdzenia funkcjonowania strony. Niestety - nic to nie dało.

Wróciłam zatem do trzech szpalt przekonana, że rezygnacja z przejrzystości (a to oznaczałaby zmiana szablonu na pierwotny) nie wyjdzie blogowi na dobre.

Zachęcam zatem do wybrania innej niż IE przeglądarki (co ciekawe: nie na wszystkich komputerach otwieranie bloga w IE jest utrudnione). Polecam Operę, Firefoxa, Chrom, a osobom szczególnie angażującym się w blogowanie i portale społecznościowe Flocka.

Licząc na to, że zostaniecie gośćmi prowincjonalnegonauczycielstwa, dziękuję za pomoc i zapraszam!

26 luty 2010

Pytanie techniczne


Szanowni Odwiedzający Bloga! Zmieniłam szablon bloga i kilka osób napisało, że ma kłopot z otwieraniem strony. Chciałabym poprosić, abyście szerzej odezwali się w tej sprawie: czy kłopoty ma dużo osób? Czy w każdej przeglądarce tak jest? Czy zmiana przeglądarki polepsza sprawę? 

I najważniejsze - mam wrócić do dawnego szablonu, aby było Wam łatwiej?

Będę wdzięczna jeśli się odezwiecie:)

**************

Po przeczytaniu Waszych komentarzy (dziękuję!!!) i przeprowadzeniu prób w pięciu przeglądarkach doszłam do wniosku (mam nadzieję, że właściwego), iż to trójszpaltowość bloga powoduje problemy, że to w tym jest ukryty błąd. Spróbuje zatem zrobić tak, aby nie stracić na czytelności bloga, ale zlikwidować jedną szpaltę. Kolory zostają, choć nie twierdzę, iż rezygnacja ze zdjęcia w czołówce strony jest na stałe, ani też, że aktualne kolory zostaną na zawsze:)

Biorę się do pracy, a Was proszę o komentowanie zmian:)

P.S. Osoby, które mogą i chcą zmienić przeglądarkę zapraszam TU

Luiza Piotrowicz. Wszystkie moje matki.

Wydane przez
Wydawnictwo Replika

Niespełna trzydziestoletnia Weronika, wychowywana przez rodziców adopcyjnych, podczas jednej z wizyt w domu rodzinnym odkrywa w pokoju ojca list napisany do niej przez biologiczną matkę. Martyna, wbrew temu co wie, Weronika żyje, ale ma świadomość zbliżającej się śmierci i chciałaby spotkać się z córką. Dla Weroniki - uporządkowanej, funkcjonującej według konwenansów, samotnej pani prawnik - ów list jest niewytłumaczalnym impulsem do zmian. Porzuca pracę, wsiada w pociąg i pojawia się w domu biologicznej matki, w której miejscowi upatrują nadludzkiej mocy. Pobyt na wsi, w otoczeniu Martyny, psa, kotów, ale bez gazet, telewizji, radia, internetu, staje się dla Weroniki swoistymi rekolekcjami. Opowieść o demonie samotności nękającym wszystkie kobiety z rodziny skłania do zastanowienia się nad własnym życiem, do  - wbrew strachowi - poddania go analizie i rozkwitu samoświadomości.

O ile adopcyjna matka Weroniki należała do kobiet, które naturę zagłuszają wszelkimi możliwymi sposobami, to jej biologiczna matka żyła w jedności z naturą, czerpała z niej mądrość. Zafascynował mnie ten właśnie rys w powieści, to odwołanie do sił pierwotnych, z których czerpać mogą wszystkie kobiety, o ile chcą i potrafią.  Owo połączenie z Naturą, wyczulenie na zjawiska, myśli, emocje, wiedza o następstwach jakie niesie ze sobą przeszłość, o rytmie życia stanowią dla mnie wartość nie do przecenienia. Są również silnie związane z moimi wspomnieniami z dzieciństwa, kiedy wierzyłam, że moja babcia umie wszystko, że w jej domu, ogrodzie dokonują się cuda w zupełnie naturalny sposób. Mam świadomość tego, co po swojej mamie odziedziczyła moja mama i co ja otrzymałam w darze od nich obydwu. Niestety - nie ze wszystkich ofiarowanych mi umiejętności/zdolności korzystam. Może to się zmieni?

Książka Luizy Piotrowicz stała się dla mnie pretekstem do zastanowienia się nad kobiecą linią mojej rodziny. Linią silną, może w pewnym stopniu z siłą nie do końca uświadomioną, ale skoro nawet moja siostra tytułuje blog o swojej córce "Helena córka Izabeli", to musi coś w tym być:)

P.S. Wywiad z Autorką.

25 luty 2010

Grzegorz Gortat. Szczury i wilki.

Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Grzegorz Gortat przypomina, że idee nazizmu wciąż pobudzają wyobraźnię młodych ludzi, że hasła głoszone przez Hitlera są "żywe" w niektórych środowiskach.

Heinrich, czyli Heniek, należy do grupy głoszącej neonazistowskie hasła, grupy działającej w ukryciu i zajmującej się przede wszystkim ideologicznym praniem mózgu. Bywają też i inne formy działalności osób skupionych wokół A.H., krwawe oczyszczanie miasta ze śmieci. Gdy Heinrich po jednej z takich akcji wraca do domu wplątuje się w sprzeczkę i wpada pod samochód. Podczas śpiączki przenosi się do Auschwitz, obozu podczas wojny.

To nagłe przeniesienie czasu i miejsca akcji wybiło mnie z rytmu. Wybiło, ale doszłam do wniosku, że słusznie, że potrzeba mi było mocnego przejścia od nazistów naszych czasów do nazistów z czasów pieców krematoryjnych. Historia opowiedziana przez Autora ma specyficzny styl, wydźwięk - prosty, zwyczajny bez względu na to, czy uwaga czytelnika ma się skupić na Niemcach, czy więźniach. Brutalność obozowa jest opisana tak jak brutalność A.H. i jego grupy, co sprawia, że porównanie dwóch plenerów czasowych jest łatwe i skłania do refleksji.

W "Szczurach i wilkach" najbardziej ludzki okazał się być pies.

Dimiter Inkiow. Ja, Klara i zwierzaki.


Wydane przez
Wydawnictwo Tatarak

Bohatera książki i jego siostrę czytelnicy mieli okazję poznać już dzięki opowieści zatytułowanej "Ja i moja siostra Klara". O ile tam poznawaliśmy codzienność tych dwojga czarujących i z lekka niesfornych dzieciaków, w najnowszej książce Dimitera Inkiowa mamy okazję zaobserwować w jaki sposób dzieci odnoszą się do zwierząt. 

Gdy wujek dzieci kupuje papugę obydwoje deklarują chęć opieki nad nią, a później martwią się, że papuga zna zbyt wiele brzydkich słów. Próbują dociec jakiej papuga jest płci i sprawdzają, czy można ją kąpać lub wyprowadzać na spacer jak latawiec.

Z podobnym oddaniem zajmują się kotem Kazimierzem, psem Wąchaczem, a Klara postanawiająca założyć pchli cyrk lub dosiadająca osiołka metodą westernową wywołała na mojej twarzy szeroki uśmiech.

Mimo wielu nowatorskich pomysłów mających niekoniecznie optymalne zakończenie, Klara i jej brat uczą, że zwierzętom należy się nasza troska, opieka i zainteresowanie. Co więcej - pokazują, że w domu dobrze jest mieć zwierzęta, że są one członkami rodziny.

Jestem fanką książek Dimitera Inkiowa i ilustracji do tychże Justyny Mahboob.

Anne Rivers Siddons. Kuzynka Nora.


Wydane przez
Wydawnictwo Libros

Dzięki Anne Rivers Siddons przeniosłam się do małego miasteczka na południu Stanów, do roku 1961 i do niepełnej rodziny, składającej się z nastoletniej Peyton i jej dość oschłego, surowego ojca. Dziewczynka żyje w przeświadczeniu, że rodząc się zabiła własna matkę, a ponieważ nikomu o tym nie mówi, nikt nie może jej wyprowadzić z błędu.

Pewnego razu w domu McKenzich pojawia się kuzynka Nora, której obecność powoli, niepostrzeżenie wybija życie codzienne w Lytton z utartych torów. Kobieta, która pali, pije, jeździ sama autem, bywa na tańcach z nieznajomymi mężczyznami i prowadzi lekcje dla czarnych, wywiera ogromny wpływ na społeczność małego miasteczka w Georgii. Zaciekli obrońcy ustalonego porządku czują się zaniepokojeni i sprzeciwiają się obecności Nory, młodych ludzi zachwyca jej bezkompromisowość i duch wolności. Nora odmienia również życie Peyton; staje się dla niej przewodnikiem przez czas dojrzewania, mentorką.

Podoba mi się książka Anne Rivers Siddons, klimat jaki odmalowuje, ideały przez nią opisywane. Sprawdziłam -  w mojej bibliotece są jeszcze trzy inne powieści jej autorstwa - zamierzam je przeczytać:)

23 luty 2010

Alasdair MacIntyre. Trzy antagonistyczne wersje dociekań moralnych.


Wydane przez
Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne


Alasdair MacIntyre po napisaniu "Krótkiej historii etyki", "Dziedzictwa cnoty" i "Czyja sprawiedliwość? Jaka racjonalność" zwieńczył cykl zwany "projektem Dziedzictwa cnoty" publikując "Trzy antagonistyczne wersje dociekań moralnych". O jakie wersje tu idzie? Otóż MacIntyre opisuje trzy tradycje, trzy sposoby podejścia do dociekań moralnych. Tradycja pierwsza to, mówiąc w skrócie, tomizm. Jest to tradycja oparta na systemie chrześcijańskim, na prawie naturalnym, na wierze w to, że istnieje niepodważalna prawda.

Tradycja druga to tradycja encyklopedii, charakteryzująca się przekonaniem, że istnieje jedna, niepodważalna racjonalność, że ludzie mogą porozumieć się w jednym, naukowym języku. Idee tej tradycji dobrze oddają tezy Louisa kawalera Jaucourta, jednego z głównych autorów francuskiej "Encyklopedii", które to tezy MacIntyre przypomina. Oto Jaucourt utrzymywał, że moralność to dyspozycja do tego, aby postępować zgodnie z zasadami, że w kwestii tego, czego te zasady wymagają, wszyscy ludzie mogą zgodzić się ze sobą, że moralność nie podlega wierze religijnej i wreszcie, że ludzie prości mają właściwy zmysł moralny i nie potrzebują żadnych teoretyków. Tradycja encyklopedii to tradycja Oświecenia.

Trzecią tradycją jest tradycja genealogii, która odrzuca oświeceniowe przekonania - odrzuca wiarę w obiektywną prawdę, pochwala wielość perspektyw oraz typów dyskursu, ściąga z piedestału racjonalność.

MacIntyre opowiada się za tomizmem, uważając, że dwie pozostałe tradycje wyczerpały swoje możliwości. Oczywiście propozycja, którą przedstawia MacIntyre jest bardzo kontrowersyjna, dzisiaj bardziej jeszcze niż dwadzieścia lat temu, kiedy "Trzy antagonistyczne wersje..." zostały opublikowane, niemniej jednak z pewnością warta jest tego, aby poświęcić jej należną uwagę. Magdalena Żardecka-Nowak w "Posłowiu" tak oto pisze na ten temat:

"MacIntyre, przedstawiając swoją propozycję, zmusza nas do wyboru tradycji, którą chcemy kontynuować; pozwala nam raz jeszcze odnaleźć się w roli bohatera dramatycznej narracji. Propozycja tomistycznego odrodzenia może ożywić i zaostrzyć nasz spór. Czy zechcemy wraz z MacIntyre'em uratować się przed katastrofą, ku której zmierza nowoczesny świat? Czy może raczej uznamy, że tomistyczne dziedzictwo izoluje nas od nowoczesności i permanentnie odsyła, z pewnością nie do średniowiecza, ale np. do czasów sprzed Soboru Watykańskiego II?"

Ja dodam tylko, że jeżeli ktoś może i chciałby wziąć udział w tym sporze, ale nie bardzo wie jak, to niech rzetelnie  przestudiuje "Trzy antagonistyczne wersje...", a z pewnością jego zapał do spierania się wzrośnie ogromnie :-))

22 luty 2010

Spotkanie z Panią Katarzyną Enerlich


W piątek, 19 lutego, miałam przyjemność uczestniczyć w spotkaniu autorskim Pani Katarzyny Enerlich. Ta rozmiłowana w prowincji Autorka pochodząca z Mrągowa, okazała się być uroczą, serdecznie uśmiechniętą rozmówczynią.

Pani Kasia wspólnie z czytelnikami swoich książek prześledziła ważne momenty powieści, zdradziła, które z sytuacji opisanych w powieściach są fikcyjne, podzieliła się przepisami na pyszne, tradycyjnie mazurskie (i nie tylko) potrawy. W rozmowie poruszono temat przydrożnych starodrzewów wkomponowujących się w krajobraz Mazur i tych, którzy walczą o ich istnienie, doświadczeń życiowych Autorki, które - podobnie jak w przypadku każdego z nas - wpływają na teraźniejszośc i przyszłość, sympatii jaką autor odczuwa do stworzonych prze siebie bohaterów. Usłyszeliśmy także historię powstania obydwu już wydanych powieści, a także tych, które bądź są w pisaniu bądź w fazie koncepecji myślowej. Pani Kasia opowiedziała o tym jak w jej życiu pojawił się rudy kot (a było to już po napisaniu ksiażki, w której kot występował).

Rozmowy trwały długo, atmosfera spotkania stawała się coraz bardziej przyjacielska, serdeczna i ciepła.

Z biblioteki wyszłam po ponad trzech godzinach. I uwierzcie - nie byłam ostatnią osobą, która wychodziła. Wokół Pani Katarzyny Enerlich wciąż krążyły uśmiechy i wiele dobrych słów.

Było mi bardzo miło:)

Michael Grant. Gone. Zniknęli. Faza druga: głód.


Wydane przez
Wydawnictwo Jaguar


W ETAP-ie robi się coraz gorzej. Ci, którzy przejęli odpowiedzialność za młodszych i bezradnych obarczani są codziennie od nowa każdym drobiazgiem jakim dzieci - wciąż przecież potrzebujące rodziców - postanawiają obciążyć starszych. Młodsi czują się zwolnieni z odpowiedzialności i z dnia na dzień prezentują   większe roszczenia wobec starszych, losu, czy czegokolwiek, czego nazwać nie potrafią. Głód staje się coraz silniejszy, a próby zdobycia jedzenia kończą się krwawo. Pomiędzy głodującymi dziećmi narasta niechęć wobec starszych i obdarzonych mocami, a miasto zamienia się w arenę walki. 

"Głod" jest powieścią jeszcze mroczniejszą niż pierwsza cześć cyklu. Postawione wobec sytuacji ekstremalnych dzieci znające dotychczas tylko cywilizacyjno-medialną egzystencję, zamieniają się w rywalizujące ze sobą o skrawek chleba, uwagi, czy władzy potwory.

Zastanawiałam się ku czemu wiedzie akcja powieści, co jeszcze spotka bohaterów, na jakie okropności będą musieli patrzeć czytelnicy. Jaka jest idea wiodąca cyklu powieściowego? Jakie doznania staną się udziałem dzieci, tych starszych i młodszych, jaka nauka ma z tego płynąc dla nas?

Lektura "Głodu" wzbudziła wiele pytań. I, podobnie jak "Ślady", chęć sięgnięcia po klasykę, po "Władcę much", do którego porównywano cykl Gone.

Malcolm Rose. Ślady. Winny-niewinny.

Wydane przez
Wydawnictwo Wilga

Luke Harding, uczeń bystry, ale nie należący do grzecznych, kończy z wysoką notą szkołę i - zanim pozna swój przydział do pracy śledczego - zostaje skierowany do pierwszego w swoim życiu prawdziwego morderstwa. Jego rywal szkolny zostaje zastrzelony z łuku. Po tajemniczej śmierci Crispin'a giną jeszcze dwie osoby, a tym na kogo najsilniej wskazują motywy, jest prowadzący śledztwo Luke.

Świat opisany przez Malcolma Rose jest o wiele bardziej zaawansowany technicznie niż ten, w którym żyjemy. Jest również odchumanizowany - ludzi dopiera się w pary według umiejętności, tak by spłodzili dobre genetycznie potomstwo, zwierzęta domowe uważane są za gatunki wymierające i takie na przykład koty trzyma się tylko w rezerwatach, szkoła dzieli według wiedzy i zdolności uczniów przydzielając im miejsce pracy (takie coś już w naszej historii przeżyliśmy), a wszelkie ludzkie działania są skanowane, obserwowane i filmowane przez wszechobecne i wszechwidzące komputery.

Przerażające, ale intrygujące. Im silniej wczytywałam się w "Ślady", tym czułam głębszą potrzebę przypomnienia sobie treści książek "Nowy wspaniały świat" i  1984". Kto wie, może wkrótce tu zagoszczą...

21 luty 2010

Piotr Rowicki. Aurelka, czyli wielkie hece małej świnki.

Wydane przez
Wydawnictwo AMEA

Aurelka, świnka rozpoczynająca edukację szkolną, jest posłusznym - do pewnego stopnia - dziecięciem swoich rodziców. Ów "pewien stopień" dotyczy, zdaniem mamy Aurelki, sprawy szalenie istotnej. Otóż, wbrew zaleceniom rodzicielskim i rodzinnym, wbrew opinii nauczycielki, Aurelka ceni sobie - o zgrozo -  czystość. Straszne, prawda? Podczas dyskusji rodzinnych pojawia się nawet idea odwiedzin z Aurelką przychodni weterynaryjnej i zintensyfikowane przeciwdziałanie.

Rozgoryczona powszechnym brakiem zrozumienia Aurelka wyrusza w świat i zaprzyjaźnia się z dziką świnką, Topcią. Ale czy w lesie pełnym myśliwych, mezaliansów i  wyborów miss (w których ceni się przede wszytskim mądrość) może czuć się bezpiecznie?

Opowieść o Aurelce jest adresowana do dzieci, ale też i do ich rodziców. Ironia, którą dostrzegą czytelnicy starsi, a którą Autor obficie doprawił opisaną historię, może zauroczyć. Młodsi czytelnicy z pewnością polubią ułożoną, lekko szaloną, ale mądrą świnkę, która - jak pewnie każde dziecko - chce przekonać się, co kryje świat nie ograniczony własnym, doskonale znanym, podwórkiem.

Wielkie brawa należą się Dymirtowi Kuźmence, którego ilustracje sprawiały, że nad każdą ze stron książki zatrzymywałam się na wiele dłuższy czas, niż wymagało tego przeczytanie tekstu.

Rezolutna świnka chwyciła mnie za serce. Także tym, że bezbłędnie powiedziała: "Mała muszka spod Łopuszki chciała mieć różowe nóżki":) Nie zwlekacje - zawrzyjcie znajomość z Aurelką:)

Kai Meyer. Lodowy ogień.

Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

"Lodowy ogień" to współcześnie naznaczona opowieść o Królowej Śniegu. W 1893 roku w Sankt Petersburgu,  zapanowała wyjątkowo ostra zima. Mróz i śnieg skuwały miasto i tylko niektórzy wiedzieli, że odpowiedzialną za to jest Królowa Śniegu mieszkająca wraz z dziwnym, milczącym chłopcem w hotelu Aurora. W tym samym, majestatycznym, nowoczesnym hotelu zamieszkała też inna kobieta - niebieskowłosa Tamsin Spellwell próbująca zemścić się na Królowej Śniegu za śmierć swojego ojca. Autor wprowadza do powieści również wątek historyczny - w podziemiach hotelu mieszka Mysz, córka spiskowców próbujących zgładzić cara. "Aurora" jest dla Myszy jedynym domem jaki zna, jedynym miejscem, w którym czuje się względnie bezpiecznie. Gdy ta osamotniona dziewczynka stanie między obydwoma obdarzonymi czarodziejskimi mocami mieszkankami hotelu będzie musiała dokonywać ważnych wyborów, a jej działania okażą się być istotnymi dla przyszłości.

Książkę czyta się błyskawicznie, Autor jest mistrzem w prowadzeniu akcji, postacie przykuwają uwagę, a ośnieżona stolica Imperium Rosyjskiego wydaje się być idealnym miejscem do snucia opowieści o próbującej zapanować nad światem Królowej Śniegu.

Paweł Beręsewicz. Jak zakochałem Kaśkę Kwiatek.

Wydane przez
Wydawnictwo Skrzat

O zakochaniu opowiadają czytelnikom zazwyczaj bohaterki. Paweł Beręsewicz postanowił zmienić tendencję, choć z właściwym dla siebie przymrużeniem oka, i tym, kto mówi o miłości uczynił chłopca. Do klasy Jacka Karasia po wakacjach dołącza Kasia Kwiatek, na co ów młody mężczyzna reaguje racjonalnie - analizuje wygląd i osobowość nowej koleżanki.  Jacek dostrzega różne znaki ("Mamy bardzo podobne małe palce u rąk") podkreślające przeznaczenie łączące go z koleżanką i postanawia czym prędzej spowodować zakochanie u koleżanki. Wszak niemiło jest bez odwzajemnionego uczucia, prawda?

Bujna wyobraźnia chłopca robi wrażenie. Jacek planuje, intryguje, snuje marzenia i aż miło patrzeć na mężczyznę tak starającego się o wybrankę serca:)

Opowieść Pawła Beręsewicza wpisuje się w nurt powieści szkolnych i przedstawiających życie emocjonalne nastolatków. I choć bohater "Jak zakochałem..." potraktowany jest z uśmiechem, to jego inicjacja w świat zakochania porusza przecież prawdziwe, ważne tematy.

Constanze Köpp. Najdalsza podróż. Krótka opowieść o życiu i umieraniu.

Wydane przez
Wydawnictwo Esprit

Dziwić może umieszczenie recenzji książki "Najdalsza podróż" wśród książek dla dzieci. Dziwić może, bo tematyka powieści daleka jest od tej jaką z dziećmi poruszamy, jaką umiemy i chcemy poruszać. 

Narratorką powieści jest niespełna szesnastoletnia Franny. Zmarła zanim dożyła 16 urodzin. Opowiada o swojej rodzinie, o dniu, w którym rodzice opowiedzieli jej o chorobie i tym, że w jej przypadku mukiwiscydoza jest wyrokiem. Opowiada o przyjaciółce, szkole - o tym wszystkim, czym żyje nastolatka, nawet jeśli jest nastolatką naznaczoną chorobą.

Bogactwem tej książki są rozmyślania bohaterki. Franny, dojrzalsza od swoich rówieśników (co paradoksalnie zawdzięcza chorobie), zastanawia się nad sensem życia, nad Bogiem, nad tym jak wygląda śmierć i co dzieje się dalej (bo w owo "dalej" nie wątpi). Gdy już po śmierci obserwuje swoich bliskich dostrzega w ich działaniach pamięć o sobie i radość z życia. Podkreśla, że "Oddali się tylko ten, kto zapomni. Nigdy nie wolno przestawać myśleć o innych. Tej pamięci nikt nie może nam przecież odebrać!"

Franny mówi o swoich doświadczeniach szczerze i bez nadmiernego zadęcia - opowiada o czymś, co stanie się udziałem każdego z nas. Ona jednak uświadamiała sobie intensywniej niż my, że wkrótce nastąpi dzień pożegnania z życiem.

"Za życia nie potrafiłam poradzić sobie ze śmiercią. Była ona niemile widzianym gościem, bo przecież jej nie zapraszałam. (...) Osobliwy jest już sam fakt, że odrzuca się coś, czego się w ogóle nie zna, a co jednak może człowieka napawać strachem. Może właśnie dlatego? Dzisiaj zadaję sobie pytanie, czy potraktowałam śmierć niesprawiedliwie. Bądź co bądź przecież wypełnia ona tylko swoje zadanie. Śmierć jest jedynie ostatnią formą istnienia." (s. 78.)

To ważna książka.

Sorn Gara. Pan Toti. Pan Toti i ufoludki.

  

Wydane przez
Wydawnictwo Skrzat

Zanim zaczęłam czytać książeczki o Panu Totim próbowałam dociec kim jest twórca postaci. Okazało się, że Sorn Gara ma na imię Joanna i dysponuje własną stroną internetową. Zaspokoiwszy ciekawość otworzyłam książkę, by zawrzeć znajomość z "człowiekiem tak małym jak paluszek".

To, co mówi każdy z bohaterów, zapisane jest innym kolorem. I tak na przykład kwestie wypowiadane przez Pana Totiego są czerwone. Innowacyjne i - o ile dziecko czyta samo - utrwalające rozróżnianie barw i dopasowywanie kolorów do nazw. Oprócz opowieści i kolorowych ilustracji w książeczkach zamieszczono także obrazki czaro-białe stworzone wręcz do tego, by dziecko złapało za kredki, czy miejsca, w których należy dokończyć zdania, przeprowadzić bohaterów przez labirynt.

Pan Toti to życzliwie nastawiony do świata człowieczek. Towarzyszą mu Hehelem i Pozytyw. Opowieści okraszone są odrobiną magii, która ułatwia Panu Totiemu niesienie pomocy tym, którzy tej pomocy potrzebują.

Historie Pana Totiego uczą, że dobro jest dobrem, a zło - złem.

P.S. Ujęły mnie kotki z drugiej książki:)

Anna Mikita. Różne sposoby na wredne choroby.

Wydane przez
Wydawnictwo Harmonia

"Różne sposoby..." to zbiór wierszy uroczo zilustrowanych przez Agatę Półtorak. Wiersze są proste w odbiorze, więc i dzieciom w  domu, i dzieciom w przedszkolu, czy pierwszych klasach podstawówki powinny przypaść do gustu. Co więcej, ich treść zachęcająca dzieci do walki z zarazkami i ukazująca sposoby na zdrowe życie, oprócz czystej przyjemności płynącej z lektury, ma niewątpliwy wydźwięk edukacyjny.

Autorka opowiada dzieciom o witaminach, o tym jak dobrze jest w spokoju, przy stole z rodziną jeść posiłki (ciekawe w ilu rodzinach wciąż jest zwyczaj wspólnego jadania), o tym, jak ważny jest sen i odpoczynek. Pokazuje obrzydliwe zarazki uciekające przed mydłem z dziecięcych rączek, katar, który próbuje się panoszyć w przedszkolu i przestrzega przed kurzem gromadzącym się w niesprzątanych kątach. Jeden z wierszy kończy się hasłem: "Chorowanie nie jest w modzie", o czym z przyjemnością Wam i sobie przypominam.

Anna Paszkiewicz. Opowieść o znudzonej królewnie.

Wydane przez
Wydawnictwo Świat Baśni

Gdy człowiek jest znudzony, próbuje nudzie przeciwdziałać: a to tv nowe kupi, a to u fryzjera zaszaleje, wyremontuje mieszkanie lub wyruszy w podróż. Co jednak ma poczynić królewna, która otoczona ciepłem rodzicielskiej miłości i przytulnością niezliczonej liczby zabawek poczuje się znudzona? Tłum śmiałków przybyłych na wezwanie Króla próbujących zainteresować królewnę topniał, a dziewczę w koronie na głowie było coraz smętniejsze, coraz bardziej znużone i obojętne. Znalazł się jednak śmiałek, który - ku oburzeniu Królowej - zaproponował idealne rozwiązanie.

Okazuje się, że zerknięcie nieco dalej niż na czubek własnego nosa wyrywa z marazmu. Poczucie odpowiedzialności pozwala zainteresować się czymś innym niż sobą, a wychowanie poprzez pracę stosuje się już od dawna i z dużym powodzeniem (nie mówię tu o wynaturzeniach w tej materii), więc zadziałało również z przypadku koronowanej głowy.

A tak swoją drogą dziwię się tej królewnie - książek w królestwie nie było, czy co?;)

P. L. Travers. Marry Poppins otwiera drzwi.


Wydane przez
Wydawnictwo Jaguar

Targi Książki dla Dzieci i Młodzieży postanowiłam uczcić poświęceniem weekendu powieściom przeznaczonym dla młodych i młodszych czytelników. 

Kolejne spotkanie z Marry Poppins uświadomiło mi, że powtarzalność występująca w opowieściach o czarodziejskiej niani i dzieciach państwa Banks, stwarza wyśmienity klimat i pozwala poczuć się dobrym znajomym bohaterów.

Marry pojawia się w domu na Czereśniowej w dniu, w którym pan Banks zaczyna się głośno zastanawiać po co mu żona i dzieci i oznajmia donośnie, że nie zamierza wrócić z pracy. Pojawienie się ostoi ładu w postaci Marry zmienia zamiar pana domu, a pozostałych mieszkańców Numeru Siedemnastego wprawia w poczucie szczęścia i spokoju.

Janeczka, Michał i Bliźnięta mają okazję poznać kolejnego, niesztampowego, członka rodziny Marry, wysłuchać przepięknej bajki o Kocie, który patrzył na Króla, doświadczyć Magii, uczestniczyć w niezwyczajnych wydarzeniach. Jednak gdy przychodzi im rozstać się z Marry - a przecież są coraz starsi - bronią się przed pożegnaniem, choć jednocześnie starają się być powiernikami wiedzy jaką im przekazała, starają się pamiętać o czasie z nią spędzonym i doświadczeniach jakie były im dane za jej pośrednictwem.

Niezmiennie pozostaję pod urokiem opowieści P.L. Travers.

19 luty 2010

Autograf i znaczenie książek

Dzięki staraniom mojej Siostry otrzymałam od Pani Sylwii Chutnik przemiły autograf:

Przy okazji prezentacji autografu chciałam zapytać, czy w jakiś sposób zaznaczacie Wasze książki, by oznajmić, że są Wasze? Podpisujecie? Wklejacie exlibris? Ja w swoich wycinam kotka. Tak, tego, z ust którego wydobywa się rzeczony autograf (jeszcze raz serdecznie dziękuję!). Zdjęcie jest przyciemnione, więc kotek wydaje się być czarny, ale to po prostu wycięty dziurkaczem kot. Owo oznaczanie nie ominęło nawet szacownych dzieł nie mniej szacownych autorów, czyli Coplestona, Eliadego, itp. ;)

Książka Dla Dzieci i Młodzieży w Poznaniu


Ktoś się wybiera? Napiszecie jak było?

18 luty 2010

Jodi Picolut. Przemiana.


Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Książki Jodi Picoult mają przedziwną cechę - gdy je czytam, angażuję się w przeżycia bohaterów i ich perypetie, analizuję problem moralny nakreślony przez Autorkę, ale gdy już zamknę książkę i zaczynam dumać o jej treści, zdarza mi się pomyśleć, że wydarzenia przedstawione w powieści są do przesady nierealistyczne.

Israela M. Bourne'a oskarżono o zamordowanie córki i męża June Nealon. Gdy zbliżał się termin odebrania mu życia, usankcjonowany wyrokiem sądu, mężczyzna zapragnął oddać swoje serce drugiej córce June. Jego opiekunem duchowym zostaje ojciec Michael, który w przeszłości zasiadał w ławie przysięgłych skazujących Bourne'a na śmierć. Prawniczką walczącą o to, by zabicie dokonało się przez powieszenie a nie przez iniekcję jest Maggie, córka rabina, podchodząca do kwestii wiary dość nonszalancko.

W powieści porusza się problem odpowiedzialności za życie, wiary, poprawności religijnej, kary śmierci, pedofilii, winy i odkupienia. Autorka  - którą nieustannie podziwiam za bogatą wyobraźnię - żongluje ważnymi tematami zgrabnie, to podsuwając czytelnikowi pewne wskazówki, to je od niego odsuwając, by mógł sam rozważyć problemy świata powieściowego.

"Przemianę" zaliczyłabym do książek Jodi Picoul z "wyższej półki". I bez względu na to, jak nierzeczywista wydaje mi się historia opisane przez Autorkę jest w tej powieści coś takiego, co przykuło mnie do niej na czas czytania bardzo intensywnie.

*   *   *

Książkę "Przemiana" można kupić w

17 luty 2010

Pam Johnson-Bennett. Jak kot z kotem.


Wydane przez
Wydawnictwo Galaktyka

Ci, którzy koty mają - wiedzą, ci, którzy nie mają - dowiedzą się z mediów, że dziś jest Światowy Dzień Kota. Trudno zatem o lepszą na ten dzień książkę:)

Autorka jest współmieszkanką trzech kotów, ale też - co w przypadku tej książki najważniejsze - behawiorystką zwierzęcą, specjalistką od kocich zachowań.

W "Jak kot z kotem" doradza czytelnikom jak ułożyć wzajemne relacje z kotami, by zadowolenie z ich czerpały i zwierzęta i koty. Sugeruje gdzie postawić drapak, wskazuje jaka kuweta będzie odpowiadać kotu, tłumaczy jak rozumieć mowę kociego ciała i objaśnia krok po kroku jak wprowadzić do domu kolejnego kota, by nie zaburzyć równowagi kocich terytoriów.

Książka Pam Johnson-Benett jest książką przeznaczoną dla wszystkich kociarzy: potencjalnych, z małym stażem i ze stażem nieco większym. Dowiedziałam się z niej paru istotnych rzeczy, o których dotychczas nie miałam pojęcia lub znalazłam potwierdzenie tego, co wyczuwałam dotychczas opierając się jedynie na intuicji.

Ostatecznym wnioskiem po tej lekturze jest jednak to, że moje koty są aniołami:) Czego i Waszym kotom życzę:)

16 luty 2010

Amanda Sthers. Chicken street.

Wydane przez
Wydawnictwo Noir sur Blanc

"Chicken street" wygląda niepozornie. Pomyli się jednak ten, kto założy, że treść książki może być w jakilokwiek sposób determinowana przez to, że powieść liczy 166 stron, a rozmiarami nadaje się do niewielkiej torebki. "Chicken street" to bowiem książka o miłości. Miłości niespełnionej, motywującej ludzki los.

Narratorem opowieści jest jeden z mieszkających niegdyś w Kabulu Żydów, Szymon. Opowiada on o swoim przyjacielu, o młodej kobiecie, która spodziewała się dziecka dziennikarza amerykańskiego, o rodzinie tegoż dziennikarza. Powraca pamięcią do czasu sprzed 15 lat i dzieli się z czytelnikami emocjami jakie towarzyszyły tamtym dniom.

Istotą "Chicken street" jest wspomniana już miłość, przyjaźń, rygory kulturowo-religijne i jednocześnie wspólnota jaką tworzyć może wspólny obrządek religijny. Szymon opowiada dość sucho, choć z jego słów wyłaniają się postacie pełne nadziei, tęsknot, które z racji urodzenia, osadzenia w miejscu i czasie nie mogą się spełnić.

Trudno mi opowiadać o tej książce, prawdopodobnie dlatego, że historia opisana przez Amandę Sthers zrobiła na mnie duże wrażenie.

Przemek Opłocki. Zielony księżyc.


Wydane przez
Wydawnictwo Area

Wyobraźcie sobie parking przed hipermarketem. Przyjrzyjcie mu się dokładnie, a zobaczycie stojący pośród morza aut namiot. Namiot, a przy nim rudego kota i niechlujnie wyglądającego mężczyznę, który właśnie staje na deskorolce, by podjechać do Was i poprosić o jedzenie i/lub pieniądze.

P. żyje na parkingu, w swoim ograniczonym przestrzennie świecie. P., osoba korzystająca z tego, co zbywa innym, przypomina nieco ascetów, choć jego sytuacja jest o tyle specyficzna, że on jest ascetą XX wieku, ascetą hipermarketowym. Jest niczym wyrzut sumienia dla osób owładniętych konsumpcjonizmem, zakupoholików, polujących na okazje, przeceny i upodlających się za cenę kostki masła po 1,50 zł.

Książka Przemka Opłockiego jest przewrotną opowieścią o współczesnych ludziach. O braku refleksji, działaniach pod sztandarem Wielkich Słów, a będących jedynie zaspokojeniem potrzeb własnego ego, o świecie, w którym drugi człowiek jest dobry, o ile jest użyteczny.

Mam ostatnio szczęście do naprawdę dobrych książek. "Zielony księżyc" również do nich należy.

Marc Bekoff. O zazdrosnych psach i zakochanych małpach. Emocjonalne życie zwierząt.

Wydane przez
Wydawnictwo Znak

"Czasami chciałbym mieć ogon i móc ruszać uszami, by lepiej porozumiewać się z psami i innymi stworzeniami, w których te części ciała wyrażają emocje i myśli" - pisze Marc Bekoff i już takim stwierdzeniem podbija moje zainteresowanie książką. Zainteresowanie spore, bo po pierwsze Autor jest specjalistą w dziedzinie emocji zwierząt, a po drugie - umie o własnych doświadczeniach, opiniach i przekonaniach zajmująco opowiadać.

Wierzycie w to, że zwierzęta są emocjonalne? Nam, laikom, za którymi nie stoi żadna uczelnia finansująca badania na zwierzętach łatwiej się do tego przyznać, niż tym, którzy chcąc zachować dobre imię naukowca w imię celów naukowych nadają zwierzętom numery i przeprowadzają na nich doświadczenia w warunkach laboratoryjnych. Ja wierzę w to, że moje koty biegną do drzwi, by się ze mną przywitać, że pieska moich rodziców świetnie wie, że nie wolno jej spać na wersalce pani i gdy zostanie na tym przyłapana wstydzi się, że dała się przyłapać. Wierzę, choć nie miałam okazji tego zaobserwować osobiście, że słonie odprawiają rytuał żałobny, a wilki się czerpią radość z zabawy.

Marc Bekoff opowiada o specyfice pracy etologia poznawczego, obala zarzuty jakie stawia się naukowcom pracującym w terenie, pokazuje co złego jest w badaniach prowadzonych w sztucznych warunkach. Książka zawiera spory rozdział skierowany do osób sceptycznie podchodzących do informacji o emocjach zwierząt i tych, którzy zastanawiają się czy etyczne podejście do zwierząt nie zaburza dążenia naukowego.

Ostatni rozdział zawiera informacje tyle ważne, co wstrząsające. W części poświęconej naszym etycznym wyborom Autor przedstawia fakty na temat tego, jak ludzie traktują zwierzęta. Pisze o ogrodach zoologicznych, ubojniach, fermach, o myśliwych, badaniach w laboratoriach. Daleki jest jednak od szukania sensacji - po prostu pokazuje nam to, przed czym często, zbyt skwapliwie, zamykamy oczy.

"(...) zwierzęta posiadają moralny kodeks zachowania, ale nie twierdzę, ze posiadają etykę". Jeśli zwierzęta są moralne, to... Pozostawiam Was z tym cytatem.

Heather. Pringle. Plan rasy panów. Instytut naukowy Himmlera a Holokaust.

Wydane przez
Wydawnictwo Zysk i S-ka


Studiengesellschaft für Geistesurgeschichte‚ Deutsches Ahnenerbe e.V. czyli Towarzystwo Badawcze nad Pradziejami Spuścizny Duchowej, Niemieckie Dziedzictwo Przodków to był założony przez Himmlera w roku 1935 instytut badawczy, który miał za zadanie poszukiwać dowodów wybitnych osiągnięć i czynów przodków Niemców, a także informować społeczeństwo niemieckie o tych wiekopomnych odkryciach. Naukowcy zatrudnieni w instytucie prowadzili badania archeologiczne, antropologiczne, etnograficzne i historyczne, a "dowodów" na to, że rasa aryjska może poszczycić się największymi osiągnięciami szukali nawet w paleolicie.

Była to potężna organizacja - jak podaje Pringle, w roku 1939 instytut zatrudniał 137 naukowych pracowników etatowych, a do tego 82 innych pracowników, takich jak technicy laboratoryjni, rzeźbiarze, bibliotekarze, fotografowie, graficy, filmowcy. Pringle pisze:

"W istocie jednak ten elitarny instytut zajmował się fabrykowaniem mitologii. Zatrudnieni w nim luminarze nauki zniekształcali prawdę i odpowiednio dobierali i wytwarzali dowody. (...) Niektórzy naukowcy świadomie manipulowali odkryciami, inni robili to bezrefleksyjnie, nie zdając sobie sprawy, że ich przekonania polityczne wywierają wielki wpływ na prowadzone badania."

Ahnenerbe z czasem weszła do struktury SS, która stała się elitarną formacją po tym, jak jej dowództwo w roku 1929 przejął Himmler. Naukowcy zatrudnieni w Ahnenerbe szukając przodków mitycznej rasy aryjskiej organizowali wielkie wyprawy, między innymi w Himalaje, do Tybetu, na Bliski Wschód, do Boliwii. Nie chodziło tylko o wymiar naukowy całego przedsięwzięcia, bo Himmler był bardzo praktyczny. Pod koniec 1931 roku zdecydował, że SS będzie formacją elitarną pod względem rasowym, w związku z czym stawiano kandydatom surowe wymagania rasowe, co więcej - od 21 grudnia tegoż roku badaniom rasowym poddawano także kandydatki na żony esesmanów.

Obok badań mających udowodnić wyższość Aryjczyków, instytut prowadził badania nad domniemaną rasą żydowską, która miała być eksterminowana. Do badań tych pracownicy Ahnenerbe potrzebowali czaszek Żydów, a zdobywali je między innymi mordując ludzi - w roku 1943 w obozie Natzweiler-Struthof w Alzacji zagazowano 29 kobiet i 57 mężczyzn, więźniów Auschwitz. Selekcji tych ludzi, którzy mieli zginąć po to, aby dostarczyć szkieletów do badań, dokonywał Bruno Beger, antropolog zatrudniony w Ahnenerbe. W ostatnim rozdziale książki autorka opisuje swoją rozmowę, którą przeprowadziła w 2002 roku w mieszkaniu Begera.

To bardzo ważna książka, pokazująca mechanizm działania jednego z dwóch najbardziej zbrodniczych systemów w dziejach ludzkości. Ważna tym bardziej, że, w co trudno uwierzyć, historia zbrodniczego instytutu nie doczekała się zbyt licznych opracowań. Pringle pisze:

"Latem 2001 roku zaczęłam badać historię Ahnenerbe. Sądziłam, że znajdę wiele publikacji poświęconych temu instytutowi, ale okazało się, że się myliłam. Opublikowano zaledwie kilka artykułów w języku angielskim, w większości w periodykach naukowych, i zdumiewająco mało materiałów w języku niemieckim. Wydano drukiem tylko jedną poważną rozprawę poświęconą tej organizacji. W 1974 roku ukazała się książka zatytułowana *Das 'Ahnenerbe' der SS 1935-1945* autorstwa Michaela Katera.

Książka Heather Pringle jest znakomicie napisana, poza historią Ahnenerbe, autorka przybliża nam postać Heinricha Himmlera i innych najważniejszych osobistości NSDAP. Na końcu dołączone są noty o najważniejszych postaciach, wykaz najważniejszych źródeł, obszerna bibliografia. Książka zawiera bardzo precyzyjne przypisy oraz dwie wkładki z fotografiami. Trudno przecenić znaczenie tej pozycji.

Tyle mojej recenzji, bardzo suchej, zawierającej właściwie tylko wskazanie na to, o czym traktuje książka Heather Pringle. Innej recenzji napisać jednak nie umiem, bo w tym przypadku nie chcę pisać o swoich emocjach.

15 luty 2010

Anna Onichimowska. Trzecie oko.

Wydane przez
Wydawnictwo W.A.B.

Marta, żyjąca z małżeństwie składającym się głównie z ciszy, postanawia pisać książkę. Jej bohaterką czyni Paulinę, singielkę szukającą mężczyzny. Im większe Marta ma kłopoty ze zrozumieniem Karola, tym bardziej rzeczywista staje się Paulina i tym silniej przenika do życia małżonków. Mężczyzna, ograniczający do minimum kontakt werbalny z żoną czyni przedziwne doświadczenia, staje się coraz bardziej skryty, a małżeństwo przekształca się w zwyrodniałą formę związku.

Mam wrażenie, ze istota tej książki gdzieś mi umyka. Niby jestem od niej już o krok, o krok od tego, by pojąć kto lub co jest właściwie bohaterem opowieści pisarki znanej dotychczas z książek dla dzieci, ale od podążania za wybraną myślą, odciąga mnie myśl inna, że może chodzi tu o małżeństwo albo o bycie singlem. A może o pragnienia, których w małżeństwie spełnić nie sposób? Albo o chęć wyzwolenia?

Dziwna to powieść. I choć raczej wolę "dziwne" u Gombrowicza, niż u Onichimowskiej, muszę przyznać, że "Trzecie oko" budzi niepokój.

14 luty 2010

Robert D. Kaplan. Bałkańskie upiory. Podróż przez historię.

Wydane przez
Wydawnictwo Czarne

"Bałkańskie upiory" czytałam dłużej niż zamierzałam czytać. Gdy już wgłębiłam się w lekturę okazało się, że wywód amerykańskiego dziennikarza wymaga o wiele więcej staranności, uwagi, zaangażowania czytelniczego niż początkowo wydawało mi się, że wymaga.

Robert D. Kaplan opisuje Bałkany jakie poznał podczas podróży w latach osiemdziesiątych i w 1990 roku. Próbując zrozumieć aktualnie obserwowaną przez siebie sytuację społeczną, polityczną sięga do źródeł historycznych, porównuje kraje bałkańskie ostatnich dekad XX wieku z początkami wieku i uwarunkowaniami, które przerodziły się w I wojnę światową.

Prowincjonalność krajów bałkańskich, traktowanie Albanii, Macedonii, czy Jugosławii jako części świata w ogóle nie będącej w zainteresowaniu wielkich polityków wywiera silny, i dość gwałtowny wpływ na to, jak mieszkańcy wymienionych krajów postrzegają siebie. Odwieczna rywalizacja, próby zawładnięcia spornymi terenami, konflikty na tle religijnym doprowadziły Bałkany do straszliwej wojny. Wojny, którą zapowiadał Kaplan i wojny, w którą nikt nie chciał uwierzyć.

Sporo znalazłam w książce nowych informacji, wiele znalazłam potwierdzeń wiadomości z innych lektur,  wędrówka pod przewodnictwem Kaplana była pouczająca i niesamowita. Przez jego książkę szłam z zasobami Internetu - szukałam piękna jakie widział Autor i uzupełniałam wiadomości, które szczególnie mnie zainteresowały.

Jestem bardzo zadowolona z lektury "Bałkańskich upiorów".

Wyróżnienie...

dostałam i to od dwóch osób:) Młodej pisarce i Caitri gorąco dziękuję tak za wyróżnienie, jak i za uzasadnienie tegoż:)

Jednak mimo, tak zaszczytnego odznaczenia kreatywności w sobie w ten weekend nie czuję - dni mają zabarwienie książkowe i kocie, jako, że obłożona kotami próbuję wygospodarować jedną wolną rękę do trzymania książki. Ten przydługi wstęp wiedzie do wniosku, że wyróżnienia przekazywać dalej nie będę. Nie oznacza to, że wśród autorów blogów, które odwiedzam nie mam kogo wyróżnić, wprost przeciwnie - osób do wyróżnienia wskazać mogę całe mnóstwo -  a nie znajduję  w sobie siły by wyselekcjonować zaledwie siedem spośród nich.


Dopisek z 18 lutego:
Wyróżnienie otrzymałam także od Edith - gorąco dziękuję:)


Dopisek z 21 lutego:
Także Sara Deever postanowiła mnie wyróżnić - jest mi bardzo miło:)

13 luty 2010

Wywiad z Dariuszem Lisem


Prowincjonalna nauczycielka: Dla kogo napisał Pan „No i mam za swoje”?
Dariusz Lis: Szczerze powiedziawszy, najpierw dla samego siebie. Pisanie tej książki rozpocząłem, kiedy byłem w nienajlepszym nastroju. Ponieważ wcale nie było mi wówczas do śmiechu, postanowiłem uciec w sympatyczne wspomnienia i wrócić do zabawnych historii z przeszłości. Potem, dla wszystkich tych, z którymi łączy mnie tamten czas, ażeby dać im sygnał, że pamiętam i jak najlepiej wspominam. I na koniec dla tych, pośród których żyję współcześnie, bo nieraz im o tym wszystkim opowiadałem i wielokrotnie nakłaniano mnie, abym historie owe spisał, utrwalił, ocalił od zapomnienia. Naturalnie także dla nieznanych mi, potencjalnych czytelników, których interesują sprawy szkoły, mają humor, chcą i potrafią podchodzić do życia i siebie samego z dystansem.

Prowincjonalna nauczycielka: Co spośród wspomnień (nie tylko tych przedstawionych w książce) budzi w Panu najmilsze wspomnienia, a o czym chciałby Pan jak najszybciej zapomnieć?
Dariusz Lis: Odpowiem, że nie pamiętam niczego, co chciałbym zapomnieć, bo, tak szybko, jak tylko się da,  wymazuję takie rzeczy z pamięci. Byłyby to zresztą jakieś epizody, dotyczące spraw osobistych. Natomiast najmilej wspominam okres dorastania, pierwsze przyjaźnie, pierwsze miłości, okres studiów i pierwszą pracę. Jednym z najciekawszych moich przeżyć było pierwsze zwycięstwo w konkursie poetyckim, a później wydanie pierwszego zbiorku wierszy…

Prowincjonalna nauczycielka: Czy to, że mieszka Pan w tym, a nie innym mieście, w jakiś sposób Pana ukształtowało? Nie marzył Pan o tym, by przenieść się gdzie indziej? Czy istotna jest dla Pana – w Pańskim postrzeganiu własnego miejsca na ziemi – historia regionu, jego kulturowe bogactwo? 
Dariusz Lis: Bez wątpienia. Ponieważ przyszedłem na świat i wychowałem się w mieście niezwykłym. Niezwykłość Braniewa polega na roli, jaką odegrało w przeszłości, roli historycznej, ale jeszcze bardziej kulturowej, która sprawiła, że miasto to zwano  niegdyś Atenami Północy. Od czasu, kiedy jestem w stanie to rozumieć, poznaję historię mojego miasta, uzmysławiam sobie, jaką rolę pełniło w regionie, jakim bogatym dziedzictwem może się poszczycić. Jestem dumny z mojego miasta i czuję się spadkobiercą jego najlepszych tradycji. 
Spędziłem wiele lat poza Braniewem. Książka  „No i mam  za swoje” opowiada o blisko dziesięcioletnim moim zamieszkaniu zupełnie gdzie indziej. Lubię podróżować, i podróżuję po Polsce i świecie, lubię poznawać i poznaję nowe miejsca i miasta, ale zawsze z radością wracam do swojego miasta i z dumą prezentuję, przybywającym do mnie gościom, swoje miasto. 
Czuję potrzebę dokonania czegoś tu, w moim Braniewie i dla mojego okrutnie doświadczonego, bo zrównanego z ziemią w czasie wojny, miasta. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to patetycznie, cieszy mnie jednak to, że widzę, iż wolno, ale systematycznie, miasto odbudowuje się i pięknieje i że rodzą się tu ciągle nowi, młodzi patrioci, dumni z przeszłości i marzący o powrocie naszego miasta do dawnej świetności. 

Prowincjonalna nauczycielka: Czym, w Pańskim odczuciu, różni się „No i mam za swoje” od innych Pańskich książek?
Dariusz Lis: Różni się wszystkim. Na początku swojej skromnej przygody literackiej wydałem kilka tomików wierszy. Później napisałem i wydałem dwie książki dla dzieci. Jeszcze później zbiór opowiadań dla dojrzałego czytelnika. Zbiór „W pajęczynie granic” budził wiele kontrowersji, ale to z założenia nie miała być książka łatwa. „No i mam za swoje” jest książką programowo pomyślaną jako lektura dająca radość i budząca optymizm. Jeśli mnie się to udało…

Prowincjonalna nauczycielka: Jak zareagowali Pańscy byli uczniowie na pojawienie się tych wspomnień?
Dariusz Lis: Jestem i będę tego ciekaw. Poza jedną, na szczęście życzliwą, na razie, nie znam innych opinii. Poznam je zapewne dopiero w wakacje, kiedy, jak zwykle, na kilka dni udam się w tamte strony.

Prowincjonalna nauczycielka: Czy Pańscy teraźniejsi uczniowie czytają Pańskie książki?
Dariusz Lis: Tak. Ale tylko ci, którzy w ogóle czytają. Pośród swoich uczniów nie mam więc bardzo wielu czytelników, choć odnoszą się do mojego pisania z zainteresowaniem, a niektórzy są nawet ze mnie dumni.

Prowincjonalna nauczycielka: Czy jest coś, co chciałby Pan powiedzieć tym, którzy chcieliby pisać, ale obawy są w nich silniejsze niż chęci?
Dariusz Lis: Pisanie jest, jak każde inne hobby.  Jeśli komuś sprawia ono radość, powinien pisać. Jeśli ktoś marzy o wydaniu książki, powinien spróbować ją wydać. Nie wolno zapominać, że krytycznej ocenie podlega absolutnie wszystko, co robimy… 
Swój pierwszy tomik wierszy zaniosłem do oceny mojemu promotorowi na filologii polskiej dr Mirosławowi Świąteckiemu. Wtedy powiedział, że wiersze są niczego sobie i dodał:  „A jeśli cię będą krytykować, to się nie przyjmuj. Krytycy od tego właśnie są”.

Prowincjonalna nauczycielka: Dziękuję:)

12 luty 2010

Warto obejrzeć!

1. 14 lutego o 13:40 TVP 1 zaprezentuje "Kolor magii" Terry'ego Pratchett'a. Drugą część filmu zobaczymy tydzień później.
(wyszperane na: http://discworld.pl)

2. Szczęśliwi posiadacze HBO w sobotę, o 22:00, będą mogli obejrzeć pierwszy odcinek "Kobiecej Agencji Detektywistycznej nr 1". Nie muszę dodawać, że zazdroszczę tym, co mają HBO?;)

11 luty 2010

Agnieszka Podolecka. Za głosem sangomy.


Wydane przez
Wydawnictwo Zysk i S-ka




Ideą przewodnią debiutanckiej powieści Agnieszki Podoleckiej jest konieczność przywrócenia praw kobietom, uznania ich ważnej roli przez Kościół i wszelkie społeczności. Na szczęście ową ideę Autorka osadziła w atrakcyjnej scenerii, miłej w czytaniu fabule, a bohaterami uczyniła ludzi otwartych, budzących sympatię i interesujących.

Do Wiktorii spacerującej po Kapsztadzie podbiega nieznajomy mężczyzna, wciska jej w dłoń tajemnicze zawiniątko, nakazuje oddać je w Lalibeli i ginie zastrzelony. Dziewczynę z niebezpiecznej sytuacji ratuje Robert, amerykański dziennikarz zaprzyjaźniony z jej znajomymi, któremu sangoma przepowiedziała spotkanie z Błękitnookim Aniołem. Od tego momentu młodzi ludzie są nierozłączni, wędrują przez Afrykę razem pałając ku sobie coraz silniejszym uczuciem.

Siostra Wiktorii, Dagmara, próbuje dotrzeć do RPA, ale zatrzymuje się w Nairobi gdzie przyłącza się do Lekarzy bez Granic walcząc z dziwaczną odmianą malarii. W czasie pracy poznaje francuskiego lekarza, i tak jak Wiktoria zakochuje się w Robercie, Dagmara w Michaelu.

Oczywiście, wątek uczuciowy jest tylko tym najłatwiejszym do opowiedzenia. Znacznie trudniejsze, a zarazem porywające i szalenie plastyczne, są opowieści o Afryce, jej krajobrazach, zwierzętach, o ludziach, którzy pomagają bohaterom książki, o sympatii, wrażliwości.

Przyznaję, że nieco sceptyzmu wzbudził we mnie wątek religijny, ale zachwyt Afryką widoczny na kartach książki przeważył w ostatecznej opinii. Jestem zadowolona z lektury i mam wielką nadzieję, że spotkanie z Autorką okaże się czasem miło i cennie spędzonym:)


Po spotkaniu:


Autorka opowiedziała historię powstania książki, nakreśliła koloryt kulturowo-społeczny odwiedzanych miejsc, zaprezentowała zdjęcia (można je znaleźć na www.podolecka.com).

Jerry A Coyne. Ewolucja jest faktem.


Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Są takie partie w szachach, mocno szarpane, w których gracze - i dotyczy to nawet najsilniejszych arcymistrzów - popełniają sporo błędów (albo sporo jak na arcymistrzów :-) ale szalenie interesujące. I podobnie interesująca jest książka Coyne'go, przy czym trochę później postaram się wytłumaczyć, o co chodzi z tymi błędami :-)

Najogólniej mówiąc Coyne wyjaśnia na czym polega współczesna teoria ewolucji, przy czym chodzi oczywiście o teorię, której autorem jest Karol Darwin. Coyne pisze, że teorię tę można streścić w tym oto zdaniu:

"Życie na Ziemi rozwijało się stopniowo od pierwszego, prymitywnego gatunku - być może pierwszej samopowielającej się cząsteczki - który żył przed 3,5 miliarda lat; potem różnicowało się na wiele nowych i zmiennych gatunków, pod wpływem najważniejszego (choć nie jedynego) mechanizmu: doboru naturalnego."

Prawie cała książka jest rozwinięciem tego zdania. Coyne, który specjalizuje się w genetyce ewolucyjnej i powstawaniu nowych gatunków, świetnie wyjaśnia kluczowe dla teorii ewolucji pojęcia, takie jak sama idea ewolucji, idea gradualizmu, specjacja, idea wspólnoty pochodzenia, koncepcja doboru naturalnego. Nie unika odpowiedzi na zarzuty, jakie wysuwane są pod adresem teorii ewolucji, tylko rzetelnie mierzy się z nimi. Dowiedziałam się z tej książki mnóstwa ciekawych rzeczy, chociażby tego, w jaki sposób tłumaczy się fakt, iż z jednego gatunku powstaje drugi gatunek - okazało się, że sprawa nie była wcale taka prosta, co więcej, dopiero w roku 1942 Ernst Mayr i Theodosius Dobzhansky zaproponowali kryterium reprodukcji dla określenia statusu gatunku jako takiego. Jest to istotna kwestia, bo, jak pokazuje Coyne, wyróżnia się aż 9 gatunków muszek owocowych (Drosophila), a przecież samice wszystkich tych gatunków są nie do odróżnienia nawet w dużym powiększeniu, a samce można rozróżnić jedynie na podstawie drobnych różnic anatomicznych. Skąd więc aż 9 gatunków? I tu właśnie przychodzi z pomocą kryterium reprodukcji. 

Kapitalnie czyta się wykład Coyne'a - wykład klarowny, składny, prowadzony w dobrym tempie.  Ale co z tymi arcymistrzowskimi błędami? :-) Otóż w "Przedmowie", we "Wprowadzeniu", w ostatnim rozdziale, a także w wielu miejscach pozostałej części książki Coyne wykracza poza swoją dziedzinę i występuje w roli - nie wiem, jak to nazwać - może filozofa nauki, może socjologa, może nawet polityka. Moim zdaniem robi to niepotrzebnie. Już daję przykłady. Oto w "Przedmowie" autor przywołuje sprawę Kitzmiller i in. przeciwko Dover Area School District i in. Sprawę prowadził John Jones III, sędzia federalny z Harrisburga w Pensylwanii, a poszło o to, czy, mówiąc najogólniej,  amerykańskie dzieciaki będą mogły w szkołach uczyć się, obok teorii ewolucji, także teorii inteligentnego projektu, który, jak utrzymują niektórzy, jest przefarbowanym kreacjonizmem. Sędzia Jones rzecz jasna posłał w diabły pomysł, żeby nauczać teorii inteligentnego projektu, co Coyne komentuje tak:

"O prawdzie naukowej rozstrzygać powinni jednak naukowcy, nie sędziowie."

Pomyślałam, że to bardzo przytomne stwierdzenie, rymujące się z tym, co napisał Steve Fuller w książce "Nauka vs religia?". 

Fuller mianowicie skrytykował sposób, w jaki sposób podszedł do tej kwestii inny sędzia w innej, ale podobnej sprawie:

"Jego [sędziego prowadzącego sprawę] rozumowanie było oparte na decyzji amerykańskiego Sądu Najwyższego w procesie Edwards vs Aguillard, definiującej rozgraniczenie nauki od religii w kategoriach motywu, a nie metody. Różnica jest istotna, mimo że kreacjonizm i TIP nie spełniają - na razie - kryteriów ani z McLeana, ani z Edwardsa. Gdybyśmy oceniali teorie naukowe przede wszystkim pod kątem motywów ich propagatorów, to wiek czy pół wieku temu (a niektórzy powiedzieliby, że nawet teraz) nie moglibyśmy uznać darwinizmu za naukę, ponieważ jego piewcami kierowały uprzedzenia klasowe, rasizm i seksizm."

I dodał:

"Można było odnieść wrażenie, że dzisiejsza nauka nie potrafi się bronić na własnych warunkach i potrzebuje filozoficznej tarczy ochronnej."

Ale Coyne tylko w tym jednym, zacytowanym zdaniu zgadza się z Fullerem, bo jeszcze w tym samym akapicie (sic!) stwierdza:

"Niemniej jego orzeczenie [sędziego Jonesa] było wspaniałym zwycięstwem amerykańskiego szkolnictwa, ewolucji i samej nauki."

Ja rozumiem, że Coyne cieszy się z tego, że państwowy sąd, w razie czego mogący wysłać do akcji państwową policję (jeśli stan będziemy rozumieć jako państwo), aprobuje propagowanie idei miłych sercu Coyne'a i zakazuje nauczania tego, co Coyne'mu niemiłe, ale uważam za przesadę nazywanie tego zwycięstwem szkolnictwa, ewolucji i nauki.

Jak wspomniałam, w wielu miejscach Coyne stwierdza dziwne rzeczy. Pisze np., że Darwin zaproponował tezy, które "na zawsze pogrzebały przekonanie o istnieniu celowego i świadomego planu w przyrodzie". Tymczasem Paul Davies w książce "Kosmiczna wygranastwierdza: "Każdy rodzaj zasady życia lub imperatywu kosmicznego wprowadza na nowo do nauki owo przerażające słowo na *t* - *teleologię*."

W innym miejscu Coyne niepokoi się tym, że zaledwie 40% Amerykanów wierzy w to, iż człowiek wywodzi się od wcześniejszych gatunków zwierząt, co jest wynikiem o 5% gorszym niż w roku 1985, po czym retorycznie i dramatycznie pyta: "Wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby Stany Zjednoczone usytuowały się wśród krajów o najniższym odsetku ludzi wierzących w istnienie atomów!"

Ciekawa jestem, co by się stało - zabrakłoby w USA prądu, ludzie zapadliby w straszliwe choroby, kartofle przestałyby się rodzić na polach?

Nieco śmieszą publicystyczne, obliczone na mało rozgarniętego czytelnika wstawki, takie jak: "Potrafimy podróżować na inne planety" (a na jakich to niby planetach ludzie już byli??) albo: "Wśród liczących się biologów nie ma różnicy zdań co do zasadniczych twierdzeń teorii ewolucji" - kryterium, według którego jednych biologów można zakwalifikować jako poważnych, a innych zaliczyć do niepoważnych, Coyne oczywiście nie podaje.

Mówiąc krótko (bo już było mówione długo, bardzo długo :-)) - książka jest świetna, ja przeczytałam ją w nieco ponad jeden dzień (liczony jako doba), a to jest około 270 stron tekstu. Jeśli ktoś jest impregnowany na niezbyt lotną propagandę ideologiczną (a dzisiaj trzeba być impregnowanym na takie rzeczy), to niech czyta. Ja po lekturze z pewnością nie pomylę już ewolucji Lamarcka z ewolucją Darwina :-))

*   *   *

Książkę "Ewolucja jest faktem" można kupić w