Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Są takie partie w szachach, mocno szarpane, w których gracze - i dotyczy to nawet najsilniejszych arcymistrzów - popełniają sporo błędów (albo sporo jak na arcymistrzów :-) ale szalenie interesujące. I podobnie interesująca jest książka Coyne'go, przy czym trochę później postaram się wytłumaczyć, o co chodzi z tymi błędami :-)
Najogólniej mówiąc Coyne wyjaśnia na czym polega współczesna teoria ewolucji, przy czym chodzi oczywiście o teorię, której autorem jest Karol Darwin. Coyne pisze, że teorię tę można streścić w tym oto zdaniu:
"Życie na Ziemi rozwijało się stopniowo od pierwszego, prymitywnego gatunku - być może pierwszej samopowielającej się cząsteczki - który żył przed 3,5 miliarda lat; potem różnicowało się na wiele nowych i zmiennych gatunków, pod wpływem najważniejszego (choć nie jedynego) mechanizmu: doboru naturalnego."
Prawie cała książka jest rozwinięciem tego zdania. Coyne, który specjalizuje się w genetyce ewolucyjnej i powstawaniu nowych gatunków, świetnie wyjaśnia kluczowe dla teorii ewolucji pojęcia, takie jak sama idea ewolucji, idea gradualizmu, specjacja, idea wspólnoty pochodzenia, koncepcja doboru naturalnego. Nie unika odpowiedzi na zarzuty, jakie wysuwane są pod adresem teorii ewolucji, tylko rzetelnie mierzy się z nimi. Dowiedziałam się z tej książki mnóstwa ciekawych rzeczy, chociażby tego, w jaki sposób tłumaczy się fakt, iż z jednego gatunku powstaje drugi gatunek - okazało się, że sprawa nie była wcale taka prosta, co więcej, dopiero w roku 1942 Ernst Mayr i Theodosius Dobzhansky zaproponowali kryterium reprodukcji dla określenia statusu gatunku jako takiego. Jest to istotna kwestia, bo, jak pokazuje Coyne, wyróżnia się aż 9 gatunków muszek owocowych (Drosophila), a przecież samice wszystkich tych gatunków są nie do odróżnienia nawet w dużym powiększeniu, a samce można rozróżnić jedynie na podstawie drobnych różnic anatomicznych. Skąd więc aż 9 gatunków? I tu właśnie przychodzi z pomocą kryterium reprodukcji.
Kapitalnie czyta się wykład Coyne'a - wykład klarowny, składny, prowadzony w dobrym tempie. Ale co z tymi arcymistrzowskimi błędami? :-) Otóż w "Przedmowie", we "Wprowadzeniu", w ostatnim rozdziale, a także w wielu miejscach pozostałej części książki Coyne wykracza poza swoją dziedzinę i występuje w roli - nie wiem, jak to nazwać - może filozofa nauki, może socjologa, może nawet polityka. Moim zdaniem robi to niepotrzebnie. Już daję przykłady. Oto w "Przedmowie" autor przywołuje sprawę Kitzmiller i in. przeciwko Dover Area School District i in. Sprawę prowadził John Jones III, sędzia federalny z Harrisburga w Pensylwanii, a poszło o to, czy, mówiąc najogólniej, amerykańskie dzieciaki będą mogły w szkołach uczyć się, obok teorii ewolucji, także teorii inteligentnego projektu, który, jak utrzymują niektórzy, jest przefarbowanym kreacjonizmem. Sędzia Jones rzecz jasna posłał w diabły pomysł, żeby nauczać teorii inteligentnego projektu, co Coyne komentuje tak:
"O prawdzie naukowej rozstrzygać powinni jednak naukowcy, nie sędziowie."
Pomyślałam, że to bardzo przytomne stwierdzenie, rymujące się z tym, co napisał Steve Fuller w książce "Nauka vs religia?".
Fuller mianowicie skrytykował sposób, w jaki sposób podszedł do tej kwestii inny sędzia w innej, ale podobnej sprawie:
"Jego [sędziego prowadzącego sprawę] rozumowanie było oparte na decyzji amerykańskiego Sądu Najwyższego w procesie Edwards vs Aguillard, definiującej rozgraniczenie nauki od religii w kategoriach motywu, a nie metody. Różnica jest istotna, mimo że kreacjonizm i TIP nie spełniają - na razie - kryteriów ani z McLeana, ani z Edwardsa. Gdybyśmy oceniali teorie naukowe przede wszystkim pod kątem motywów ich propagatorów, to wiek czy pół wieku temu (a niektórzy powiedzieliby, że nawet teraz) nie moglibyśmy uznać darwinizmu za naukę, ponieważ jego piewcami kierowały uprzedzenia klasowe, rasizm i seksizm."
I dodał:
"Można było odnieść wrażenie, że dzisiejsza nauka nie potrafi się bronić na własnych warunkach i potrzebuje filozoficznej tarczy ochronnej."
Ale Coyne tylko w tym jednym, zacytowanym zdaniu zgadza się z Fullerem, bo jeszcze w tym samym akapicie (sic!) stwierdza:
"Niemniej jego orzeczenie [sędziego Jonesa] było wspaniałym zwycięstwem amerykańskiego szkolnictwa, ewolucji i samej nauki."
Ja rozumiem, że Coyne cieszy się z tego, że państwowy sąd, w razie czego mogący wysłać do akcji państwową policję (jeśli stan będziemy rozumieć jako państwo), aprobuje propagowanie idei miłych sercu Coyne'a i zakazuje nauczania tego, co Coyne'mu niemiłe, ale uważam za przesadę nazywanie tego zwycięstwem szkolnictwa, ewolucji i nauki.
Jak wspomniałam, w wielu miejscach Coyne stwierdza dziwne rzeczy. Pisze np., że Darwin zaproponował tezy, które "na zawsze pogrzebały przekonanie o istnieniu celowego i świadomego planu w przyrodzie". Tymczasem Paul Davies w książce "Kosmiczna wygrana" stwierdza: "Każdy rodzaj zasady życia lub imperatywu kosmicznego wprowadza na nowo do nauki owo przerażające słowo na *t* - *teleologię*."
W innym miejscu Coyne niepokoi się tym, że zaledwie 40% Amerykanów wierzy w to, iż człowiek wywodzi się od wcześniejszych gatunków zwierząt, co jest wynikiem o 5% gorszym niż w roku 1985, po czym retorycznie i dramatycznie pyta: "Wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby Stany Zjednoczone usytuowały się wśród krajów o najniższym odsetku ludzi wierzących w istnienie atomów!"
Ciekawa jestem, co by się stało - zabrakłoby w USA prądu, ludzie zapadliby w straszliwe choroby, kartofle przestałyby się rodzić na polach?
Nieco śmieszą publicystyczne, obliczone na mało rozgarniętego czytelnika wstawki, takie jak: "Potrafimy podróżować na inne planety" (a na jakich to niby planetach ludzie już byli??) albo: "Wśród liczących się biologów nie ma różnicy zdań co do zasadniczych twierdzeń teorii ewolucji" - kryterium, według którego jednych biologów można zakwalifikować jako poważnych, a innych zaliczyć do niepoważnych, Coyne oczywiście nie podaje.
Mówiąc krótko (bo już było mówione długo, bardzo długo :-)) - książka jest świetna, ja przeczytałam ją w nieco ponad jeden dzień (liczony jako doba), a to jest około 270 stron tekstu. Jeśli ktoś jest impregnowany na niezbyt lotną propagandę ideologiczną (a dzisiaj trzeba być impregnowanym na takie rzeczy), to niech czyta. Ja po lekturze z pewnością nie pomylę już ewolucji Lamarcka z ewolucją Darwina :-))
* * *
Książkę "Ewolucja jest faktem" można kupić w