31 marzec 2010

Smak Słowa

Tydzień świąteczny zamierzam spędzić z książkami wydawnictwa Smak Słowa


Sana Krasikov. Jeszcze rok.

Wydane przez
Wydawnictwo Czarne

W opowiadaniach Sany Krasikov nie ma szczęśliwych zakończeń. Jej bohaterowie to sfrustrowani emigranci, którzy próbują zerwać więzy łączące ich z minionym, ojczyźnianym, życiem, którzy próbują zapomnieć, ze nie urodzili się i nie dorastali w Stanach Zjednoczonych. Przepaść między ich dzieciństwem, a dorosłością nie ma jedynie wymiaru czasowego;  to przepaść wynikająca z mentalności, sytuacji politycznej, uwarunkowań społecznych.

Od pewnego czasu myślę intensywnie nad różnicami o jakich piszę wyżej. Kiedy w lutym krążyły po blogach łańcuszki z pytaniami zadano mi pytanie: „Dlaczego zaczęłaś czytać wręcz nałogowo, przecież jest tyle prostszych innych mediów które potrafią przynieść rozrywkę, a nie zajmują tyle przecież cennego czasu?” Uświadomiłam sobie wówczas, że dla mojego pokolenia nie było innych prostszych mediów, którym jako dzieci mogliśmy się oddać. Gdy czytałam książkę o „Tajemnicy człowieka z blizną” myśli o odmiennych doświadczeniach powróciły. Lektura tomu opowiadań „Jeszcze rok” nakłoniła mnie do ponownej zadumy.

Sana Krasikova, urodzona na Ukrainie, wychowana w Gruzji, mieszkająca w USA,  pozwala sądzić, że – przynajmniej w pewnej części – nieobce są jej rozterki jakie stają się udziałem bohaterów opowiadań. Bycie emigrantem, oprócz trudności czysto praktycznych, o których także wiele w „Jeszcze rok”, oznacza konieczność niezwykłej elastyczności – trzeba odciąć się od przeszłości, by nie blokowała ona wrastania w społeczność nowej ojczyzny, a jednocześnie nie odcinać się – bo czyż człowiek może być szczęśliwy bez świadomości korzeni?

Zastanawiająca lektura.

Elżbieta Zarych. Baśnie o szczęściu, nieszczęściu i o tym, co jest najważniejsze w życiu (loteria).

Wydane przez
Wydawnictwo WAM

Gdy byłam dzieckiem w moim domu pojawiła się książka. „Baśnie włoskie” miały pożółkłe kartki, twarde czarne okładki ozdobione wzorami w kolorze złota, nie miały grzbietu i były dla mnie najwierniejszą towarzyszką dzieciństwa.

Podobna estymą darzę baśnie zgromadzone i opracowane przez Elżbietę Zarych. Mam je już czas jakiś, podczytuję, niemalże głaszczę choć raz dziennie, z zachwytem podziwiam ilustracje i nieustannie pławię się w baśniowej atmosferze wędrując za bohaterami baśni przez cały świat.

Powrót do prostych prawd, do oczywistych przesłań, do dobra i zła wyraźnie rozdzielonego, wynagradzania i karania, miłości i przyjaźni, którym zbędny jest przydomek „szczera”, do natury, jedności człowieka ze światem zwierząt i przyrodą – tym wszystkim kuszą baśnie, do takiego świata zapraszają i choć nie obiecują tylko szczęśliwych rozwiązań, choć nie unikają trudnych tematów, ich urok pochłania, uzależnia, sprawia, że wiadomości telewizyjne stają się niestrawne, a rzeczywistość,  tylko pozornie ograniczona sztywnymi kartami okładki, otwiera przed nami nieskończony czas, nieskończoną przestrzeń i mądrość gromadzoną od wieków.
Pozostaję zauroczona, ba – uzależniona!

P.S. Autorka podzieliła baśnie według kontynentów, z których pochodzą, a każdy z nowych rozdziałów rozpoczyna kilkoma słowami komentarza nt. osadzenia terytorialnego przedstawionych baśni.

P.S. Posłuchajcie rozmów z Elżbietą Zarych: pierwsza, druga.

*   *   *

Zapraszam osoby chętne do otrzymania tomu baśni zebranych przez Elżbietę Zarych do zgłoszeń w komentarzach. Będzie mi miło poczytać o Waszych ulubionych baśniach. Losowanie odbędzie się w Poniedziałek Wielkanocny:)

Melissa Marr. Królowa lata.

Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Nastoletnia Aislinn na pierwszy rzut oka nie różni się od swoich rówieśników. Chodzi do szkoły, ma przyjaciółki, spotyka się z chłopakiem. I tylko jej babcia wie, że Aislinn jest Widzącą, tak jak ona i matka dziewczyny. Kobiety widzą wróżki ukrywające się przed spojrzeniami innych śmiertelników. Ponieważ nie jest to bajka  - wróżki nie są przyjaznymi, pełnymi opiekuńczości i troski wobec ludzi istotami, są tymi, których należy się wystrzegać i przed którymi należy czuć uzasadniony lęk.

Keenan, Król Lata, od wieków bezskutecznie poszukuje swojej królowej. Kolejne dziewczyny uwiedzione jego czarem staja się Pannami Zimy – zmienione w taką postać przez bezwzględną matkę Keenana, Królową Zimy.

Fala mody na zasiedlające literaturę młodzieżową postacie żyjące dotychczas tylko w bajkach dla dzieci rozlewa się coraz szerzej i znajduje rzeszę czytelników. Najwyraźniej wielu z nas potrzebuje ukrytej w takich opowieściach magii; odchodzimy od monstrów stworzonych przez oszalałych geniuszy, a powracamy do dawnych legend. Oczywiście prekursorem był Tolkien, ale po nim długo panowała cisza, a gdy teraz, u progu XXI wieku, okazuje się, że człowiek potrzebuje w coś wierzyć, a Bóg traktowany jest jak drobnomieszczańska skaza, ludzie szukają czegoś innego, w co mogliby wierzyć.

Być może strzelam z armaty do muchy doszukując się z tematyce literatury młodzieżowej tak głębokich kontekstów. Ale przyznacie - coś jest na rzeczy…

30 marzec 2010

Izabela Szolc. Naga.

Wydane przez
Wydawnictwo AMEA

Izabela Szolc odmienia kobiety przez wszelkie przypadki i określenia. Dokłada do neutralnego (przynajmniej w założeniu) określenia „kobieta” określenia: wdowa, dziwka, kochanka, zgwałcona, córka, matka, samotna, transs, święta. Opisuje kobiece losy, postacie znane szeroko i jednocześnie nieznane oraz nikomu nie znane, a jednocześnie podobne wielu innym kobietom.

Każda z bohaterek opowiadań Izabeli Szolc skupia się na sobie, dokonuje procesu wiwisekcyjnego na własnych doświadczeniach, a pokazując emocje pozwalają czytelniczkom utożsamiać się z nimi, znajdować w ich przeżyciach coś, co stać się mogło udziałem kobiet czytających teksty zgromadzone w tomie „Naga”.

Moją uwagę szczególnie przykuły opowieści o kobietach znanych z historii – wdowia relacja Marii Curie-Skłodowskiej i relacja o Oblubieńcu Świętej Teresy z Avila. Podkreślenie cech kobiecych badaczki i świętej sprawia, że staja się one bardziej ludzkie, a ich doznania łatwiejsze do oswojenia w myślach.

Pisanie Izabeli Szolc jest twarde, bezkompromisowe. Autorka bez sztucznego wstydu sięga po tematykę omijana przez grzeczną literaturę, przez ugładzone pisma; „Naga” jest kolczasta w wymowie i (nad)szczera w lekturze.

To moje pierwsze spotkanie z prozą Izabeli Szolc. Zadbam o to, by były kolejne.

SFFiH nr 54.


Lektura kwietniowego numeru SFFiH pochłoneła mnie na całe popołudnie. Z zainteresowaniem przeczytałam  wymianę opinii Panów Krzysztofa Sokołowskiego i Jarosława Grzędowicza, prześledziłam listy utworów startujących po nagrodę Nautilius 2009 i popadłam w teksty zamieszczone w piśmie.

"Autodafe" Pawła Kornewa zmroziło mnie nie tylko porą roku w jakiej osadzona jest akcja opowiadania, "ABC Zwycięzca" Aleksandra Kusza skłoniło do myślenia nad kobiecą naturą, "Święty z Issyk-Kul" Marcina Wełnickiego dał powód do rozważań o przyczynach epidemii, "Diabeł z Zasławia" Adama Adilewa burzący schematy pracy KGB razbawił. Urządzenie alarmowe opisane przez Magdalenę Wojtalewicz w opowiadaniu "S.T.R.A.H." wydawało mi się tak rzeczywiste, jak bohaterce tegoż opowiadania doświadczenia będące wynikiem eksperymentu.

Steve Feasey. Wilkołak. Dlaczego ja?

Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Trey Laporte, wychowanek domu dziecka, budzi się w swoim pokoju, który jednak w niczym nie przypomina zadbanej, nieco bezosobowej sypialni – pokój jest zdemolowany, ubrania chłopaka zniszczone, a on sam czuje się poobijany. Tego samego dnia pojawia się ktoś, kto – podając się za wuja chłopca – zabiera go z sierocińca do swego domu i oznajmia zszokowanemu Treyowi, iż chłopak jest czystej krwi wilkołakiem. Wilkołakiem, którego istnienie zagraża potężnemu wampirowi.

Nie da się nie zauważyć w książce Steve’a Feasey’a inspiracji najsłynniejszym współczesnym cyklem o chłopcu sierocie, czyli o Harrym Potterze. Zbieżność fabuły jest aż nadto oczywista i niestety zamiast pozwolić swobodnie poznawać przygody Treya w nieznanym mu świecie, kieruje uwagę czytelnika na porównywanie historii obydwu bohaterów.

Ciekawe, czy Autor w kolejnych tomach opowieści o wilkołaku poprowadzi Treya oryginalna ścieżką literacką.

29 marzec 2010

Anne Fadiman. W ogóle i w szczególe. Eseje poufałe.

Wydane przez
Wydawnictwo Znak

Cudowną cechą pisania Anne Fadiman jest to, że Autorka pisze do czytelników jakby byli jej dobrymi znajomymi, nadając swoim przenoszonym na papier słowom nutkę familiarności. Nie dziwi zatem – wobec takiego stylu pisarskiego – podtytuł książki, w której Anne Fadiman (jak tłumaczy w „Przedmowie”) chce złożyć hołd zapomnianej formie literackiej -  esejom poufałym i zawalczyć o ich docenienie.

Autorka przywołuje w kolejnych esejach Dickensa, Nabokova, Lamba, Stefanssona, którzy oprócz pisania zajmowali się rzeczami, które fascynują także Faidman. Nie unika również tematyki bardziej osobistej – w tekście zatytułowanym „Poczta”, wychodząc od uzależnienia swego ojca i swojego od przesyłek pocztowych, dokonuje przeglądu historii poczty włącznie ze współczesnym sposobem słania listów, czyli pocztą elektroniczną. Esej „Z życia sów” mówiący o różnicach w funkcjonowaniu w ciągu doby ludzi, uświadomił mi, że nie należę ani do „skowronków”, ani do „sów”, tylko do tak zwanych przeciętnych (jest ich ośmioro na dziesięć osób), dla których optymalną porą wstawania jest 7:30. Tekst o przeprowadzkach rozbawił mnie do łez, bo chyba każdy kto kiedykolwiek się przeprowadzał, zna bolączki i zachwyty tego stanu, a po odpowiednim od przeprowadzki czasie umie się z tego śmiać.

Znajdziemy tu eseje o znaczeniu flagi narodowej, o kawie, podróżach arktycznych i wojnach kulturowych. Zapewne każdy z czytelników odnajdzie w pisaniu Anne Fadiman coś dla siebie.

Cieszę się, że miałam okazję przeczytać Ex libris tej Autorki i zauroczona lekturą sięgnęłam po kolejną jej książkę. Prawdziwa uczta!

*   *   *

Melissa De La Cruz. Błękitnokrwiści. Tom 1.

Wydane przez
Wydawnictwo Jaguar

Nowy Jork. Olbrzymie wpływy i równie wielkie pieniądze. Szkoła dla bogatych dzieciaków, które płacą wiele, by wyglądać jakby ich ubrania były bardzo podniszczone, a oni sami albo lekko zużyci życiem albo – i tu raczej mowa o dziewczętach – jakby wyszły prosto z salonu kompleksowej odnowy biologicznej połączonego z garderobą nasyconą ciuchami od najlepszych projektantów. Gdy jedna z nastolatek umiera powstaje medialny szum, a sporo jej koleżanek dostaje zaproszenia na spotkanie Nowojorskiego Komitetu Banku Krwi. Wśród nich jest Schuyler, odstająca od innych uczniów zachowaniem, strojem i upodobaniami dziewczyna wychowywana przez babkę. Spotkanie przynosi rewolucyjną zmianę z życiu Schuyler – dowiaduje się, że jest wampirem. Wampirem jak najbogatsi i najbardziej wpływowi mieszkańcy Nowego Jorku, niektórzy  jej kolegów i koleżanek…

Autorce  nie sposób odmówić umiejętności zgrabnego pisania. Ani się spostrzegłam, gdy już zaangażowałam się w doświadczenia Schuyler, w jej przyjaźń z Oliverem, próby zrozumienia swego dziedzictwa i przeszłości rodu. Bohaterka, pozostająca w opozycji do młodych bogatych i uważających, że te dwie cechy dają im prawo do wywyższania się ponad innych, uważa, że warto czerpać z przeszłości, że nie tylko teraźniejszość się liczy.

Powieść o Błękitnokrwistych przeniosła mnie w miły, ekskluzywny świat wampirów. Świat fascynujący na tyle, by z przyjemnością sięgnąć po kolejny tom opowieści, którą Wydawnictwo zapowiada na maj.

P.S. Blog poświęcony serii.

28 marzec 2010

David Almond. Skrzydlak.

Wydane przez
Wydawnictwo Zysk i S-ka

Warto zacząć od informacji, że w połowie marca David Almond został laureatem Nagrody im. Hansa Christiana Andersena zwanej Małym Noblem. I od tego, że na podstawie "Skrzydlaka" zrealizowano przedstawienie teatralne, operę i film

Michael przeprowadza się wraz z rodzicami do nowego domu. Dom wymaga wiele zmian i kiedy wszyscy pracują chłopiec odkrywa w zaniedbanym ogrodzie altanę podupadłą ze starości. Gdy mimo ostrzeżeń taty wchodzi do chwiejącej się budowli znajduje w niej Osobę - zniszczonego, wychudłego, owiniętego pajęczynami mężczyznę. W tym samym czasie na świat przychodzi - nieco zbyt wcześnie - siostra Michaela, a jego rodzice zaczynają spędzać z Małą coraz więcej czasu w szpitalu. Nowe miejsce jest okazją do nowych znajomości - Michael poznaje Minę, rówieśniczkę z sąsiedztwa.

Choroba Małej, obecność Skrzydlaka i przyjaźń z Miną splatają się w dziwną i niesamowitą codzienność chłopca. Dzięki Minie zgłębia świat zwierząt, dowiaduje się o rzeczach, których nie poznałby w szkole (dziewczynka uczy się w domu, z mamą), wystawia na próbę zaufanie, miłość, wiarę.

"Skrzydlak" to dziwna opowieść - wieloznaczna, z poukrywanymi wśród treści znaczeniami, nad którymi zastanowiłby się niejeden dorosły. Czy zatem jest to książka dla dzieci? Myślę, że tak, że David Almond stworzył literaturę nieograniczoną wiekiem czytelnika, napisał opowieść (aż chciałoby się powiedzieć, że spisał opowieść wyszeptana przez sowy, kosy lub koty), której znaczenie uzależnione jest wyjątkowo silnie od czytelnika, od tego, ile z przekazanych przez Autora słów czytelnik będzie chciał zrozumieć, ile do siebie dopuścić, w ile uwierzyć.

"Skrzydlak" jest opowieścią magiczną zachęcającą do tego, by wierzyć. W Kogo? W Co? Zdecydujecie sami.

Anna Walenciak-Topiłko. Głos jako narzędzie.

Wydane przez
Wydawnictwo Harmonia

Autorka będąca między innymi Kierownikiem Podyplomowego Studium Emisji i Higieny Głosu UG w swojej książce wyjaśnia jak powstaje głos, omawia zaburzenia głosu, ostrzega przed niewłaściwym z głosu korzystaniem i lekceważeniem niepokojących objawów, radzi jak o głos - narzędzie komunikacji, a dla wielu pracy - dbać i dzieli się szeregiem ciekawych, a zarazem sprawdzonych ćwiczeń przygotowujących do prawidłowej pracy głosem.

Przyznam szczerze, że część opisującą fizjologię powstawania głosu potraktowałam po macoszemu, gdyż opisy wszelkich wnętrzności człowieczych budzą we mnie obrzydzenie. Ale za to rozsmakowałam się we wspomnianych powyżej ćwiczeniach. Bo jakże się w nich nie rozsmakować, gdy ćwicząc poprawna wymowę głoski "e" mamy powtarzać: "Elokwentna Ewelina epatuje emocjami Ekwadorczyków", a dbając o właściwe wymawianie "y" powinniśmy odczytywać "Pyszałkowaty pyszczek pysznił się wybitnymi wynikami, ryzykownie prychając". Nie mniej urocze są wierszowane tekściki"

"Cia, cie, ci
ciepło mi;
uciu, eci,
bocian leci; 
być, boć, bać
mało płać!"

Nie będę już cytowała "Śniącego śledzia", "Sennego blefu", czy "Czekolady z czosnkiem", bo przekonana jestem, iż już po tym, co przytoczyłam przekonaliście się, że uświadomienie sobie roli głosu i dobrej nim pracy może przynieść miłą i zabawną konieczność ćwiczeń.

Dobrze, że trafiłam na te książkę - zaczynam ćwiczyć!

Michael Skakun. Scenariusz ocalenia.

Wydane przez
Wydawnictwo W.A.B.

Józef Skakun to nowogródzki Żyd. W przedziwny sposób udało mu się uniknąć zagłady jaka rękoma Niemców spadła na jemu najbliższych, a także na wszystkich Żydów w Europie. Zmieniając tożsamość uciekał przed śmiercią, lecz w tej walce o własne życie zmagał się wciąż, codziennie od nowa, ze strachem, lękiem, osamotnieniem, wyobcowaniem. Historia Józefa nosi znamiona historii prawdziwie tragicznej - zaprzeczając własnemu pochodzeniu nauczył się jak być muzułmaninem, a bojąc się, że ktoś odkryje mistyfikację, musiał zdecydować o wstąpieniu do Waffen SS.

Józef bał się, że jego pochodzenie zdradzą słowa, że majaki senne obudzą czujność współlokatorów, unikał osób, które znał zanim stał się Stefanem Osmanowem nawet jeśli spotkanie z tymi osobami mogło mu przynieść wiedzę o życiu lub śmierci bliskich. Wiedział, że nie może się zakochać, że nie może uznać nikogo za przyjaciela godnego zwierzeń.

Podziwiam Józefa i jednocześnie głęboko zastanawiam się na tym, co pozwoliło mu przeżyć, znaleźć siłę by dokonać tego, czego dokonał. Współczuję mu owego tragicznego wyboru między śmiercią, a zdradą zamordowanych bliskich.Współczuję tym bardziej, że Józef Skakun nie uwolnił się od przeszłości już nigdy. Swojemu synowi powiedział: "przeszłość to taki kraj, z którego człowiek nie może wyemigrować".

Opowiadający historię ojca, Michael Skakun, osadza ją w kontekście historyczno-kulturowym, przedstawia poglądy ówczesnych rządzących, podkreśla bestialstwo świata, który w spokoju kibicował nazistom w czyszczeniu Europy z Żydów.

"Scenariusz ocalenia" to książka przejmująca, przekazująca olbrzymi ładunek emocji w spokojny wyważony sposób. Sposób, który sprawia, że wydarzenia jakie stały się udziałem Józefa Skakuna, zapadają mocno w pamięć.

Wpis niedzielny

Wraz z przybyciem wiosny wrócił mi zapał do książek. Od piątku nic tylko czytam, czytam... Skutek tego taki, że na zrecenzowanie czekają:
Zbliża się pierwszy dzień kolejnego miesiąca, czyli dzień, w którym można wyrazić chęć przygarnięcia książki jaką zaproponuję:) Tym razem zachęta do udziału w loterii pojawi się w ostatni dzień miesiąca, 31 marca - zapraszam!
*   *   *
Pod koniec lutego, podczas spotkania autorskiego Katarzyny Enerlich, wydarzyło się coś szczególnie dla mnie miłego - od jednej z Pań obecnych na spotkaniu, Pani, która podczytuje dokonania lokalnego Dyskusyjnego Klubu Książki i która przez stronę klubu dotarła do mojego bloga, dostałam w prezencie robione przez nią kartki wielkanocne. Nie byłam w stanie się z nimi rozstać, nie powędrowały zatem do nikogo, a z dopisaną ołówkiem datą na odwrocie trafiły do mojej szuflady na skarby. Dziękuję Pani przepięknie za pamięć i serdecznie pozdrawiam :)

*   *   *
Od pewnego czasu podczytuję informacje o targach książki w Warszawie. O dwóch konkurencyjnych imprezach. Uważam, że im większa konkurencja tym lepiej, ale dlaczego terminy spotkań targowych są tak od siebie nieodległe? Piszę z punktu widzenia maniaka książkowego, czyli punktu widzenia ściśle egoistycznego, i nie mogę oprzeć się przekonaniu, że oddalenie w czasie imprez książkowych wyszło by na dobre wszystkim zainteresowanym. A jaka jest Wasza opinia?

Artykuł w Gazecie
Warszawskie Targi Książki
Ars Polona

P.S. Swoją drogą rok temu trudno było znaleźć na stronie Ars Polony informacje o targach, a teraz proszę - są na głównej stronie;)

26 marzec 2010

Danuta Noszczyńska. Mogło być gorzej.

Wydane przez
Wydawnictwo Philip Wilson

Książka Danuty Noszczyńskiej "Mogło być gorzej" opisuje życie trzydziestokilkuletniej Julii, matki dwóch córek, żony męża wyjeżdżającego do pracy za granicę i pracownicy domu kultury. Nowy szef torpeduje dotychczasowe dokonania Julii i jej koleżanek, nastoletnia córka buntuje się, bo takie jest prawo nastolatek, młodsza córka popada w dewocję, a Jackowi ktoś śle sms-y o niepokojącym zachowaniu jego żony.

Świat kobiety próbującej pogodzić pracę i życie opisany jest w ciepły, acz humorystyczny sposób. Autorka ma zdolność przeobrażania codzienności, która z racji szaleńczego pędu w jaki musi popaść bohaterka by sprostać wszelkim czekającym ją zadaniom, może być irytująca, w opowieść o dużej dawce ironii i dającą możliwość miłego i nie bezmyślnego spędzenia czasu.

Julia skojarzyła mi się z widzianą gdzieś uwspółcześnioną boginią o wielu rękach - sprząta, gotuje, dogląda królika podrzuconego na wieczne nieoddanie przez przyjaciółkę, której ów królik zjadł fragment pracy doktorskiej, tłumaczy się w szkole Antosi z alkoholizmu męża, który jako żywo alkoholikiem nie jest, opracowuje z dziećmi nową sztukę teatralną tłumacząc, że inny nie musi znaczyć gej lub Murzyn, wzrusza się albumem o rodzinie zrobionym przez młodsze dziecko, w panicznym pędzie porządkuje mieszkanie przed przyjazdem matki, w balowej sukni próbuje dociec przyczyny nieruchawości auta... Julia podobna jest do wielu z nas - zabieganych, z pasjami, rodziną, pracą, z tym wszystkim co robimy i co jeszcze chciałybyśmy zrobić. I pewnie dlatego obudziła moją wielką sympatię.

Spróbuję innych książek Danuty Noszczyńskiej - dobrze napisana (dobrym językiem) książka zapewniająca lekkie popołudnie jest lekturą, którą zawsze warto mieć pod ręką, na wypadek trudnego dnia.

P.S. Tu można pobrać fragment.

Frederick Copleston. Historia filozofii. Tom 3. Tom 10.


Wydane przez
Instytut Wydawniczy PAX


Frederick Copleston (1907-1994) to jezuita, historyk filozofii, autor jednej z najbardziej cenionych historii filozofii. Znany jest również z tego, że w roku 1948 wziął udział w debacie z Bertrandem Russellem emitowanej przez Radio BBC (tu jest link do zapisu tej debaty, a także do nagrania: tekst oraz nagranie są w języku angielskim; mam tę debatę wydrukowaną po polsku, ale strony, na której znalazłam zapis już nie ma).

"Historia filozofii" Coplestona to znakomite dzieło. Ważne, że Copleston objął całość historii filozofii, przy czym chodzi oczywiście o filozofię Zachodu - zaczął od Grecji i Rzymu, a zakończył na pozytywizmie logicznym i egzystencjalizmie. Bardzo lubię Coplestona, cenię jego klarowny styl, podziwiam ogromną erudycję, a znam tego autora nie tylko z "Historii filozofii" ale też z książki "Religia i filozofia" (PAX 1978). Copleston, poza wszystkimi atutami, w swojej "Historii filozofii" robi kapitalne wstępy i pisze różne inne dodatki. Najbardziej lubię wstęp do czwartego tomu, poświęconego Kartezjuszowi, Spinozie i Leibnizowi, w którym omawia postacie najsłynniejszych przedstawicieli filozofii racjonalistycznej, ale nie tylko, bo rysuje szerokie tło tamtych czasów, nawiązując do odpowiednich kontekstów z przeszłości, no. do myśli scholastycznej. W trzecim tomie z kolei - "Od Ockhama do Suareza" - Copleston na początku daje świetne wprowadzenie pisząc o wiekach trzynastym i czternastym, a także o filozofii renesansu, na końcu natomiast robi znakomity przegląd trzech pierwszych tomów. Z tych niejako dodatkowych tekstów Coplestona, które opublikował we wszystkich tomach swojego dzieła, można złożyć świetną książkę :-)


W trzecim tomie  centralna postacią jest dla mnie Ockham, którego Copleston przedstawia na prawie 70 stronach bardzo ciasnego druku - daje to niejakie pojęcie o tym, jak rzetelnie autor wykonał swoje zadanie. Co prawda Giovanni Reale w drugim tomie swojego dzieła Platonowi i Arystotelesowi poświęca prawie 600 stron, jednakże Reale napisał historię filozofii starożytnej.

Dziesiąty tom Coplestona to wielka gratka, bowiem poświęcony jest filozofii rosyjskiej, która z pewnością jest zapoznana, na co złożyło się mnóstwo przyczyn. Copleston pisze o Dostojewskim, Bierdiajewie, o Szestowie, prezentuje marksizm omawiając sylwetki m.in. Plechanowa i Lenina, a także przedstawiając rozwój, czy raczej upadek marksizmu w Związku Sowieckim.

W zakończeniu przedmowy do tomu dziesiątego, Copleston pisze takie zdanie: "Autor żywi z pewnością nadzieję, że dojdzie do całkowitego ustanowienia w Związku Radzieckim wolności wyrazu myśli filozoficznej". Biorąc pod uwagę fakt, że tom powstawał na początku lat osiemdziesiątych XX wieku, z pewnością trzeba docenić intuicję Coplestona, bowiem w tamtych czasach niewielu było ludzi mających podobną intuicję, czy może - jak napisał Copleston - nadzieję.

*   *   *

25 marzec 2010

Alasdair MacIntyre. Czyja sprawiedliwość? Jaka racjonalność?

Wydane przez
Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne

W książce "Trzy antagonistyczne wersje dociekań moralnych" MacIntyre opisał trzy tradycje podejścia do dociekań moralnych: tomizm, tradycję encyklopedii oraz tradycję genealogii. Autor opowiedział się za tomizmem i szczegółowo wyjaśnił swój wybór. Wcześniej MacIntyre opublikował książkę "Czyja sprawiedliwość? Jaka racjonalność?". W tej książce z kolei, pokazując idee dotyczące sprawiedliwości oraz racjonalności, opisuje cztery tradycje. Pierwszą jest tradycja wywodząca się od Homera i Arystotelesa, poprzez myślicieli arabskich oraz żydowskich, obejmująca św. Alberta i św. Tomasza z Akwinu. Tradycja druga wiedze od Biblii, poprzez Augustyna i także dociera do Tomasza. Trzecia tradycja ma swoje źródła w szkockim Oświeceniu. I wreszcie tradycja czwarta - liberalizm.

Mówiąc najogólniej, MacIntyre'owi chodzi o to, że każda z tych tradycji ma swój własny aparat pojęciowy, swoje kryteria, swoje rozumienie tego, czym jest racjonalność itd. - każda z tych tradycji jest wielką narracją. Kłopot polega na tym, że te wszystkie tradycje nie mogą się porozumieć, chociażby dlatego, że każda z nich inaczej zdefiniuje warunki skutecznego dialogu. MacItyre szuka co prawda możliwości takiego porozumienia, ale czy znajduje, to nie wiem :-) Trudno jest opowiedzieć precyzyjnie, o czym jest ta książka, bo to dzieło obszerne, a poza tym, autor prezentuje niesłychaną erudycję i myslę, że każdy znajdzie tam rzeczy, o których nie wiedział. Zanim MacIntyre dojdzie do Hume'a, to pisze tyle na temat szkockicj myślicieli, że materiału wystarczyłoby na całe semestr wykładów :-)

Pisarz ma świetny warsztat, znakomite pióro. Potrafi w kilkunastu słowach zawrzeć mnóstwo treści. Pisze na przykład: "Najważniejszym składnikiem porządku liberalnego jest poszukiwanie rozwiązań konfliktów nie w ramach samych tych debat, ale w werdyktach, na których opiera się cały system prawny. Kapłanami liberalizmu są prawnicy, a nie filozofowie".

Bardzo lubię MacIntyre'a, niezależnie od tego, czy chcę przyklasnąć jego tezom, czy też się z nim pokłócić :-)
 

24 marzec 2010

Kazimierz Orłoś. Bez ciebie nie mogę żyć.

Wydane przez
Wydawnictwo Literackie

Autor w tekście zamieszczonym na okładce napisał o swoich opowiadaniach tak: (...) [literatura] umiera przecież bez narodzin, miłości, śmierci, wierności, niewierności i jeszcze - tak ważnych dla nas - wiary i nadziei".

Niestety, ja w opowiadaniach Kazimierza Orłosia nadziei nie widzę. Widzę agresywnego męża, który w zamroczeniu alkoholowym tak bardzo kocha żonę, że jedynie dźgnięty nożem przestaje jej wygrażać. Widzę dzieci odbierane ojcu, którego żona woli od rodzinnego domu towarzystwo pijanych meneli pod wiejskim sklepem. Widzę ojca i syna podczas spływu kajakowego poniżonych przez młodych osiłków o minimalnym wręcz intelekcie. Widzę kapusi, wiarołomną żonę tłumaczącą się, iż zdrada nie była zdradą a gwałtem i kobietę, która chcąc ukryć swojego syna przed policją oblewa mundurowych gorącą zupą.

Doceniam kunszt jakim cechuje się proza Orłosia. Jego opowiadania przypominały znane wszystkim z lektur szkolnych nowele pozytywistyczne. Jednak nie mogę już czytać - przynajmniej nie teraz - o tzw. biednych ludziach.

*   *   *

Dziś o 17 będę na spotkaniu z Kazimierzem Orłosiem. Ciekawa jestem tego spotkania.


*   *   *
Po spotkaniu:

Kazimierz Orłoś opowiedział zebranym o początkach swojej literackiej drogi, o kłopotach z cenzurą, o zapisie na jego nazwisko i tym, co zmieniło się w jego pisarskim życiu do roku 1990. Przeczytał trzy swoje opowiadania. Pytany o brak nadziei odpowiedział tak, że już wiem jak różne mogą być definicje "nadziei":) Ja uparcie postrzegałam wątki całościowo i nie widząc normalnej przyszłości (ktoś dociekliwy mógłby mnie przepytać, co przez to rozumiem) dla bohaterów opowiadań Orłosia, nie widziałam też nadziei. Autor  przekonywał mnie jednak, że choćby w tytułowym opowiadaniu, zapijaczony i agresywny mąż przychodząc po żonę do domu jej ojca miał nadzieję, że ona z nim pójdzie, a ona miała nadzieję, że jej mąż, zraniony przez ojca, żyje. Przyznacie - rozdźwięk między nadzieją Pana Orłosia, a moją jest kolosalny. Pytałam też o bohaterki kobiece, które albo są katowane przez mężów albo zostawiają mężów z dziećmi w ręku i oddają się rozpuście w towarzystwie wiejskich pijanic spod sklepu, albo są nieobecne. Pan Orłoś odrzekł, że on jest realistą i jeśli zarzuciłabym mu, iż takie kobiety nie istnieją to byłoby to dla niego powód do zmartwienia. Skoro jednak nie stawiam takiego zarzutu, to powinnam przyjąć, że on opisuje rzeczywistość taka jaką ona jest. Inaczej pisać nie umie.

Nie mogłam zostać do końca spotkania. Nie mam zatem autografu.

Patrick Carman. Dolina szkieletów.

Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Miasteczko, które niegdyś nazywało się Linkford od 1959 roku zwane jest Doliną Szkieletów. Dlaczego zmieniono nazwę? Te i inne zagadki związane ze złotem, duchami, śmiercią i diagramem alchemika próbują rozwikłać Sarah i Rayan. O ile namiętnością chłopaka jest zapisywanie wszystkiego, próby przekuwania codzienności w opowiadania, to już Sarah zauroczona jest filmowaniem i tym jakie kamera otwiera możliwości.

Książka przybiera postać dziennika Ryana, w którym chłopiec notuje wszelkie informacje nt interesujących Sarah i jego zdarzeń, hasła do filmów jakie jego przyjaciółka publikuje w sieci na stronie dolinaszkieletow.pl oraz swoje obawy, wątpliwości, lęki związane z odkrywaną tajemnicą.

Dopełnieniem książki jest wspomniana strona internetowa i filmy na niej zamieszczone. To interesujący pomysł, choć dla mnie – zdecydowanie nie będącej targetem tego typu multimedialnych projektów – dość karkołomny. Ja, staroświecko kochająca książki, lubię by słowami budowano nastrój w powieści. Młodsi czytelnicy – przyzwyczajeni do wszechobecnej komunikacji medialnej – z pewnością docenią pomysł Autora i z niecierpliwością czekać będą na kolejną książkę Patricka Carmana.

P.S. Bardzo podoba mi się graficzna strona książki.

23 marzec 2010

François Euvé. Darwin i chrześcijaństwo.


Wydane przez
Wydawnictwo WAM

Po tytule wydawać by się mogło, że jest to książka o relacji między darwinizmem i chrześcijaństwem i François Euvé rzeczywiście pisze na ten temat, ale moim zdaniem nie jest to temat główny. Autor przede wszystkim przystępnie przedstawia główne idee teorii ewolucji w wydaniu darwinowskim, przypominając przy okazji intuicje innych ludzi dotyczące ewolucji, w tym przede wszystkim ideę Lamarcka. Euvé daje nam świetny referat na temat tego, jak teoria ewolucji była przyjmowana w czasach Darwina i później, przedstawia nam także sylwetkę samego Karola Darwina, często sięgając po fragmenty jego pism.

To, jak Euvé przedstawił Darwina, a przede wszystkim fragmenty tekstów brytyjskiego uczonego, mogą być dużą niespodzianką dla tych, którzy dzieło Darwina znają jedynie z drugiej, albo nawet trzeciej ręki, czyli z gazet, z dyskusji prowadzonych w Internecie i, niestety, ze szkoły.

Euvé porusza wiele fundamentalnych kwestii. Przytacza zarzuty stawiane darwinowskiej teorii ewolucji i znakomicie odpiera te, które są niezasadne - stwierdza np., że zarzut polegający na tym, iż Darwin nie wyjaśnia pochodzenia życia, jest zarzutem skierowanym pod złym adresem. Kolejnym ważkim tematem jest kwestia tego, jak rozumie się ewolucję. Euvé pokazuje, że wielu ludzi terminów "ewolucja" i "postęp" używa zamiennie, co jest błędem. I tu idzie cytata ze Stephena Jaya Goulda, ikony ewolucjonizmu: "Postęp jest ideę szkodliwą, niesprawdzalną, nieskuteczną i niemożliwą do opracowania, którą należy zastąpić, jeżeli chcemy pojąć procesy historyczne".

Bardzo ważny jest rozdział zatytułowany "Prawdziwi i fałszywi spadkobiercy", w którym autor podkreśla, że teoria ewolucji łatwo daje się zastosować do innych dziedzin niż biologia, a przynajmniej wielu ludzi dokonywało i dokonuje nadal nadużycia, próbując nadać ewolucyjny charakter procesom nie mającym nic wspólnego z transformacją gatunków. Euvé pokazuje chociażby, że to, co powszechnie nazywa się "darwinizmem społecznym", powinno być określane mianem "spenceryzmu".

Rozdział o Pierre Teilhardzie de Chardin moim zdaniem został dołączony trochę na zasadzie kwiatka do kożucha, ale niech tam, w końcu jezuita napisał o jezuicie :-)

20 marzec 2010

Bill Brynson. Ani tu, ani tam. Europa dla początkujących i średniozaawansowanych.


Wydane przez
Wydawnictwo Zysk i S-ka

Mieszkający od 1977 roku w Anglii Amerykanin postanowił zwiedzić Europę, podobnie jak uczynił to będąc nastolatkiem. Zaplanował trasę wiodącą od najdalej wysuniętego na północ miasta w Europie do Stambułu leżącego u wrót Azji. Wędrował w 1990 roku, a jego wrażenia z podróży wydano rok później (to informacja ważna ze względu na czynione przez Autora obserwacje).

Bill Brynson jest krytyczny. Czasami owa krytyka budzi zaciekawienie i nasuwa pytanie o to, jak Autor skomentowałby dzisiejszą Europę, czasami budzi śmiech, a czasami jego refleksje są uderzająco celne i złośliwe.

Przy rozdziale o Francji spłakałam się ze śmiechu. Informacje o EWG pozwalały na uświadomienie sobie ogromu marnotrawstwa. A zestawienie owych informacji z wiadomościami bieżącymi nt. funkcjonowania całej rzeszy urzędników w Brukseli kusi konstatacją, że u progu lat dziewięćdziesiątych niektórzy mieli skrupuły w korzystaniu z pieniędzy. Szwajcaria sportretowana przez Brynsona wydaje się być przerażająco nudna, a mieszkańcy Włoch znużeni turystami i niezainteresowani własnym krajem.

Czekałam niecierpliwie na rozdziały poświęcone Jugosławii i Bułgarii, ale przyznam, że nieco się podczas ich lektury rozczarowałam. O ile wcześniej Autor snuł błyskotliwe rozważania dotyczące klimatu i atmosfery odwiedzanych miast, tak w przypadki Splitu, Sarajewa, Belgradu i Sofii oparł się głównie na wspomnieniach z pierwszej podróży odbywanej na początku lat siedemdziesiątych. Zastanowiłam się nad przyczyną takiego potraktowania Jugosławii i Bułgarii i uświadomiłam sobie, że tak naprawdę były to tylko dwa kraje, których zaliczyć nie można do Europy Zachodniej, kraje stawiające pierwsze kroki na drodze ku normalności, kraje, które nie miały czym uwieść turysty, bo nie turystyka była im w głowie.

Książka Billa Brynsona zabiera nas w podróż po Europie, która pozwala na odkrycie „że świat jest tak niezwykle różnorodny, że istnieje tak wiele różnych rozwiązań zasadniczo identycznych czynności, takich jak jedzenie, picie, czy kupowanie biletów do kina (…), że w Europie nie można być niczego pewnym.”

Katja Reider, Jutta Bucker. Rozalia i Trufel. Opowieść o miłości. Trufel i Rozalia. Opowieść o szczęściu.

Wydane przez
Wydawnictwo Cyklady

Opowieść o Rozalii i Truflu jest metaforycznym przedstawieniem prostej, a zarazem szalenie skomplikowanej, sytuacji życiowej. Obydwoje marzą: Rozalia o miłości, Trufel o szczęściu, ale gdy się spotykają okazuje się, że łączą ich marzenia, że są dla siebie wzajemnie spełnieniem marzeń.

Gdy jednak wracają do przyjaciół ci – zamiast podzielić szczęście zauroczonych sobą Rozalii i Trufla – objaśniają im jak działa świat. Tłumaczą, że są nikim i muszą o siebie zadbać, by stać się atrakcyjnymi dla drugiej płci. Objaśniają, że nie można zakochiwać się w pierwszym lepszym, dać się omotać i zniewolić ledwie co poznanej osobie. Wtłaczają im w głowy stereotypy, w które najprawdopodobniej wierzą, ale które nie przybliżają bohaterów opowieści do spełnienia marzeń.

Autorka za pomocą prostej historii pokazuje niszczącą siłę stereotypów. Pokazuje jak inni ludzie – jeśli tylko pozwolimy im przejąć kontrolę nad naszym życiem – są w stanie skrzywdzić nas przekonując, że robią to troszcząc się o nasze dobro.

To bardzo mądra książka.

Ian Rankin. Memento mori.

Wydane przez
Wydawnictwo Albatros

Czas jakiś temu zachęcona pozytywnymi opiniami o książkach Rankina sięgnęłam po jedną z nich (tytułu nie pamiętam) i po cząstkowej lekturze odłożyłam powieść bez zainteresowania. Minęły ze dwa lata i zachęcona przez tę sama koleżankę – wielbicielkę Rankina – pożyczyłam „Memento mori”.

Po trzech dniach lektury, po trzech dniach, podczas których dobiłam zaledwie do połowy książki uznałam, że nie po drodze mi z Rankinem i Johnem Rebusem, bohaterem jego powieści. Akcja, o ile tak można powiedzieć, znużyła mnie i nawet to, że ktoś morduje gwałcicieli wychodzących z więzienia, a śledztwo toczy się w czasie, w którym w Edynburgu odbywa się szczyt G8, nie wzbudziło mojego zainteresowania losami śledczych, antyglobalistów i samego śledztwa.

Trzeci raz nie podejmę próby. 

Wojciech Widłak, Paweł Pawlak. Podręczny NIEporadnik. Grzebień.

Wydane przez
Wydawnictwo Czerwony Konik

Już po lekturze NIEporadnika o młotku przekonałam się, że duet Widłak&Pawlak tworzą rzeczy warte tego, by się z nimi zapoznawać. Po przeczytaniu i obejrzeniu NIEporadnika dotyczącego grzebienia utwierdziłam się w tym  przekonaniu.

Profesor Kurzawka i Adiunkt Kwas wiodą czytelników przez meandry nauki tłumacząc rzeczywistość w nader pokrętny sposób. Przedmioty codzienne, których zastosowanie jest zazwyczaj powszechnie znane ukazują w odmiennym od dotychczasowego świetle przedstawiając szerokiej publiczności czynności jakim owe – a tym przypadku grzebień – nie służą.

Zachwyca mnie pomysłowość Autorów. Bo choć wiadomo, że przepychanie rur za pomocą grzebienia skazane jest na brak sukcesu, to sama propozycja związana z tym, że ktoś mógłby próbować zestawić grzebień i rury w całość mającą przynieść dobry skutek, wymaga - moim zdaniem - bogatej wyobraźni. Podobnie jak supozycja dotycząca „bronowania pól uprzednio zaoranych”;) 

Ekwilibrystyka umysłowa widoczna w pracy naukowej profesora i adiunkta wydaje się być czerpana z wielu różnych zachowań ludzkich, które wyróżniane są Nagrodami Darwina. Abstrakcyjność będąca cechą wyróżniającą pracy Widłaka i Pawlaka jest urocza i uzależnia. Chce się czytać i oglądać coraz więcej „NIEporadników”.

17 marzec 2010

Marta Dzido. Małż.


Wydane przez 
Korporację ha!art

W drugiej połowie kwietnia będę miała możliwość uczestniczenia w spotkaniu z Panią Martą Dzido. Z tego też powodu postanowiłam poznać jej książki. Zaczęłam od "Małża", a zamierzam jeszcze zerknąć do "Śladu po mamie".

Bohaterką "Małża" jest młoda kobieta. Mieszka z chłopakiem, którego poznała niedawno. Znajomość niespecjalnie porywająca zmierza ku ceremonii ślubnej, bo wydaje się, że ślub stanowi ukoronowanie tego, co między Magdą a Mateuszem istnieje, a właściwie dogorywa. Mateusz dystansując się od bezrobotnej narzeczonej niemalże nocuje w pracy (lub poza nią, ale nie w domu), a codzienność Magdy składa się z coraz powolniej płynących dni, z burych ciuchów, z których trzeba rezygnować idąc na kolejną rozmowę kwalifikacyjną. Rozmowę, która jeśli nawet przyniesie efekt w postaci pracy, nie stanowi wcale o tym, że owa praca będzie czymś przystającym do bohaterki "Małża".

Gdy doczytywałam już powieść dowiedziałam się, że istnieją dwie wersje. Ja miałam optymistyczną. Przez ostatnie kilkanaście stron zastanawiałam się jak brzmi pesymistyczne zakończenie.

"Małż" niepokoi, pobudza do myślenia, odsłania drugie dno kontaktów między ludźmi, zdejmuje maskę konwenansów ze zdarzeń codziennych. 

Na spotkanie z Autorką czekam niecierpliwie.

P.S. Chciałabym zobaczyć "Downtown, czyli Miasto Downów" Matry Dzido. Może wiecie gdzie można?

Andrzej Wróblewski. Przejażdżka po Rosji.


Wydane przez
Wydawnictwo Zysk i S-ka

Książka Andrzeja Wróblewskiego to zapis wspomnień Marka Z. Wspomnień specyficznych, bo z działalności handlowo-biznesowej prowadzonej w Rosji oraz pomiędzy Rosja i Polską. Wspomnień opisanych z tak dozą ironią i humorem, że nie sposób opanować się przed wybuchami śmiechu podszytymi konstatacją, że tylko Polak potrafi zrozumieć ów pokrętny sposób funkcjonowania Rosjan i utrwalający tym samym stereotyp o potężnej jak kraj cały i równie niezrozumiałej duszy Rosjanina.

Obserwujemy zatem próby dotarcia do fabryki, w której pakowany w puszki jest kawior, poznajemy specyfikę podróżowania liniami Aeroflot oraz zasady pokonywania granicy pociągiem (z wieloma różnej wielkości instrumentami muzycznymi), śledzimy sytuacje towarzyskie, biznesowe i albo włos nam się jeży na głowie z przerażenia albo oddychamy z ulgą, że u nas jest lepiej.

Ale z każdą odwracana stroną książki zaczynamy się zastanawiać, czy na pewno u nas jest lepiej?

Polecam gorąco!

Sandor Marai. Pokój na Itace.

Wydane przez
Wydawnictwo Czytelnik

"Pokój na Itace" to opowieść trójgłosem pisana. Opowieść wymagająca od Autora doskonałej znajomości mitologii greckiej, a także psychiki ludzkiej.

Pierwsza pieśń to głos Penelopy, żony Ulissesa zwanego też Odyseuszem. Żony czekającej na męża, zmuszonej wysłuchiwać o jego zdradach, wędrówkach. Żony, której mity przypisują wieloletnią wierność małżeńską... Marai nie jest aż tak jednoznaczny w ocenie bohaterki.

W "Pieśni drugiej" poznajemy syna Penelopy i Ulissesa, Telemacha. Ów syn mężczyzny, którego pragnęło wiele kobiet i bogiń, próbuje - dorastając - zmierzyć się z mitem ojca, próbuje poznać go wędrując jego śladami przez świat. Działania służące zrekompensowaniu nieobecności ojca czasami wiodą Telemacha do osób, które o mężczyźnie którego kocha i przed którym odczuwa lęk, mogą powiedzieć mu więcej niż jest w stanie znieść, przyjąć i zrozumieć.

Telegonos, trzeci bohater "Pokoju..." to syn Odyseusza, który wypełniając przepowiednie zabił ojca. Został mężem Penelopy, żony swego ojca i matki swego przyrodniego brata. Przez wiele lat żył nieświadomy tego, kto jest jego ojcem.

Sandor Marai stworzył opowieść o relacjach, których centralna postacią był opiewany już po wielokroć Odyseusz, król Itaki. Autor przyznaje, że kontynuacja wieliej opowieści, wielkiego mitu może wydawać się impertynencją, a jest jedynie próba zaspokojenia ludzkiej ciekawości, próba ukazania innej, bardziej ludzkiej niż w "Odysei" twarzy bohaterów mitu.

Im więcej czytam powieści Maraia, tym bardziej mam ochotę na lekturę jego dzienników. 

16 marzec 2010

Weekend mało książkowy...

Wyjazd oraz choroba skutecznie oderwały mnie od komputera i co gorsza od książek. Maraia skończyłam przed wyjazdem, ale nie udało mi się także przed wyjazdem opisać swoich przemyśleń na temat "Pokoju na Itace", więc postaram się nadrobić to dziś. W podróży słuchałam "Życie przed sobą" Gary'ego Romain i choć podróż była zbyt krótka by wysłuchać całość, już wiem, że to utwór robiący solidne wrażenie. Udało mi się przeczytać jeszcze jedna książkę - "Przejażdżkę po Rosji" Andrzeja Wróblewskiego, o której zamierzam również dziś napisać kilka słów.

10 marzec 2010

Agnieszka Błotnicka. Czarna operacja.

Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Janek i Kuba, znajomi z książki "Kiedy zegar wybije dziesiątą" i tym razem spotykają się w wakacje. Nieco nietypowe, bo spędzane w Warszawie i polegające w pewnym stopniu na pomaganiu w przeprowadzce. Ratując chłopców z przeprowadzkowego zamieszania, babcia i dziadek Janka proponują chłopcom, by zamieszkali u nich. Janek i Kuba, po spełnieniu synowsko-koleżeńskich obowiązków polegających na porządkowaniu zgromadzonych przez lata dóbr (najczęściej papierowych) spędzają dużo czasu jeżdżąc rowerami po Warszawie. Janek wciąż wątpi w to, by wakacje w rodzinnym mieście mogą być fajne, a Kuba - ze spokojem - odwiedza te miejsca, które interesują go z matematycznego punku postrzegania świata.

Gdy zatem trafiają na wydarzenia i informacje nie będące codziennymi, banalnymi, a kryjące w sobie pewną tajemnice chwiejącą uporządkowanym światem, na początku nieco sobie nie dowierzając, a później z coraz większym zapałem odkrywają coś, co sprawia, że wakacje w Warszawie nie mają sobie równych.

Ta powieść jest nieco poważniejsza od poprzedniej. Sprawa, z którą Autorka każe zmierzyć się swoim bohaterom, czyli szpiegostwo przemysłowe, odstaje od dziecięcego biegania po wąwozach Kazimierza, a zmusza do kontaktów z najemnikami gotowymi na wszystko, by zdobyć "towar" i by, zarabiając przy okazji duże pieniądze, odnieść sukces.

Bohaterowie są przyjemni, życzliwi i między nimi czytelnik czuje się jak pośród dobrych znajomych. Dzieci szanują rodziców, rodzice odwzajemniają szacunek, a policja wierzy i pomaga dwóm chłopakom, z których jeden wygląda jak Woody Allen, a drugi jak Robert Redford.

Kolokwializując powiem, że dobra powieść przygodowa nigdy nie jest zła. A ta jest bardzo dobra:)

P.S. Tu znajdziecie czat z Agnieszką Błotnicką. Całe szczęście, że hm... khm... pani prowadzącej czat ktoś zakazał siedzieć na krześle i błyskać obciągniętymi wzorzystymi rajstopami udami. Szkoda tylko, że nakaz stania dotyczy też rozmówców tejże pani. 

08 marzec 2010

Sandor Marai. Wyspa.

Wydane przez
Wydawnictwo Czytelnik

"Wyspa" to powieść o mężczyźnie. Viktor Henrik Askenasi, profesor, mąż z piętnastoletnim stażem, pewnego dnia dokonuje wyboru, który zdumiewa nawet jego samego, czynu, po którym jego znajomi traktują go jak szaleńca, wyboru, który zmienia całe jego życie, nadając życiu profesora inne niż dotychczas priotytety.

Sandor Marai w "Wyspie" zamieścił nakreślony z wielką maestrią opis andropauzy. Bohater rzucając się w nowe dla siebie doznania zatraca jakby część siebie; wychodząc z pokoju poznanej poprzedniego wieczora kobiety i będąc rozpalony emocjami, doświadczeniami dotychczas nieznanymi, idzie do żony i cierpi, bo nie może jej opowiedzieć o swoim wielkim szczęściu, bo żona - choć przecież najbardziej znajoma - nie jest w stanie przyjąć tych wiadomości.

Zrobiła tez na mnie duże wrażenie jedna z ostatnich scen. Askenasi rozbiera się, a w trakcie rozbierania opróżnia kieszenie. I ta, zdawałoby się banalna, czynność została opisana przez Maraia tak kunsztownie, dokładnie, po prostu ładnie, że nie sposób się nią nie zachwycić, nie sposób nie dostrzec umiłowania szczegółu.

Pozostaję pod dużym wrażeniem. 

Nie da się ukryć, czyli 8 marca

Szkolnictwo jest sfeminizowane. W taki dzień, jak dzisiejszy, wszelkie chcące świętować kobiety smętnie zerkają na nielicznych kolegów, którzy wszak zbankrutowaliby gdyby chcieli koleżankom choćby po goździku wręczyć. Młodsze pokolenie mężczyzn stawia na rękodzielnictwo i dlatego też zostałam dziś obdarowana przez uczniów następującymi dziełami:

A to - otrzymane w e-mailu - pasuje doskonale do toczącej się dyskusji o parytetach;)

W ramach świętowania obejrzałam pierwszy odcinek "Kobiecej Agencji Detektywistycznej nr 1" i jestem zauroczona. Pożądam płyty ze ścieżką dźwiękową z serialu:) Chyba sobie u krawcowej takie sukienki, jak ma Mma Ramotswe, poszyję;)

07 marzec 2010

Richard Dawkins. Najwspanialsze widowisko świata.

Wydane przez
Wydawnictwo Cis


Richard Dawkins pisze we "Wstępie", że doszedł do wniosku, iż w poprzednich książkach nie udowodnił w wystarczającym stopniu tego, że ewolucja nie jest hipotezą, tylko faktem. Owszem, wcześniej przedstawiał mechanizmy ewolucji, ale ewolucja w jego tekstach, jak sam stwierdza, "brała się znikąd". W związku z tym teraz Dawkins nadrabia to niedopatrzenie. W książce "Najwspanialsze widowisko świata" Dawkins jednak nie tylko pokazuje dowody na to, że ewolucja jest faktem, ale - na całe szczęście :-) - wyjaśnia zjawisko ewolucji, a robi to kapitalnie. Wykład Dawkinsa jest spójny i klarowny. Oczywiście wymaga od czytelnika skupienia, gdyż zakres poruszanych tematów jest bardzo szeroki, ale rzetelne przestudiowanie książki może przynieść tylko same korzyści.

Stanowisko Dawkinsa w kwestii ewolucji znane jest od dawna i nie ma się co na ten temat rozpisywać, natomiast chcę zwrócić uwagę na parę rzeczy, które dla mnie w tej książce są najważniejsze. Przede wszystkim Dawkins podaje w sposób przystępny wiedzę w wielu dziedzin, a już rozdział dotyczący embriologii powinien zrobić furorę jako odrębne opracowanie :-))

Drugi taki "osobny" tekst to ostatni rozdział dotyczący w dużej mierze początków życia.

Ostatnia rzecz to to, że Dawkins właściwie przez całą książkę podkreśla znaczenie, tak to nazwę - naturalnej, biologicznej ekonomii. Tej ekonomii nie da się ominąć, nie da się jej oszukać, nie można postępować wbrew niej. Jedną z konsekwencji takiego stanu rzeczy jest to, że istnieje nawet coś takiego jak "zbyt zdrowe zęby" jakiegoś stworzenia i że gatunek ze "zbyt zdrowymi zębami" nie ma szans na przetrwanie. Dawkins pisze:

"Hipotetyczny planista, jeśli jest ekonomistą, reprezentuje ekonomię dobrobytu, opartą na założeniu, że istnieje optymalna strategia dla całej populacji albo wręcz dla całego ekosystemu. Tymczasem, chcąc posługiwać się analogiami ekonomicznymi w myśleniu ewolucyjnym, powinniśmy raczej sięgnąć po 'niewidzialną rękę' Adama Smitha."

No, to jest tekst, który otwiera pole wszelkim spekulacjom na temat tego, na ile i w jaki sposób z ekonomią liczą się ludzie :-)))

* * * 
"Najwspanialsze widowisko świata" można kupić w:

Kazimierz Kutz. Piąta strona świata.


Wydane przez
Wydawnictwo Znak

Trudno zmierzyć się z legendą Kazimierza Kutza, bo trudno mentalnie odłączyć czytany tekst od dokonań reżyserskich, czy przekonań politycznych Autora. Tak myślałam zanim przystąpiłam do zwiedzania "Piątej strony świata". Gdy już jednak zaczęłam lekturę, zapomniałam o wszystkim co istnieje poza opisywanymi przez Kutza familokami, relacjami rodzinnymi, sąsiedzkimi, poza uwarunkowaniami kulturowo-historycznymi  Śląska, a osobliwie Szopienic.

Gawęda jaką snuje Kazimierz Kutz pozwala zajrzeć w domy śląskie, pozwala odszukać w losach zwykłych, zdawałoby się ludzi, czynów niezwykłych, talentów pozwalających im na nietuzinkowość, wyborów, które dziś oceniać możemy w kontekście moralności. Autor opowiadając pisze tak, jakby jego czytelnicy mieli już wiedzę na temat historii śląskiej ziemi, byli świadomi kulturowości Śląska, ale jednocześnie pisze tak, by objaśniać ową przeszłość i kulturę, wciąż o niej przypominać, wskazywać inność Śląska od Polski i Niemiec.

Bardzo osobiście podeszłam do tej książki. Z zachwytem śledziłam ścieżki pokonywane przez Autora i jego przyjaciół, z przyjemnością odnajdywałam w książce znajome miejsca. Jednocześnie, nieco zawstydzona, poznawałam historię miejsc, w których niegdyś mieszkałam, a których przeszłością nigdy się nie zainteresowałam.

Na koniec garść cytatów:

"(...) warto stanąć przed domem swego urodzenia, po to by podreperować umysł i serce, ocknąć się do życia, jak po letargu, przewartościować porządek w środku i oczyścić sumienie z wszelakiego studia." [s.29]

"Te polskie [słowa] są bardziej rozgniecione, kunsztowniejsze od słów śląskiej gwary, która jest warstwą pierwotniejszą, piękną, pełną starej muzyki i dźwięków niezwykłych, odcedzonych z naszej ziemi, tego, co na niej rośnie i stoi." [s.34]

"U nas każdy ród od zawsze był hodowlą pod władaniem matek. One były boginiami naszej codzienności - od tego są. Nie mieć ojca jest źle - ale nie mieć matki? Tego niy do sie do niczego przyrównać." [s.211]

05 marzec 2010

Tydzień z Sandorem Maraiem




Od pewnego czasu chodzi za mną idea, aby weekendy spędzać książkowo - tematycznie. Po cichutku zrealizowałam klujący się pomysł czytając tylko książki dziecięce i młodzieżowe podczas spotkania książkowego w Poznaniu, ale teraz chciałabym przystąpić do czytania pod hasłem "Weekend z...".

Pierwszy weekend marcowy planuję spędzić z książkami Sandora Maraia. Mam z tym Autorem pewien kłopot - lubię jego książki, siłę jego pisania, magię klimatu jaki tworzy, a jednocześnie wiem, że podczas czytania Maraia nie wolno być leniem, że muszę w lekturę włożyć swoją pracę, o wiele większą niż w przypadku innych ksiażek. I tak walczyło we mnie umiłowanie Maraia z lenistwem, aż postanowiłam się lenistwu sprzeciwić i Maraia przeczytać.

Jeśli ktoś będzie miał ochotę się przyłączyć, będzie mi bardzo miło:)


Przeczytane książki Sandora Maraia:
Zbuntowani

*****
Dopisek z niedzieli:

Oczywiście, przeceniłam własne możliwości. Inna książka, perspektywa dwóch filmów, które bardzo chcę obejrzeć i zwykłe - niezwykłe codzienne życie, wybiły mi z głowy tak wysoko postawioną poprzeczkę. Zmieniam zatem propozycję na "Tydzień z..." :)

Edward Stachura. Się.

Wydane przez
Wydawnictwo Replika

Edwarda Stachurę i jego twórczość albo się lubi albo nie. Ja - napełniona w czasach licealnych zachwytem nad dziełami zebranymi i wydanymi w dżinsopodobnych okładkach - lubię. Swoje lubienie podsycałam słuchając wierszy Stachury zamienionych na piosenki (lub melorecytacje) i wykonywane przez Jacka Kaczmarskiego lub Stare Dobre Małżeństwo. Ucieszyłam się zatem z "Się" niepomnienie.

"Się szło jedna z licznych dziesiątlicznych setlicznych tysiąclicznych entlicznych pętlicznych dróg Planety, po północnej półkuli, na wschód od południka Greenwich (...), przez kraj polski, środkiem polnej drogi, tym wybrzuszeniem, co pomiędzy dwiema głębokimi koleinami - wyżłobionymi kołami chłopskich furmanek, wojskowych furgonów, drabiniastych długowozów, niedzielnych i świątecznych i powszednich dwukółek bryczek wolantów powozów i innych dyliwozów, co się tą drogą turlały w jedna i z powrotem od pamiętnych i niepamiętnych czasów".

Tak brzmi drugie zdanie książki, które sprawiło, że wsiąkłam w lekturę, poczułam głód ładnych słów, słów Stachurowych i właściwej mu zadumy nad tym jak i co pisze.

"Się" jest zbiorem trzynastu tekstów o różnej formie, głębokości i znaczeniu. Nie wszystkie przeczytałam z takim samym zainteresowaniem, ale większość z nich pochłonęła mnie, przeniosła w wyimaginowany świat "Się".

Kolejny raz dałam się zaczarować słowom Edwarda Stachury.

SFFiH nr 53


Im więcej za mną numerów SFFiH, tym wybredniejsza robię się przy czytaniu tekstów zamieszczonych w czasopiśmie. Owa wybredność sprawiła, że 53. numer czytałam dwukrotnie, bo za pierwszym razem zainteresowało mnie niewiele. Skoro jednak dotychczas czytałam z zadowoleniem sporo zamieszczanych opowiadań, felietonów, doszłam do wniosku, że warto spróbować jeszcze raz sięgając po teksty, które za pierwszym czytaniem odrzuciłam a to z powodu maniery językowej autora, a to czasów w jakich autor osadził swoich bohaterów, a to z przyczyn nie wiedzieć jakich, wówczas wydających się ważnymi. Przy drugim czytaniu odkryłam:

- "Finis Poloniae!" Wojciecha Szyda, które dostarczyło mi wiele radości w poszukiwaniu powiązań i kontekstów, do których odwołuje się autor, 
- "Korianę" Agnieszki Hałas, o marach sennych, miłości i mormolyke,
- "Niedostrzegalnych" Ałły Zalewskiej o dostrzeganiu boskiej ingerencji i inspirowaniu niewidzialnych. 

Przy czytaniu pierwszym zwróciłam uwagę na "Rubin" Moniki Sokół (och, te przebiegłe szlachcianki), zachwyciłam się pomysłem na "Różę" Macieja Jagaciaka i, rzecz jasna, felietonem Andrzeja Pilipiuka zatytułowanym "Wszyscy musimy stać się mnichami".

Na uwagę zasługuje także wstępniak redaktora naczelnego, Rafała Dębskiego, nawołujący do szacunku - wobec czytelnika i wobec słowa.