31 styczeń 2011

Romuald Pawlak. Póki pies nas nie rozłączy.

Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Michał po pięciu latach bycia w związku zastanawia się, czy nie nadeszła właściwa pora, by ów związek zakończyć. Renata marzy o psie i mimo niechęci Michała podczas wystawy psów rasowych kupuje czarnego pudla. Egonowi Pan Stworzenia powierzył misję - ma być elementem spajającym Renię i Michała, ma wraz z nimi stworzyć rodzinę.

Michał pracuje w lokalnym dzienniku. Jego szef oczekuje nowinek ze sportu, bo to na nie podrywa kolejne dziewczyny. Przyjaciel Michała rozstaje się z żoną, bo zakochał się w dwadzieścia lat młodszej studentce i chce być znów rycerzem na mechanicznym koniu. Renia, ceniona ekspedientka z osiedlowego sklepu, marzy o wielkiej miłości i śledzi w Internecie jednego z forumowiczów wierząc, że z nim połączy ją prawdziwe uczucie jakiego brakuje jej w domu.

Hm... Mam wrażenie, że to książka o kryzysie. Nie ekonomicznym, ale - mówiąc może nieco górnolotnie - tym dotyczącym ludzkiego jestestwa. O tym, czego oczekują ludzie od innych, od życia i o tym, czego nie oczekują od siebie samych, na co się godzą w imię bliżej nie sprecyzowanych zobowiązań, celów, idei. O wypaleniu, a może nawet bardziej zniechęceniu, któremu sprzyja bylejakość. Powieść przedstawia dość rozpaczliwe poszukiwanie miłości, godzenie się na to, co przynoszą szare, podobne do siebie dni, działanie wbrew sobie dyktowane wygodą. Jakże sprostać ma temu mały czarny piesek, nawet jeśli jego pierwsze imię brzmiało Platon?

Zastanawiająca to książka. Tym bardziej, że nie dostrzegłam sympatii Autora przy żadnej z postaci. Przy żadnej z ludzkich postaci;)

Andrzej Sapkowski. Miecz przeznaczenia.


Wydane przez
Wydawnictwo SuperNowa

"Miecz przeznaczenia" zawiera tylko sześć opowiadań. Tylko, bo książka liczy sobie 362 strony. i jednocześnie aż, bo owe opowiadania dają przedsmak temu, co będzie opisane w powieściach mocniej niż poprzedni tom opowiadań.

Granice możliwości przedstawiają to, co - jak się wydaje niektórym - sięga poza tytułowe granice. Poznajemy w tym tekście Trzy Kawki i jego towarzyszki oraz dowiadujemy się dlaczego wiedźmini nie zabijają smoków.

Okruch lodu opowiada o rywalizacji i męskiej dumie. O tym, że kobiety są nieodgadnione, a mężczyźni czują potrzebę monogamii. 

W Wiecznym ogniu przekonujemy się, że wszystko na świecie może okazać się inne niż myślimy, gdyż istnieją dopplery. Oraz dowiadujemy się ile można zarobić na rozważnym handlu.

Trochę poświęcenia opowiada o kontaktach świata morskiego ze światem lądowym. A także o tym, że dla prawdziwej miłości zawsze trzeba się poświęcić.

Miecz przeznaczenia wiedzie nas do Brokilonu - prastarego lasu, siedliska driad. W jego gąszczu można natknąć się na powtory, ale można też spotkać błąkającą się księżniczkę Cirillę - Dziecię Starszej Krwi.

Coś więcej zbliża nas do tego, co łączy Geralta z Ciri. Do Dziecka Niespodzianki, do przeznaczenia, którego nie sposób zlekceważyć.

Lubię wyszukiwać w tym, co pisze Andrzej Sapkowski, powiązań z szeroko pojmowaną kulturą - z baśniami Andersena, czy legendami o córce Kraka. Dialogi są soczyste, opisane wydarzenia iskrzą humorem i grozą, a całość ma interesujący wydźwięk.

P.S. Pięć tomów cyklu omówię w jednym wpisie:)

30 styczeń 2011

Niedzielnik nr 12


Miało być długo, ale bierze mnie jakaś choroba i w związku z tym mam kłopot z zebraniem i sensownym przedstawieniem myśli. Zacznijmy od:

Książkę Głowackiego wygrałam na blogu peek-a-boo z czego bardzo się cieszę i za co dziękuję:) "Dar Humbolta"", jak się łudzę, pozwoli mi zaangażować się w czytanie noblistów. Macomber lubię, może irracjonalnie, od powieści, w których opisywała jak bardzo dobrze naszemu życiu robią pasje. Duńska powieść z serii "Terytoria Skandynawii" cieszy, bo jakoś więcej jest w moich lekturach książek szwedzkich niż innych skandynawskich. Na moje półki trafiły jeszcze inne książki, ale o nich opowiem później. Udało mi się też kupić w dedalusie "Tajne służby kapitalizmu", o których pisałam niedawno.

Czas jakiś temu spacerując po Warszawie uświadomiłam sobie, że urodziłam się za późno. O jakieś 20-30 lat. Że gdybym miała więcej lat niż mam, to, niczym bohaterka niedawno czytanej książki Fannie Flagg, mogłabym się nie przejmować wieloma sprawami, które wciąż zaprzątają moje myśli.

Czarna kotka pozująca z Sapkowskim pojechała dziś do swojego domu. Na pocieszenie zostały mi moje koty i Sapkowski. Walczę z wirusem zapatulona w koc, ogrzewana przez kota i grzane wino.

Życzę Wam miłego niedzielnego popołudnia.

29 styczeń 2011

Andrzej Sapkowski. Ostatnie życzenie.

Wydane przez
Wydawnictwo SuperNowa

O Sapkowskim i jego Wiedźminie powiedziano i napisano już tyle, że aż niezręcznie zabierać głos. Jednak skoro  urządziłam sobie prywatny powrót do przeszłości i owa przeszłość ma oblicze książek Andrzeja Sapkowskiego trudno, bym nie podzieliła się wrażeniami;)

Czytanie rozpoczęłam od "Ostatniego życzenia", bo w takiej kolejności - o ile znalazłam właściwe informacje - ukazywały się książki przedstawiające historię Wiedźmina. Tom opowiadań podzielony jest na dwie części - składa się z siedmiu opowiadań zatytułowanych "Głos rozsądku" i przeplatających je tekstów traktujących o Geralcie z Rivii.

W "Ostatnim życzeniu" poznajemy osoby ważne dla Wiedźmina - kapłankę bogini Melitele, Nenneke, Jaskra, wędrownego barda, królową Calanthe, czarodziejkę Yennefer. Z każdą z tych postaci łączy Geralta inna więź, z każdą inne relacje. Ciekawe jest obserwowanie tych związków wiedźmina ze stworzonymi przez Sapkowskiego osobami, dostrzeganie w głównym bohaterze emocji i doznań, które stanowią nieodłączną część wydarzeniami w jakich przychodzi mu uczestniczyć.

Przede mną kolejny tom opowiadań i pięć książek należących do sagi. Czysta przyjemność:)

P.S. Mam starsze wydanie (vide) niż to zaprezentowane powyżej, ale nie mogłam znaleźć zdjęcia okładki.

Pamela Wells. Złamane serca.


Wydane przez
Wydawnictwo Wilga

Powieść o amerykańskich nastolatkach i ich perypetiach miłosnych jest skierowana do młodych czytelniczek i choć z pewnością zaczytywały się w niej będą osoby znacznie młodsze ode mnie, znalazłam i ja w "Złamanych sercach" coś interesującego.

Sydney, Raven, Alexia, Kelly to szkolne przyjaciółki. Choć łączy je wiele, przez ostatni czas spotykały się znacznie rzadziej niż kiedyś, ponieważ Sydney i Raven większość wolnego czasu spędzały ze swoimi chłopakami, Kelly bywała tam, gdzie podobający się jej Will i tylko Alexia, będąca singielką, zadowalała się życiem bez drugiej połówki. Nagle, kilka tygodni przed walentynkami, psują się relacje między bohaterkami i ich chłopakami, a Kelly przekonuje się, że Will nie traktuje jej w żaden wyjątkowy sposób i nie zasługuje na prezent jaki chciała mu zrobić 14 lutego. Alexia, córka znanych psychologów, zaprasza koleżanki do siebie i proponuje im stworzenie "Kodeksu zerwań", który ureguluje relacje porzuconych dziewczyn i ich byłymi już chłopakami. W kodeksie przyjaciółki notują między innymi nakaz rewelacyjnego wyglądu w obecności byłego, potraktowanie rozstania jako czasu przeznaczonego na własny rozwój i zaspokajanie swoich pragnień i pasji oraz zakaz rozmawiania z byłym dłużej niż kilkanaście sekund;) Przestrzeganie kodeksu wychodzi dziewczynom różnie, ale dzielnie się wspierają i próbują wytrwać w zobowiązaniach podjętych wobec siebie i przyjaciółek.

W pewnym momencie zastanowiło mnie to, jak trudno bohaterkom powieści przychodziło unikanie spotkań z ich byłymi chłopakami. Kolejna myśl przyniosła wyjaśnienie - przecież oni żyją przede wszystkim w szkole. I jak kania dżdżu czekają na weekendy:)  Nie wiem jak wygląda codzienność współczesnej młodzieży, ale ja po szkole miałam mnóstwo wolnego czasu. Także na to, by spotykać się z kim chcę, a nie z tym, kogo znam ze szkoły;)))

To, jak opisane przez Pamelę Wells nastolatki radzą sobie z rozstaniem mogłoby wywoływać wzruszenie ramion gdyby nie fakt, że podobne do ich myśli wątpliwości pojawiają się także w rozważaniach kobiet dorosłych. Może trud dopuszczania do siebie myśli o tym, że coś co trwało kilka lat miałoby nagle wygasnąć, nie ginie po osiągnięciu pełnoletności? A pozostawanie pod urokiem faceta, który traktuje nas jak jedną z wielu koleżanek wiedzie na emocjonalne manowce nie tylko uczennice? Zazdrośni mężczyźni, panowie wyglądający mniej porywająco, ale będący szalenie sympatyczni - to nasza kobieca codzienność niezależna od tego ile mamy lat.

Ciekawa jestem bardzo jak "Złamane serca" odbiorą polskie nastolatki. Mnie, choć jestem sporo starsza od Sydney, Kelly, Alxii, Raven, wyjątkowo realistyczne i bliskie wydawały się ich zawirowania miłosne:) 

28 styczeń 2011

Natalia Usenko, Danuta Wawiłow. Stare i nowe wyliczanki. Tere-fere kuku.


Wydane przez
Wydawnictwo Papilon

Lektura najnowszej książki doskonałych poetek sprawiła mi wiele radości. Ilustracje wykonane przez Elżbietę Wasiuczyńską spotęgowały ową literacka podróż w przeszłość. Czemu w przeszłość? Spójrzcie na tytuł - mowa przecież także o starych wyliczankach.

Pamiętacie "Tere fere kuku strzela baba z łuku"? Albo wierszowaną opowiastkę o babie siedzącej na cmentarzu i trzymającej nogi w kałamarzu? Ale uwaga, uwaga... Niektóre z rymowanek mogą zaczynać się tak, jak pamiętacie z dzieciństwa, jednak ich zakończenie może się znacznie różnić od tego, co wygrzebiemy z zakamarków pamięci. Owe różnice potęgują frajdę z lektury - niby tu już się jej na znajomym tropie, a nagle niespodzianka - aż usta rozszerzają się w uśmiechu. Zmiany dokonane w tym, co urosło w wielu umysłach do symbolu dzieciństwa uświadamiają nam, że każde pokolenie ma swoje wyliczanki i te, które wypełniały nasze dzieciństwo młodszym pokoleniom mogą podobać się w innej formie.

Zespół Usenko & Wawiłow & Wasiuczyńska gwarantuje wysoką jakość 'Starych i nowych wyliczanek". A Helenka, która ostatnio boi się Baby-Jagi, nieco sobie oswoiła postać czytając o Baba-Jadze lecącej w świetle księżyca i oglądając bohaterkę wiersza siedzącą na odkurzaczu z przytulonym kotem i machającą nogami w wielokolorowych rajstopach.

27 styczeń 2011

Neil Gaiman. M jak magia.


Wydane przez
Wydawnictwo MAG

Twórczość Neila Gaimana cenię, poważam i dlatego z wielką przyjemnością sięgam po jego kolejne książki (również po te które już czytałam, ale teraz nie o tym). "M jak magia" to zbiór opowiadań. Autor we "Wstępie" stwierdza, iż opowiadania mają "zaletę: nie wszystkie zgromadzone w nich teksty muszą się nam podobać" [s.9]. Czując się, już na zapas, usprawiedliwiona na wypadek tego, gdyby któreś z opowiadań podobało mi się mniej niż inne, przystąpiłam do lektury jedenastu tekstów.

Opowieść o tym "Jak sprzedać Most Pontyjski" każe podziwiać zmysł do interesów głównego bohatera, historie snute przez Miesiące tchną urokiem, pani Whitaker i jej puchar z opowiadania "Rycerskość" budzi sympatię i uśmiech, bohaterowie "Ptaka słońca" zmuszają do refleksji nad tym, czego pragniemy.

Najbardziej za serce złapały mnie dwa opowiadania. "Nagrobek dla wiedźmy" jest tekstem wyjściowym do stworzonej później przez Neila Gaimana "Księgi cmentarnej" (muszę koniecznie przeczytać). Główny bohater opowiadania, Nik, próbuje zdobyć pieniądze na nagrobek dla zapomnianej przez ludzi wiedźmy. Chłopiec budzi sympatię, a to, jak bardzo chce pomóc komuś, kto jest przecież dla niego zupełnie obcy, wzrusza. Drugim opowiadaniem, na które zwróciłam szczególną uwagę jest tekst zatytułowany "Cena". Narrator opisuje czarnego kota, które pewnego dnia zjawił się w jego domu. Kot był bardzo poraniony, chory. Domownicy zadbali o zdrowie kota, ale on wkrótce znów był w stanie równie złym jak przed kuracją. Gdy pewnej nocy narrator zaczaił się z noktowizorem zobaczył z kim jego kot walczy co noc. I była to trudna do przyjęcia wiedza.

Na koniec jeszcze raz przywołam słowa Neila Gaimana: " Opowiadania to niewielkie okienka do innych światów, innych umysłów i snów. To podróże, które pozwalają odwiedzić drugi koniec wszechświata i zdążyć wrócić na kolację."[s. 8]

Polecam:)

Daj się lubić. Piosenki Kaliny Jerzykowskiej.


Wydane przez
Wydawnictwo Literatura

Książka z piosenkami Kaliny Jerzykowskiej, zilustrowana przez Artura Gulewicza, zawiera teksty czternastu piosenek autorstwa pani teatrolog, dziennikarki, autorki sztuk i utworów muzycznych dla wielu zespołów dziecięcych. Piosenki, przyznaję, były mi zupełnie obce, więc z przyjemnością śledziłam teksty słuchając jednocześnie utworów wykonywanych przez zespół Pędziwiatry.

Piosenki w książce pogrupowano w trzech kategoriach - "Przedszkolaki i różne cudaki", "Szkoła i szkolne odmiany fioła", "Mama, tata i reszta świata". Tematyka podejmowana w piosenkach bliska jest dzieciom - są to opowieści o przyjaciołach ze szkoły, o szczęściu z posiadania brata, o bajce, która dziecko opowiada mamie, o modnych daszkach w czapkach, a także o przyjacielu muchomorze.

Teksty, których autorka jest Kalina Jerzykowska, są zabawne, dotykają tematyki znanej dziecku, a dopełnione muzyką (kompozytorzy są różni, wymienieni w książce) nabierają dodatkowej wartości. Płyty dołączonej do książki słucha się z wielką przyjemnością.

P.S. Helenka już podczas pierwszego słuchania uznała, że proponowana przez Kalinę Jerzykowską wersja "Ojca Wergiliusza" jest inna od tej, którą zna. I od razu nauczyła się refrenu tej dopiero poznanej;)))

26 styczeń 2011

Fannie Flagg. Wciąż o Tobie śnię.

Wydane przez
Wydawnictwo Nowa Proza

Ostatnia książka Fannie Flagg ma inny klimat niż poprzednie. Akcja, podobnie jak w znanych mi dotychczas powieściach, rozgrywa się w Alabamie, bohaterkami są kobiety w wieku zwanym u nas ostatnio 50+ i choć chwilami można się do tej książki uśmiechnąć, jest ona przepełniona nostalgią.

Maggie jest osobą samotną. Mieszka w eleganckim mieszkaniu stanowiącym model wzorcowy* dla danego kompleksu mieszkań - to do niej przychodzą agenci nieruchomości chcący zaprezentować klientom mieszkanie danego segmentu. Pracuje w Rad Mountain Realty - jednej z agencji nieruchomości w Birmingham. Niegdysiejsza Miss Alabamy ma w sobie naturalny urok, poczucie estetyki i stylu. Cóż z tego jeśli uznaje, że po sześćdziesiątce już nic dobrego jej w życiu nie czeka i dlatego też pora się zabić. Pisze list do znajomych i kupuje ponton, z którego zamierza zeskoczyć na środku rwącej rzeki obciążywszy wcześniej ciało obciążnikami sportowymi. Zanim jednak nadejdzie dzień, w którym Maggie postanowiła odebrać sobie życie następują wydarzenia, które przesuwają jej ostatnie chwile o kilka dni, kilka tygodni. Ów - podarowany przez los czas - sprawia, że Maggie zaczyna zastanawiać się nad swoim życiem intensywniej niż dotychczas.

Zauroczyła mnie ta książka. Wspominany powyżej nostalgiczny klimat powieści sprowokował mnie do namysłu nad tym czego oczekuję od życia i co dla mnie oznacza wiek w jakim jestem;) 

Najpiękniejszy fragment książki "Wciąż o tobie śnię" brzmi: "Natura potrafi być taka łaskawa... Akurat gdy na twarzy Maggie pojawiły się pierwsze zmarszczki, wzrok Charlesa zaczął słabnąć."[s.368]. A wśród zalet osiągnięcia "pewnego wieku" wyliczanych w powieści bardzo spodobała mi się ta: "Możesz do rana oglądać stare filmy na TCM."[s.339]

* Zawsze musi być czysto, nie może być przedmiotów osobistych na wierzchu, kuchnia musi błyszczeć, a z wazonów rozchodzić się zapach świeżych kwiatów. No, i nie można mieć zwierząt. Straszne, prawda?

Grażyna Hołubowicz-Kliza. Zwierzyniec.

Wydane przez
Wydawnictwo Novae Res

Jeśli macie/znacie dzieci lubiące zwierzęta to zapewniam, iż jest to książka idealna dla nich. Jest to bowiem zbiór wierszy o zwierzętach kudłatych, skrzydlatych, pełzających, pływających i fruwających. Niby nic - ale... Po pierwsze wierszy jest dużo, po drugie - w moim odczuciu znacznie ważniejsze - w poezji Grażyny Hołubowicz-Klizy spotkamy zwierzęta jakich na próżno by szukać w innych tomach wierszy. 

Bohaterami sześciowersowych rymowanych wierszyków są, oprócz kotów, psów, lisów, czy kaczek, tak rzadko w literaturze pięknej spotykane zwierzęta, jak tapir, skunks, konik morski, tukan, waran i tym podobne. Zaskakujące, prawda? Zaskakujące i szalenie ciekawe. 

"Na Komodo są warany,
co zajęły skalne ściany.
Te największe tam jaszczury
wygląd mają wręcz ponury.
Grzeją ciało w ciepłym słońcu,
bo to przecież gady w końcu." 
[s.73]

Na plus można Autorce zaliczyć także to, że opisywane przez nią zwierzęta nie są antropomorfizowane; czytające wiersze dzieci mają szansę dzięki lekturze poznać podstawowe zwyczaje związane z życiem poszczególnych zwierząt. W wierszu o flamingach jest informacja, że swój piękny kolor zawdzięczają odpowiedniemu pokarmowi, a gdy czytamy o płaszczce możemy dowiedzieć się, iż jad w ogonie stanowi jej broń.

"Zwierzyniec" to książka sprzyjająca nauce przez zabawę. Można ją czytać w domu, ale nadaje się też do tego, by na jej podstawie zrobić w przedszkolu/szkole widowisko lub konkurs kształcące u dzieci wrażliwość na los zwierząt.

24 styczeń 2011

Tomasz Sobieraj. Ogólna teoria jesieni.

Wydane przez
Editions sur Ner

Tomasz Sobieraj pod okładką kojarzącą mi się z jesiennym słońcem ukrył prozę, którą bez wątpienia określić można mianem poetyckiej. W dwudziestu niezbyt długich, ale bardzo nasyconych tekstach Autor opowiada nam historie ludzkie przyglądając się wnikliwie małym i wielkim odkryciom codziennej egzystencji.

Z opowiadań Tomasza Sobieraja wyłaniają się mężczyźni, o których istocie stanowi wieczny niepokój - poszukiwanie, czerpanie z idealnych chwil, które rzutują na resztę życia, zasklepianie się w przyjemnościach jakie mogą być dane tylko męskiemu stanowi, drżenie namiętności i emocji. Kobiety są dla nich bodźcem, natchnieniem, często narzędziem wiodącym do cząstkowego choć zaspokojenia owego niepokoju, którego nie sposób wyciszyć.

Chwilami miałam wrażenie, że w niektórych opowieściach bohater jest mniej ważny niż słowa jakimi się go przedstawia - Autor bowiem buduje starannie obrazy ze słów, tworzy niemalże plastyczne wizje otoczenia, w którym zostawia swojego bohatera. Przykładem niech będzie ten cytat:

"Rzeka połyskiwała różowozłotymi cętkami, delikatnymi emisariuszami zachodzącego słońca, przedzierającymi się nieufnie, niemalże trwożnie przez gęstwinę liści i padającymi bezwładnie na drobne fale. Mroczna, gęsta woda, pachnąca czymś nieokreślonym, jakąś tajemniczą mieszaniną deszczowego równikowego lasu, brunatnego mułu i trupów, trzech podstawowych składników krajobrazu, sunęła wolno i niewzruszenie szerokim korytem, mrucząc z lekkim niezadowoleniem." (Kongo. s. 23)

Książka Tomasza Sobieraja zabrała mnie w interesującą podróż przez męskie emocje i pragnienia. Dziękuję Autorowi za "Ogólną teorię jesieni".

P.S. Bardzo podoba mi się dialog jaki Tomasz Sobieraj, poprzez swoje teksty, nawiązuje z różnymi dziełami literackimi.

23 styczeń 2011

Józef W. Bremer. Wprowadzenie do logiki.

Wydane przez
Wydawnictwo WAM


Co prawda Jan Woleński w "Przedmowie" pisze, że ta książka jest podręcznikiem, ale ja wolę określenie wzięte z tytułu - "Wprowadzenie". Mamy bowiem w tej książce, co Woleński podkreśla, ważne wiadomości historyczne dotyczące logiki, wykład na temat logiki tradycyjnej, prezentację wybranych zagadnień z logiki formalnej, a także wykład na temat wnioskowań uprawdopodobniających, lekcję na temat erystyki z wyszczególnionymi najważniejszymi błędami, a także przykłady formalizacji zdań języka potocznego. Ta formalizacja wygląda na przykład tak:


Świetny jest tekst o paradoksach logicznych, w którym Bremer pokazuje, o co chodzi w tych paradoksach, z których jednym z najbardziej znanych jest paradoks kłamcy, który można przedstawić w takiej formie: "Jeśli kłamiący mówi, że kłamie, to on sam kłamie i mówi prawdę". Albo w takiej: "Kreteńczyk Epimenides twierdzi: wszyscy Kreteńczycy kłamią".

Początkowo podchodziłam do tej książki nieufnie, ale przekonałam się, że logiki nie trzeba się bać. Bremer pisze dobrze, bardzo klarownie i daje świetny wykład na temat tego, co to są nazwa, definicja, zdanie czy wnioskowanie. Jak się rzetelnie przestudiuje pół książki, to już się człowiek nie boi czytać o logice predykatów, o kwantyfikatorach i o wniskowaniach uprawdopodobniających.

Na koniec dam cytat z "Przedmowy" Woleńskiego:

"Żyjemy w czasach prawdziwego barbarzyństwa logicznego. Każdy mówi, co chce i jak chce, argumentuje byle jak albo proponuje tezy bez jakiejkolwiek argumentacji, debaty publiczne są ułomne językowo i pełne wadliwych wnioskowań itd., a o logicznej jakości ustaw w ogóle nie ma co mówić. Mętne, sprzeczne, stanowią prawdziwą gmatwaninę logiczną."

Pomyślałam sobie, że ci logicy to chyba nie włączają telewizora, bo niby jakim cudem mieliby wytrzymać cały ten bełkot z telewizora się wylewający?

Niedzielnik nr 11


W lewej szpalcie bloga, pod listą wydawnictw, znajdziecie linki do czasopism, które wkrótce będą gościły na blogu. Jedno z nich, widoczne na zdjęciu poniżej, przedstawię już wkrótce.
Chcę Wam powiedzieć, że marzenia się spełniają. Trzeba jednak, aby dopełniono dwóch rzeczy - marzenia muszą być realne i musi istnieć osoba, na przykład taka cudowna jak moja Siostra, która w realizacji marzeń pomoże. Dowód zobaczycie na zdjęciu:
Czy wracacie do książek już raz (albo więcej niż raz) przeczytanych? Ja w chwilach, gdy nie mogę się skupić na niczym nowym, podczytuję stronę lub dwie jednego z tomów "Autobiografii" Joanny Chmielewskiej. Czasami jednak tęsknię za czymś, co już znam, ale czytałam dawno i czuję, wręcz namacalną, potrzebę pouczestniczenia w świecie, do którego zaprosił czytelników pisarz. Wspominam o tym, bo zatęskniłam za sagą o Wiedźminie. A skoro Sapkowski, to i czarny kot*...
Jako swoiste uzupełnienie do recenzji książek Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk "Mariola, moje krople" i Edwarda Redlińskiego "Nikiformy" przedstawiam Wam zdjęcie kartki na mięso dla jednej dorosłej osoby z sierpnia 1989 roku oraz zdjęcie metki pralki kupionej 37 lat temu.


Dla zdyscyplinowania samej siebie i dla uświadomienia sobie, jak dużo interesujących książek przeczytałam:-) uzupełniłam zakładkę "wyzwania czytelnicze" o tytuły książek, które podczas wyzwań przeczytałam i które zamierzam przeczytać. Dzięki temu mogłam pokusić się o refleksję dotyczącą mojego zaangażowania w akcje czytelnicze. I taką, że z przyjemnością wróciłabym do wyzwania miejskiego. Jeśli komuś te spisy lektur pomogą w podążeniu nowymi literackimi ścieżkami - ucieszę się:)

* Wbrew pozorom to nie makieta.

22 styczeń 2011

Agnieszka Lingas-Łoniewska. Szósty.

Wydane przez
Fundację "Nasze Debiuty"

Jeśli ktoś polubił sposób w jaki Agnieszka Likngas-Łoniewska kreuje świat swoich powieści z pewnością spodoba mu się pierwsza z napisanych przez Autorkę książek - "Szósty".

Alicja Szymczak jest profilerem. Spotyka cudownego mężczyznę, biorą ślub, wyjeżdżają w podróż poślubną i nie wracają z niej oboje. Marcin Langer jest dowódcą Śląskiej Grupy Śledczej tkwiącym od kilku lat w związku, który istnieje dlatego, że istnieje, a nie dlatego, że Marcinowi na nim zależy. Alicja dołącza do grupy Marcina pracującej nad wykryciem sprawcy seryjnych morderstw; na Śląsku ktoś porywa kobiety, po czym - niczym Bóg, który szóstego dnia stwarzania świata, dał ludziom życie - odbiera życie więzionym przez siebie kobietom. Podczas pierwszego spotkania Alicja i Marcin uświadamiają sobie, że coś ich łączy, że to paradoksalnie nie jest ich pierwsze spotkanie.

Prostą historię Agnieszka Lingas - Łoniewska umie opowiedzieć w taki sposób, że chce się ją czytać. Nie do końca umiem określić, co sprawia, iż jej bohaterowie stają się na czas lektury niemalże rzeczywiści, ale mam pewne podejrzenia. Wydaje mi się, że Autorka odwołuje się do wzorców mężczyzny i kobiety, to bytów idealnych, które - nie ukrywajmy - towarzyszą nam od dzieciństwa. Silny, zdecydowany mężczyzna stający bez wahania przy swojej kobiecie i kochająca, nieco zbyt emocjonalna, ale przekonana o własnej wartości, kobieta gotowa poświęcić się owemu mężczyźnie. To oczywiście wersja szalenie uproszczona - od niej tworzone są różnego typu mutacje, ale także one - podane w sposób tak umiejętny, jak w książkach Agnieszki Lingas-Łoniewskiej -  powodują szybsze bicie serca i wypieki na policzkach czytających.

Ciekawa jestem bardzo Waszej opinii:)

21 styczeń 2011

Katherine Howe. Zaginiona księga z Salem.

Wydane przez
Wydawnictwo Niebieska Studnia

Akcja powieści toczy się w dwóch planach czasowych. Obserwujemy wydarzenia zachodzące w mieście Salem w 1692 roku, poznajemy w szczegółowy sposób losy jednej z oskarżonych o czary kobiet, Deliverance Dane i przyglądamy się, niemal trzysta lat później, życiu młodej doktorantki, Constance Goodwin, która w rodzinnym, opustoszałym domu z XVII wieku odkrywa tajemnicę swoich przodkiń.

Autorka pokazuje w książce, jak wielkie znaczenie dla żyjących w XVII wieku ludzi miało słowo, tym większe jeśli było to słowo oskarżające o zastosowanie czarów. To, czego ówcześni nie potrafili wyjaśnić w żaden sposób przypisywano złym mocom, tworzono historie (dziś traktowane z przymrużeniem oka) o  sabatach czarownic, spółkowaniu z diabłem, czy  innych przypisywanym opętaniu szatańskiemu działaniach. Katherine Howe daje czytelnikom pod rozwagę faktyczne istnienie czarów. Istnienie mocy, która pozwala uzdrawiać, widzieć chorobę w innym, dostrzegać przyszłość lub odczuwać doświadczenia innych ludzi. A jak widzi się czary dzisiaj? Matka Constance, Grace, jest przez córkę traktowana z pewnym brakiem zrozumienia. Kobieta oczyszcza aury, wypala znaki ochraniające, używa czegoś, co nazywa oczyszczającą energią czerpiąc ze źródeł bioenergoterapeutycznych. Przyznajmy - patrzymy na różdżki, wahadełka i inne związane z rozmaitymi kultami przedmioty i obyczaje z obojętnością podszytą kpiną. I tylko Kościół - w formie zdecydowanie innej niż trzysta lat temu - przypomina, że sięganie po moce, których siły, ani pochodzenia nie znamy, jest dla nas niebezpieczne.

Constance czerpała z doświadczeń kobiet z rodziny, czerpała ze swojej - dopiero co odkrytej - mocy. Walczyła o miłość, a to daje niejednej kobiecie, nie tylko potomkini czarownic, wyjątkowe umiejętności;)

Zainteresowała mnie rozmowa o znaczeniu imion jaką Constance prowadziła ze swoim profesorem Manningiem Chiltonem. Gdy pada imię Deliverance Chilton mówi:

"- Oczywiście. Purytanów, jak pani wiadomo, cechowało duże upodobanie do imion pochodzących od cnót kardynalnych.
- To prawda - przytaknęła. - Sądziłam jednak, że na ogół woleli imiona biblijne. Sara, Rebeka, Maria... 
(...)
- Ma pani rację - przyznał Chilton. - Ale cnoty też szalenie im się podobały i imiona tego typu były często spotykane. Chastity, Mercy i tym podobne." (ss. 77 - 78)

Wątpiąc w swoją znajomość angielskiego sięgnęłam do słownika i wyjaśniłam sobie, iż "Deliverance" oznacza  oswobodzenie, wybawienie, "Chastity" - czystość, niewinność, a "Mercy" - litość i miłosierdzie. Hm... Cnoty kardynalne to: roztropność, sprawiedliwość, umiarkowanie, męstwo. Imiona, o których mowa w zacytowanym dialogu, łącznie z imieniem głównej bohaterki, bliższe są w moim odczuciu owocom łaski Ducha Świętego. Zastanawiam się, na którym etapie - tworzenia powieści, czy jej tłumaczenia, popełniono pomyłkę.

Powieść czyta się szybko, dobrze, a pewne sprawy, w które z trudem przychodzi nam uwierzyć, możemy bezpiecznie przypisać czarom. Wędrówki czasowo do jakich zaprasza nas Autorka nadają książce uroku i angażują w tajemnicę. A dodatkowego smaczku "Zaginionej księdze z Salem" dodaje fakt, iż Katherine Howe jest pra, pra, pra... wnuczką Elisabeth Howe i Elisabeth Proctor oskarżonych o czary w procesach z Salem z 1692 roku.

P.S. Oficjalna strona książki.

19 styczeń 2011

Zofia Tarajło-Lipowska. Kumpel kota, też kot.


Wydane przez
Wydawnictwo Radwan

Opowieść Zofii Tarajło-Lipowskiej przedstawia czytelnikom Kota, Kumpla tegoż Kota, też kota, Misia oraz będącą narratorką kobietę zapewniającą owym stworzeniom dach nad głową i pełne miski.

Niewielkich rozmiarów książeczka przedstawia trzydzieści historii opisującej codzienność wspólnego kocio-ludzkiego życia. Zwierzęta ze swoją panią rozmawiają o sąsiadach, dzielą się upodobaniami kulinarnymi, planują na co wydać zarobione pieniądze i rozważają to, kogo słucha komputer. Są też mniej wesołe chwile, czyli wizyta u weterynarza, choroba, zaginięcie, krótki łańcuch psa sąsiadów.

Całość jest serdeczną opowieścią o tych, których się kocha. Żałuję tylko, że książka nie ma wyraźniej określonego odbiorcy. Niektóre z wydarzeń są przedstawiane tak, jakby z zamysłu Autorki kierowane miały być do dzieci, inne, uderzając w nieco poważniejszy ton, sugerują, że czytelnik powinien być dorosły. Gdyby zadbano o to, lektura byłaby zdecydowanie przyjemniejsza.

Henning Mankell. Niespokojny człowiek.

Wydane przez
Wydawnictwo W.A.B.

Świadoma tego, iż "Niespokojny człowiek" jest ostatnią książką szwedzkiego Autora, w której spotkać można Kurta Wallandera, dawkowałam sobie lekturę. Czytałam powoli, robiłam mnóstwo innych rzeczy pomiędzy czasem poświęconym książce, by nie przeczytać zbyt szybko, by nie czuć niedosytu.

Kurt Wallander zbliża się do sześćdziesiątki. Kupuje dom za miastem i psa spełniając swoje marzenia. Gdy rodzi się jego wnuczka zaczyna czuć - bardziej niż dotychczas - to wszystko, z czym wiąże się bycie seniorem rodu, bycie człowiekiem starszym. Jednocześnie, wciąż przecież pracując, oddaje się temu, co umie najlepiej - rozwiązywaniu tajemnic kryminalnych. 

Tematyka powieści opierająca się na zimnej wojnie i teoriach szpiegowskich jest w jakiś, wręcz fascynujący, sposób odpowiednia kondycji psychicznej Wallandera. Próba dostrzeżenia w przeszłości przyczyn zagadek współczesnych sprawia, że bohater Mankella ma czas na swoje prywatne podróże w przeszłość.

Szczególnie uderzyła mnie jedna z obserwacji poczyniona przez Wallandera. Otóż uświadamia on sobie, że okresie sprzed upadku ZSRR, nigdy nie zastanawiał się nad życiem ludzi w republikach nadbałtyckich, czy Polsce. Jak gdyby owa żelazna kurtyna miała moc wymazywania myśli o codzienności za nią, a sprzyjała uderzaniu w wielki - polityczny - ton.

Trudno żegnać się z Kurtem Wallanderem. Ale Henning Mankell doprowadził nas do chwili, w której to rozstanie jest nieuniknione, w której musimy pozwolić Kurtowi odejść.

P.S. Zanim zaczęłam czytać "Niespokojnego człowieka" obawiałam się, że twarz bohatera literackiego będzie tożsama z twarzą Kennetha Branagha. Nie była. Jednak podczas lektury miałam przed oczyma plenery obecne, niczym jeden z bohaterów, w serialu BBC zrealizowanym na podstawie prozy Mankella.

18 styczeń 2011

Małgorzata Gutowska-Adamczyk. Mariola, moje krople...


Wydane przez
Wydawnictwo Świat Książki

Akcja najnowszej powieści Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk przenosi nas w rok 1981, do teatru na prowincji. Pracowników teatru łączy specyficzna więź, a to, że wśród nich są trzy żony (i kandydatka na kolejną) dyrektora, ubarwia relacje między podwładnymi usiłującego trzymać teatr twardą ręką Zbytka. Jednak, gdy w teatrze szykuje się premierę Holsztyńskiego i przedstawienie pastorałkowe, w pokoju reżysera ukrywa powielacz, a w piwnicy świnię i produkcję bimbru, utrzymanie stanowiska i porządku wydaje się być wyjątkowo trudne. No, i jeszcze towarzysz Martel, który z nieznanych nikomu powodów postanowił włączyć się w pracę teatru przygotowującego premierę na, mającą się odbyć 12 grudnia, wizytę gości zza wschodniej granicy i który wykazując się całkowitą nieznajomością polskiej dramaturgii każe grać Mrożka zamiast Słowackiego.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk obsadziła swoją powieść w realiach, którą część z czytelników pamięta, część zna ze słyszenia. Opierając się na pewnych, wrośniętych już w ludzkie myślenie, obrazach dotyczących początku lat osiemdziesiątych Autorka stworzyła klimat groteskowej opowieści, w której świetnie odnajdą się dostrzegający w czasach PRL-u elementy komiczne. Specyfika językowa powieści podkreśla ów absurdalny wydźwięk opowiadanej przez Małgorzatę Gutowską-Adamczyk historii, a pojawiające się postacie, równie charakterystyczne dla opisywanych czasów co słyszana wówczas mowa, dopełniają kolorytu i uwiarygadniają opowieść.

Mimo żartobliwej wymowy książki "Mariola, moje krople" trudno mi zlekceważyć fakt, iż to, o czym pisze Autorka jest prawdziwe. Ludzie tak mówili, tak próbowali żyć, tak się zachowywali. I nie chodzi mi tu o wielość dyrektorskich żon;) Czasy, w których społeczność miasta elektryzowała wiadomość, że w jednym sklepie można kupić masło, w których kupowało się to, co było w sprzedaży, a nie to, co potrzebne, a żeby napić się alkoholu trzeba go było sobie (pod karą więzienia) wyprodukować, to nie twór wyobraźni Autorki.

Mam wrażenie, że o ile, przywoływane w recenzjach, filmy Stanisława Barei bardziej przemówią do tych, którzy żyli w przedstawianych przez reżysera czasach, to książka Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk lepiej trafi do gustu tym znającym PRL z opowieści. Będzie im łatwiej skupić się li i jedynie na komediowej odsłonie opowieści. Ale czy Autorce na pewno o to chodziło?

Przekonajcie się:)

P.S. Książka ukazała się też w wersji audio.

17 styczeń 2011

Józef Bocheński OP. Listy do ojca.


Wydane przez
Wydawnictwo Salwator


W książce opublikowano listy, które Józef Maria Bocheński pisał do swojego ojca, Adolfa Bocheńskiego, od października 1931 do maja 1936. Adolf Bocheński zmarł 6 czerwca 1936.

W latach, z których pochodzą listy, Józef Bocheński przebywał w Rzymie - najpierw studiując teologię na Collegium Angelicum, a później wykładając tam logikę.

Te listy to najwcześniejsze teksty Bocheńskiego, które czytałam. Najpierw były książki, w tym długa rozmowa z Janem Parysem zatytułowana "Między logiką a wiarą", ale to wszystko to był już wielki ojciec Bocheński, profesor, kolega Quine'a, Poppera, Tarskiego czy Carnapa - listy przyszły później.

Piękne te listy są. Pięknie pisze Bocheński do swojego ojca. Pisze np. tak: "Do widzenia, Kochany Tatusiu! (...) Ręce Jego całuję i modlitwom się polecam".

Bocheński pisze o ludziach, pośród których żyje, a mnóstwo tam wielkich postaci. Pisze o Rzymie - współczesnym i historycznym. Pisze o filozofii i teologii. Pisze o swojej pracy - o publikacjach, o referatach wygłaszanych na sympozjach, o wykładach. Pisze o sobie. O najzwyklejszych codziennych sprawach o tym, że wydawnictwo zapłaciło mu za tekst dwa dolary, że musi kupić sobie znaczki pocztowe, że wczoraj nie wysłał listu, bo nie miał koperty... O swoim miejscu do pracy pisze tak:

"Jest g. 6. Jestem już po śniadaniu, bardzo wobec postu chudym i siedzę w czapce przed moim wielkim stołem obitym zielonym papierem, na stole stoi lampa i kałamarz, zresztą nic, bo wszystkie papiery trzymam na drugim stole, umieszczonym pod kątem prostym do pierwszego: to jest doskonała metoda, zwłaszcza, że z drugiej strony mam tuż koło krzesła bibliotekę, w ten schemat [...], tego systemu nauczyłem się od... Clemenceau, którego gabinet widziałem na fotografii."

A tu Bocheński w swojej pracowni we Fryburgu Szwajcarskim:
[Zdjęcie pochodzi z książki "Między logiką a wiarą. Z Józefem M. Bocheńskim rozmawia Jan Parys." wydanej przez Noir Sur Blanc. Warszawa 1998.]

Świetnie czyta się te listy. Mnie urzekły przede wszystkim dwie rzeczy. Najpierw to, z jaką determinacją Bocheński chce się uczyć, chce wiedzieć, chce zajmować sie problemami, które go pasjonują i które są przecież bardzo trudne. Pisze Bocheński do ojca: "Powiadam Tatusiowi, że nie ma nic ciekawszego niż samodzielna praca naukowa". Kiedy czytam te listy, to rozumiem, przynajmniej trochę rozumiem, w jaki sposób ten człowiek dokonał w swoim życiu tylu wielkich dzieł.

Druga sprawa - Bocheńskiemu nie przychodziło łatwo wyrażanie uczuć. Pisze:

"Niestety, mam taką naturę, że im jakieś uczucie jest głębsze, tym trudniej jest mi wyrazić! To jest pod pewnym względem katastrofalne, bo będąc na przykład człowiekiem głęboko religijnym nie jestem w stanie o rzeczach religii pewnych mówić, chyba w sposób najzupełniej racjonalistyczny, a tymczasem mam za powołanie właśnie o religii mówić - Orda Praedicatorum! Mam takie wrażenie, że na przykład moje zamiłowanie do logiki ścisłej jest niczym innym, jak chęcią schowania się za parawanem najzupełniej zimnych formułek."

A jednak pięknie pisał o swoich uczuciach. W ogóle pięknie pisał - ten język staromodny, ta precyzja myśli.

Na koniec jeszcze jeden cytat - pisze to człowiek młody, zaledwie trzydziestotrzyletni, ale jakże już wtedy mądry:

"Taki już jest los logika, i muszę się z tym liczyć, że jeśli Pan Bóg da pożyć i popracować przez 20 lat, będę na starość najzupełniej odosobniony, bo mnie nikt nie będzie mógł zrozumieć."

16 styczeń 2011

Niedzielnik nr 10

Poprzez bloga, który podczytuję z podziwem dla zamiłowania do szperania w Sieci i wydłubywania z niej różnych ciekawostek trafiłam na stronę, na której dowolnie wybrany napis można przerobić na pochodzący z Japonii, ale coraz częściej stosowany w naszej codzienności, kod QR. Adres mojego bloga w formule QR wygląda następująco:
Wkrótce na blog wróci literatura skierowana do dzieci. Tym chętniej będę ją przedstawiała, że zgromadziłam kilka szczególnie wartych uwagi propozycji skierowanych do najmłodszych.


Chodzi mi ostatnio po głowie (częściowo pod wpływem lektury "Książek zakazanych"), by czytane książki łączyć z ich ekranizacjami. Jeszcze nie wiem od czego zacznę i kiedy, ale z pewnością spróbuję takiego zestawu. 

Zauważyłam, że czytanie tematyczne jest w moim przypadku o wiele bardziej skuteczne niż wyzwania czytelnicze. Aby przeczytać zadeklarowane w wyzwaniach książki połączę chyba obydwa pomysły - urządzę "Tydzień z..." np. reportażami, nocnym czytaniem, czy literaturą rosyjską. W taki sposób przeczytam, to co zamierzałam i nie będę musiała walczyć z wyrzutami sumienia pojawiającymi się w chwilach, w których zaglądam na wyzwaniowe blogi.

Marta Kisiel. Dożywocie.

Wydane przez
Wydawnictwo Fabryka Słów

Po "Ręce do góry, allejuja!" oplułam się kawą i popłakałam ze śmiechu. Sytuacja była o tyle niekomfortowa, że w jednej ręce miałam kubek z kawą, w drugiej książkę, a na kolanach oburzoną kotkę, która nie życzyła sobie podczas popołudniowej drzemki takich ekscesów. Zapanowałam nad chwilowym szaleństwem materii oraz własnego poczucia humoru i wróciłam do lektury.

Konrad Romańczuk, mężczyzna około trzydziestoletni, którego środowiskiem naturalnym jest miasto, odziedziczył po bliżej nieznanym sobie przodku dom stojący gdzieś w środku lasu. W zapisie testamentowym była formuła o dość tajemniczo brzmiącym dożywociu, ale Konrad w osobliwej sytuacji życiowej nie zwraca na to uwagi, wynajmuje swoje mieszkanie koledze, pakuje tico aż po dach i wyrusza na poszukiwania Lichotki. Na miejscu wita go dwustuletni cud architektury gotyckiej  i opiekun domu, Szymon Kusy. W domu natomiast... Ha! W domu czeka na Konrada anioł Licho, kotka Zmora, cztery utopce, potwór wielomackowy Krakers i panicz Szczęsny będący widmem. I tak się zaczyna przeurocza, intensywnie nasycona humorem opowieść.

"Dożywocie" to doskonała lektura. Postacie zapełniające książkę są szalenie oryginalne, w szaleństwie swym wyjątkowo uparte, a przez to ujmująco sympatyczne (oczywiście poza tymi, które zagrażają w jakikolwiek sposób Lichotce i jej mieszkańcom).  Podziwiam wyobraźnię Autorki, jeszcze mocniejszym podziwem obdarzam jej umiejętności snucia historii i dziś oficjalnie zapowiadam, iż w ciemno decyduję się przeczytać wszystko, co Marta Kisiel napisze. 

A teraz bym chciała wybrać się do Licha na kawę:)

Znalezione pod choinką - podsumowanie


Wczoraj skończyło się wyzwanie okołoświąteczne. W ramach wprowadzania się w nastrój bożonarodzeniowy przeczytałam:


Jeffrey Archer. Pierwszy cud.
Maeve Binchy. W tym roku będzie inaczej.
Eric Malpass. Od siódmej rano.
John Grisham. Ominąć święta.
Małgorzata Gutowska-Adamczyk. Niebieskie nitki.

Obejrzałam, przeczytałam, pośpiewałam:


Joanna Papuzińska. Wędrowcy.
Opowiadania wigilijne.
Wanda Chotomska. Kolędy i pastorałki.
Grzegorz Kasdepke. Rózga.


Obejrzałam:

Świąteczna historia
Czekając na cud
Holiday
To własnie miłość

Bardzo dziękuję Manii czytania za zorganizowanie wyzwania. Spotkamy się na wyzwaniowej stronie w grudniu?

15 styczeń 2011

Agnieszka Osiecka. Czytadła. Gawędy o lekturach.


Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Teksty Agnieszki Osieckiej zamieszczanie niegdyś w "Ex Librisie" dodatku do Życia Warszawy traktujące o książkach w sposób najzupełniej dowolny i uroczo nieuporządkowany w jakiejkolwiek kategorii, zebrano i wydano w książce zapewniając miłośnikom twórczości Osieckiej miły prezent. Ja, choć wyznawczynią talentu pisarki nie jestem, sięgnęłam po "Czytadła" zwabiona, a jakże, tytułem.

Agnieszka Osiecka pisze o prozie i poezji, o literaturze światowej i polskiej, formach krótkich i znacznie dłuższych, a wszystko to z żarem, rozmiłowaniem w słowie, czasami żartem, a czasami dostojną powagą. Tekst o tym, że nie powinno się pisać o twórczości osób które się zna wiedzie ku konstatacji, że w Polsce trudno kogoś nie znać i ku przedstawieniu prozy Huellego, gruntowna analiza powieści Danielle Steel [ostatnio w bibliotece widziałam książkę pt.: "Cala prawda o Danielle Steel", co zdumiało mnie ogromnie] sprzyja wyznaniu, że poetka czytać beletrystyki czytać nie umie, a tytułem "Pit-u polonistycznego" okrasza autorka rozważania o poradniku "Jak redagować wypracowania z języka polskiego".

"Ciekawa jestem, jakie Państwo maja kalendarzyki. Założę się, że albo te znalezione pod choinką, albo zagraniczne jakieś, bo to miło, albo wycyganione od zaprzyjaźnionej firmy, albo byle jakie, kupione w pośpiechu.
U mnie to bardzo długo trwa, zanim się wprowadzę do nowego kalendarzyka: bywa, że do kwietnia. Najpierw sprawdzam, czy się łatwo otwiera, potem -czy nie ma rubryczek w poziomie, a potem czytam od deski do deski, co tam jest napisane małym druczkiem, na początku i na końcu.
[Kalendarzyk. s. 58]

Zamyśliłam się po przeczytaniu tych zdań. Jakie towarzyszą mi kalendarze? Kiedyś - małe, werbistowskie. Później różne formatu zeszytu, w których notowałam przeczytane książki, wszelkie podróże (a jeździłam wówczas dużo), wklejałam bilety, wpisywałam adresy, telefony do znajomych. Raz kupiłam kalendarz NG i był to rok marzeń o wielkiej podróży. Przez jakiś czas używałam kalendarzy nauczycielskich, gdzie początek roku wyznaczał wrzesień, później przerzuciłam się na małe - ot, takie, by popełnić w nich malutka notatkę, wrzucić do torebki i  - niestety - często zapomnieć. Wraz ze zbliżającym się rokiem 2011 poczułam, że chcę mieć duży, solidny kalendarz. Taki, który wejdzie tylko do dużej torebki, w którym będzie można zapisać i książki, i zakupy, i tajemnice. Który pomoże zaplanować, wyznaczyć drogę do spełnienia marzeń, który będzie mnie dyscyplinował. Inaczej, niż Agnieszka Osiecka, nie miałam problemu, by się do swojego kalendarza wprowadzić. Zrobiłam to w dniu, w którym go dostałam. I nawet wybrałam czym będę w nim pisać. Muszę tylko zadbać, by mieć przy sobie też coś, co zostawi na kartkach ślad inny niż szary. Bo choć szarość to też kolor, czasami trzeba mi czerwieni lub zieleni.

A Wy jakie macie kalendarze? Takie do notowania, czy takie na ścianach, które ozdabiają dom? Poprzestajecie na komputerowo-telefonicznych notatkach, czy świadomie zapisujecie kolejne kartki odnotowując wydarzenia minionego dnia? Bardzo jestem ciekawa.

14 styczeń 2011

Światłość świata. Benedykt XVI w rozmowie z Peterem Seewaldem.


Wydane przez
Wydawnictwo Znak

W chwili gdy już, już zaczynałam lekturę Osieckiej trafiła w moje ręce rozmowa niemieckiego dziennikarza z Benedyktem XVI. Czekałam na nią od pierwszych zapowiedzi, więc sami rozumiecie - miała pierwszeństwo.

Peter Sewald rozmawiał z Papieżem codziennie godzinę,  przez sześć dni kończących pobyt Ojca Świętego w Castel Gandolfo. Czy sześć godzin to dużo, czy mało? Z książki wynika, że w sam raz. Owszem - są pewne kwestie, które kuszą, by poświęcić im więcej czasu i miejsca, ale treści  i poruszane tematy są dobrane idealnie do formy w jakiej zostały opublikowane, do tego, by trafić do wielu czytelników.

Kiedy w kwietniu 200 roku żegnaliśmy Jana Pawła II wydawało się, że jego następcy trudno będzie sprostać legendzie Papieża Polaka. Wybór niemieckiego kardynała był szeroko dyskutowany w środowisku ze względu na uwarunkowania polityczne, na kwestie dialogu międzyreligijnego. Minęło już ponad pięć lat od chwili, gdy Joseph Ratzinger przybrał imię Benedykta  i stanął na czele Kościoła katolickiego. Za jego czasów z herbu papieskiego zniknęła tiara będąca symbolem ziemskiej władzy, a pojawił się paliusz. Ale to nie jedyne zmiany.

Seewald pyta Papieża o sprawy najróżniejsze. Zaczyna od tych bliższych codzienności - o pierwsze wrażenia po konklawe, o relację z Janem Pawłem II, życie domowe, wypoczynek, posiadanie portfela, ulubiony zegarek i specyfikę papieskiej modlitwy. Porusza też tematy trudne - nadużycia seksualne w Kościele, ekskomunikę lefebrystów, kwestię środków zapobiegawczych AIDS, celibatu i ogólnie ujmując - zmian jakie w Kościele chcą wprowadzić w imię postępu ci, którzy najczęściej do Kościoła nie należą, ale z nieznanych przyczyn uważają, że wiedzą jak powinno funkcjonować to, co istnieje już ponad dwa tysiące lat bez ich rewolucyjnych pomysłów.

Po lekturze "Światłości świata" wzmocnił się mój szacunek do Benedykta XVI. Ze słów Papieża wyłania się inny Kościół niż ten o jakim mówią nam media. Zobaczcie jaki jest Kościół XXI wieku.

13 styczeń 2011

Agata Widzowska-Pasiak. Myszka Precelka szuka przyjaciela.

Wydane przez
Wydawnictwo Wilga

Myszka Precelka mieszka w bibliotece. W starych szufladkach katalogowych uwiła sobie gniazda cała mysia rodzina - rodzice Precelki, jej dziesięciu braci, dziadek i ciocia mysiej dziewczynki. Oczywiście w bibliotece mieszka też kot oraz, w niewielkim mieszkaniu przytulonym do biblioteki, Pani Ola, bibliotekarka.

Myszka Precelka, w pierwszej części swoich przygód, postanawia poszukać przyjaciela. Nauczyła się czytać i chciałaby móc z kimś rozmawiać o tym, co wie, dzielić się urodą poezji, cieszyć się z kimś wspólnie szczęściem czerpanym z literatury. Po rozmowie z dziadkiem na temat przyjaźni wyrusza na poszukiwanie kogoś bliskiego.

Precelka jest rezolutnym stworzonkiem. Uparcie dąży do osiągnięcia celu, lubi dobrze zastanowić się nad tym, co i w jaki sposób przeprowadzić, by nieść pomóc innym. Ma również wielce sympatyczny zwyczaj - dzień kończy wpisem do tajnego sekretnika. Myszka Precelka zapisuje tam, w postaci wniosków, obserwacje z minionego dnia.

Precelka budzi sympatię. W końcu to mysz biblioteczna:) Myślę, że dzieci polubią bohaterkę książek Agaty Widzowskiej-Pasiak, a dorosłym spodoba się zamysł opowieści.

Ilustracje wykonała Aleksandra Michalska-Szwagierczak. Doskonale budują one, wraz z tekstem, historię Myszki Precelki.

12 styczeń 2011

Edward Stachura. Dzienniki. Zeszyty podróżne 1.

Wydane przez
Wydawnictwo Iskry

Jest wiele sposobów na to, by pisać o Stachurze.  Wiele słów, od których mogłabym zacząć opowieść o jego, dotychczas niepublikowanych, tekstach. Tylko trudno mi znaleźć te właściwe.

"Dzienniki" Edwarda Stachury są specyficzne, takie bardzo "stachurowe". Znajdziemy w nich i uwagi związane z tym, co pisał, i notatki dotyczące odjazdów pociągów, wrażeń z podróży, znajdziemy zdania, które później znalazły się w jego wierszach, czy prozie, krótkie zapisy obserwacji z miejsc, spotkań. 

Krótkie zdania. Celne. Wymagające nieustającej uwagi, zaburzające rytm czytania. A przy tym frazy przepięknie się snujące, porywające melodią, opowiadające nawet zwyczajną rzecz w niezwykły sposób.

"Rozdzierający jak tygrysa pazur antylopy plecy jest smutek człowieczy".

Dla mnie ta książka ma szczególne znaczenie. Zaczęłam znajomość z Autorem od utworów muzycznych, wykonywanych przez... Właśnie... Wydawało mi się dotychczas, że przez Jacka Kaczmarskiego, ale teraz naszły mnie wątpliwości. Może to był Marek Gałązka, choć on wydaje mi się za łagodny w stosunku do tego co pamiętam... Wiem, że słuchałam aż do zatarcia muzyki zgranej na kasetę od kogoś, kto również zgrał ją od kogoś. (Kto miał oryginał - nikt nie wie.) Czas jakiś później odkryłam Stare Dobre Małżeństwo, by wreszcie wrócić do źródeł. Na półce szkolnej biblioteki odkryłam pięciotomowe wydanie* utworów Edwarda Stachury i przepadłam. Przepisywałam obszerne fragmenty do zeszytu, po wielokroć do nich wracałam, znałam niemalże na pamięć.

Echa emocji odczuwanych lata temu pojawiały się teraz, podczas czytania "Zeszytów podróżnych". Czytałam o spotkaniach Autora z przyjaciółmi, z ludźmi przypadkowymi, odkrywałam jego wrażliwość, patrzyłam na świat jego oczyma. " Są ludzie, z którymi gdy się rozmawia, to nie ma żadnej rozmowy, bo oni rozmazują rozmowę. Rozmowa z nimi rozmazuje się. (...) Są ludzie, z którymi, gdy się żyje, to nie ma żadnego życia. Rozmazują istnienie." [s.286]

Polecam gorąco. Tym, którzy już zdążyli się zachwycić twórczością Edwarda Stachury i tym, którzy mają ów zachwyt jeszcze przed sobą.

* Marzę o tych pięciu tomach. Gdyby ktokolwiek kiedykolwiek chciał mi zrobić prezent, to poproszę:)

11 styczeń 2011

Edward Redliński. Nikiformy.


Wydane przez
Wydawnictwo Muza

Wciąż zepchnięta na manowce podczytuję to i owo. W ten sposób w ręce wpadła mi książka, która po raz pierwszy wydana była 1982 roku, a materiał do której stanowiły różne tzw. dokumenty życia powstałe w latach siedemdziesiątych. O jakich dokumentach życia mówię? O zapisach z "Książki skarg i wniosków", o menu restauracyjnych i barowych, o listach do redakcji, skargach do wszelkich urzędów, o zapisach w pamiętnikach, czyli tym wszystkim, co pisali ludzie w ówczesnym czasie, co było dla nich istotne na tyle, by przelać na papier i dostarczyć nam, żyjącym kilka dekad później, doskonałe świadectwo tamtych dni.

Andrzej Łucek z Białegostoku kupił 2 kwietnia 1974 roku kanapę wrożną za 6470 zł. Po niespełna roku skierował do sprzedawcy reklamację - kanapa pofałdowała się, zapadła, nie nadawała się do użytku. Korespondencja, skrupulatnie zacytowana przez Redlińskiego, między klientem, sprzedawcą i producentem znalazła finał w lutym 1976 roku, kiedy to producent nakazał klientowi zgłosić się do sklepu po nowa kanapę i 250 zł różnicy między ceną kanap.

"W czasie konsumpcji obiadu stwierdziłam, że kelnerki na widok karaluchów znajdujących się na sali patrzą obojętnie. Ponadto na stoliku przy którym jadłam obiad 'łaziły' karaluchy. Niestety nie mogłam zjeść kupionego obiadu. W tak czystej restauracji. 
Chancewicz Helena, Sokółka.
W odpowiedzi na zgłoszoną skargę wniosek wyjaśniam, że Dezynsekcja została zgłoszona. Ze względu na brak środków Zakład DDO nie może dokonać.
(podpis kier. zakładu)" [s. 89]

Wśród zgłoszonych do Młodzieżowego Biura Patentów wynalazków znaleźć można łyżeczkę z dziurką, aby nieobyci kulturalnie mogli łyżeczką herbatę mieszać, ale nie mogli z niej pić, masło w aerozolu (bo na biwakach jełczeje), kopertę, którą da się otworzyć w całości tak, by w jej wnętrzu pisać (miało to przeciwdziałać długim listom i sprzyjać zwięzłości wypowiedzi pisemnych) i wagony sypialne dla chrapiących. 

Codzienność lat siedemdziesiątych uderza, nie tylko dziś, absurdalnością. Chwała Edwardowi Redlińskiemu (kto nie czytał "Konopielki" niech czyta!) za to, że poświęcił uwagę temu, co stanowi w dużej mierze obraz życia w latach w PRL-u,  temu, co dziś może śmieszyć, ale też wywołać refleksję nad warunkami życia, nad tym jak traktowano ludzi, w jakim świecie żyli nasi rodzice, co było normą. Wnioski wiodą do porównań z czasami obecnymi, ale tego musicie dokonać już sami.

*   *   *

Gdy czytałam "Nikiformy" zgasło światło. Przed domem było, na korytarzu było, tylko w mieszkaniach nie. Siedzieliśmy w ciszy przy świecach ponad dwie godziny. Dziwnie jest, w świecie na prąd, nie mieć prądu. 

10 styczeń 2011

Maeve Binchy. Głogowy gaj.

Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński - S-ka

"Głogowy gaj" czekał na lekturę już dość długo. Gdy okazało się, ze wkrótce powinien wrócić na biblioteczne półki zmobilizowałam się i przeczytałam (nie lubię oddawać książek, których nie przeczytałam). Okazało się, że to idealna lektura na aktualne warunki pogodowe. A już czytanie jej z dwoma kotami ułożonymi na sobie stanowi prawdziwie szczęśliwe dopełnienie wyobrażań o miłym wieczorze.

Na obrzeżach miasta Rossmore, w głogowym gaju, jest studnia. Do jej patronki, Św. Anny, pielgrzymują ludzie z miasteczka, okolicznych miast, całej Irlandii, a także z zagranicy. Wierzący w moc sprawczą Św. Anny proszą ją o męża, dziecko, zdrowie, rozwiązanie kłopotów, żonę i mnóstwo innych, znanych tylko pielgrzymującym, spraw.

Maeve Binchy przedstawia losy różnych osób związanych z Rossmore. Co ciekawe - każdą z historii opowiada dwoje ludzi - żona i mąż, siostry, rodzeństwo, pracownica i właściciel salonu fryzjerskiego, jedno z rodziców i dziecko. Ich historie tworzą barwny kolaż, obraz mieszkańców miasta, odzwierciedlają jego klimat. Problemy osób portretowanych w "Głogowym gaju" są zwyczajne - od kogoś odszedł mąż, ktoś drugiemu zazdrości pogody ducha, kogoś irytuje się czyimś dobrobytem, a ktoś inny, z pomocą Świętej, odnajduje osobę sobie bliską.

Nie odkryłam jeszcze co stanowi o uroku książek Maeve Binchy. Wiem jednak, że ich lektura budzi pragnienie, by wierzyć w dobry świat.

07 styczeń 2011

Grzegorz Leszczyński. Bunt czytelników. Proza inicjacyjna netgeneracji.

Wydane przez
Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich

"Czytanie jest postrzegane przez współczesne zinfantylizowane społeczeństwo jako forma zachowania nieoczywistego. Oczywiste dla młodego pokolenia jest korzystanie z telefonu komórkowego i Internetu, czytanie jest pewnego rodzaju dziwactwem, na które pozwolić może sobie każdy, ale nie każdy odczuwa tego rodzaju potrzebę." [s. 129]

O tej książce piszę od rana. Zaczęłam wpisując cytat, później musiałam zająć się czymś innym, jeszcze później usiadłam, by przejrzeć ją raz jeszcze i oto proszę - wieczór w pełni, a ja stukam w klawiaturę.

"But czytelników" nie zaczyna się optymistycznie. Profesor Leszczyński demaskuje to, jak przedstawiana jest we współczesnej literaturze dziecięci-młodzieżowej rodzina. Przywołuje powieść Tomka Tryzny nazywając młodych ludzi pokoleniem Nikt, obnaża patologiczne relacje rodzinne, dziedziny życia młodzieży, które niegdyś uważano za niewłaściwe dla nich ze względu na młody wiek. Przemoc, alkohol, seks - tacy są młodzi w książkach, takie są ich rodziny.

Drugi duży rozdział poświęcony jest kulturze czytania i tworzenia literatury takiej, która będzie czytana przez młodych ludzi. Autor odnajduje w literaturze teatr, misterium, happening, wiedzie inspirowany poglądami Platona i Arystotelesa dyskurs o Księdze. Stawia również tezę, że książki przeczytane w dzieciństwie stanowią martycę i kształtują nasze literackie gusty, że to od nich zależy co czytać będziemy mając lat naście lub więcej.

W trzeciej części Autor pyta o to, jaka powinna być współczesna literatura kierowana do młodego odbiorcy i czy nadal powinna cechować ja funkcja poznawcza. Zwraca uwagę na specyfikę niektórych z lektur, które nie zamykają czytelnika w sobie, a podpowiadają mu dalsze ścieżki literackie, odwołują do tekstów osadzonych w kulturze europejskiej i tych, które są na nich budowane opatrzone kodem zrozumiałym dla nas wszystkich. Przywołuje idee spotkania z sobą i spotkania z innym obecne w literaturze.

Wiele jest w tej książce wątków, pomysłów, interpretacji. To, o czym napisałam stanowi zaledwie sygnalizowanie bogactwa treści przekazywanych czytelnikom przez Grzegorza Leszczyńskiego. Zachęcam serdecznie do lektury.

P.S. Uwagi do Wydawcy:
- Interlinia '1' jest potwornie męcząca w czytaniu.
- Brak bibliografii przy tak dużym opracowaniu naukowym jest zawstydzający.

06 styczeń 2011

Sprawdziłam czym wydawnictwa kusić nas będą w 2011 roku. Na wielu stronach są plany na najbliższe miesiące. Moje oko i serce zatrzymały się na:


A na co Wy czekacie?

Vadim Makarenko. Tajne służby kapitalizmu.


Wydane przez
Wydawnictwo Znak

Dałam się poprowadzić na manowce. Dźgnięta ku zainteresowaniu się książką Makarenki podczas wywiadu przeprowadzonego z nim przez Marcina Wilka, zamówiłam "Tajne służby kapitalizmu", a odebrawszy je - spędziłam z nimi wieczór i noc.

Wśród opinii zamieszczonych na stronie tajnesluzbykapitalizmu.pl znalazłam wypowiedź, z której wynikało, że Makarenko nie pisze o niczym nowym. Może i nie o nowym, ale o czymś, co rzadko zaprząta naszą uwagę i nad czym nie myślimy tak często, jak - co się okazuje w tej właśnie książce - powinniśmy.

Dostajecie/kupujecie sporo książek. Co robicie z kopertami, pudełkami? Koperty wrzucam najczęściej od razu do kosza na poczcie, reszta trafia do kontenera na papier. Nieaktualne dokumenty bankowe/ubezpieczeniowe itp. zazwyczaj palę w piecu na działce, ale czasami porwawszy je wrzucam do śmietnika. Tym sposobem mój adres, czy inne dane, wpadają w ręce osób, o których nawet nie myślę - a może świadomie nie podałabym im tych informacji o sobie? Czy wiecie ile można odczytać z naszych śmieci? Istnieją firmy, które wynajmują bezdomnych, by szperali po koszach na śmieci ustawionych w miejscach publicznych i wyciągali z nich pudełka po papierosach. Gromadząc owe pudełka zbierają dane dotyczące tego jakie papierosy palą Polacy i ile z nich pochodzi z przemytu. Zwykłe domowe śmieci? Poza elementami organicznymi (ręka w górę kto jeszcze skrobie marchewkę zamiast kupić mrożoną) stanowiącymi 1/3 tego, co wyrzucamy w domowych koszach znaleźć można informacje jaką pijemy kawę i czy z mlekiem, co jadamy do chleba, czy zażywamy leki i na co, jakich kosmetyków i detergentów używamy. Wzruszyłabym ramionami mówiąc, że to informacje bez znaczenia, ale Vadim Makarenko w swojej książce wyraźnie podkreśla jak wielki i rozrośnięty finansowo jest rynek np. proszku do prania, czy kostek do toalet.

"Tajne służby kapitalizmu" to także wiedza o najnowszych trendach, czasami mocno dyskusyjnych etycznie, w marketingu. Wiecie, że istnienie coś takiego jak neuromarketing? I, że dzięki badaniom przeprowadzonym w jego nurcie dowiedziono, że lepiej sprzedaje się kompleks witaminowy, w reklamie którego na ułamek sekundy modelka dotyka swojego uda, niż ten, w reklamie którego tego nie robi. Przerażające, prawda?

Vadim Makarenko pisze o marketingu szeptanym, o "tajemniczych klientach" mających oceniać pracę usługodawców, o tym, że Służba Bezpieczeństwa miała  aparat obserwacji ludzi podobny temu jakim dysponują współczesne służby kapitalizmu.

"Tajne służby kapitalizmu" ukazały się w 2008 roku. Myślę, że to, o czym pisze Vadim Makarenko nie zdezaktualizowało się. Jeśli już nastąpiły jakieś zmiany, to raczej w stronie jeszcze bardziej rozwiniętej inwigilacji naszych zwyczajów, upodobań, itp. To, o czym napisałam stanowi zaledwie nikły ułamek tego, co przedstawia w swojej książce Makarenko. Przeczytajcie - warto.

05 styczeń 2011

Jarosław Iwaszkiewicz. Rozmowy o książkach.


Wydane przez
Wydawnictwo Czytelnik

Jarosław Iwaszkiewicz pisywał felietony do "Życia Warszawy". W tomie "Rozmowy o książkach" przedstawiono wybór tych opublikowanych w latach 1954 - 1979. Historia szeroko pojętej kultury wyłaniająca się z tekstów Iwaszkiewicza jest doskonałym materiałem poznawczym.

"Cóż to za dziwna potrawa te książki. Nigdy się nam nie przejada!" [s. 37]. Co tydzień, poza nielicznymi wyjątkami, w wydaniu niedzielno-poniedziałkowym czytelnicy gazety znajdowali wynurzenia Iwaszkiewicza dotyczące książek, ich autorów, publikacji o muzykach, wydarzeniach kulturalnych dotykających świata literatury, animozjach na linii pisarze - filmowcy i wielu jeszcze innych sprawach. Pisze o literaturze światowej i polskiej, bawi czytelników opowiastkami z obserwacji czynionych w podróżach,  w domowym zaciszu, w powieściach, czy prasie.

Felietony Iwaszkiewicza zaludniają postaci znane nam doskonale i te nieco mniej dziś pamiętane. Skamandryci i Magdalena Kossak, Bolesław Prus, czy Julek Słowacki zwany przez Iwaszkiewicza pechowcem. Jest i Mickiewicz, jest publikacja Pauszer-Klonowskiej na temat Izabeli Czartoryskiej, różnorodne przekłady "Fausta". Iwaszkiewicz sięga pamięcią do dni, w których nawiązał współpracę z "Życiem Warszawy" i do chwil, w których do jego rąk trafiła książeczka zawierająca scenopis "Matki Joanny od Aniołów" autorstwa Jerzego Kawalerowicza (nie znalazła się w niej informacja o inspiracji literackiej tegoż filmu), rozważa zasadność publikacji dzienników, szczególnie gdy ich autor jeszcze żyje.

"Rozmowy o książkach" Jarosława Iwaszkiewicza to fascynująca podróż literacka. Przede mną jeszcze lektura "Dzienników" - wiele sobie po niej obiecuję czytelniczej przyjemności.

04 styczeń 2011

Krystyna Bęczkowska. Opowiadania i opowieści dla młodzieży po roku 1970.

Wydane przez
Oficynę Wydawniczą Impuls

Pod koniec listopada przedstawiałam publikację Krystyny Bęczkowskiej dotyczącą literatury dla dzieci i młodzieży po roku 1990, dziś cofam się w czasie i sięgam do analiz literatury wydanej po 1970 roku. Nie umiałam pohamować się od porównań literatury dzisiejszej i tej z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, bo taka jest omawiana w niniejszym opracowaniu.

Autorka omawia poszczególne propozycje literackie dla młodzieży analizując je pod kątem tematyki stanowiącej główny wątek opowiadania, czy opowieści. Wyszczególnia zatem to jak przestawiany jest bohater, sposób obrazowania w literaturze negatywnego wpływu rodziny na nastolatków, problemu sieroctwa społecznego, problemów niepełnosprawnych nastolatków, kłopotów w szkole, relacji z rówieśnikami i rodzicami, a także dążeń do celu, determinacji, bohaterstwa. Kontynuując tradycję Ryszarda Waksumnda Krystyna Bęczkowska przedstawia idee reprezentowane przez autorów omawianych opowiadań. Czytając niewielkie streszczenia treści omawianych utworów czułam nieaktualność tychże tekstów, nieadekwatność środków jakimi rozpowszechnia się w nich wartości, wręcz przaśność, łopatologiczność niektórych z nich.

Nie znałam prawie żadnego z omawianych opowiadań. Może dlatego poczułam się tak zaskoczona ich treścią? Bo jakże odnieść się do historii młodego polonisty Artura, który wygrawszy w konkursie prozatorskim wczasy w Bułgarii rezygnuje z wyjazdu, by pieniądze przekazać na doposażenie nauczycielskiego zespołu grającego? Lub do opowieści o Michale, któremu żołnierze WOP-u wzruszeni jego sieroctwem wpłacają co miesiąc sto złotych na książeczkę mieszkaniową? Harcerzu, który podczas wakacyjnej pracy drużyny we Fromborku zamiast godziny na randce spędził siedem godzin i za karę nie mógł wmurowywać pierwszych cegieł w obecności ministra? Aż ciśnie mi się na usta - tak, Drogie Dzieci, tak się niegdyś pisało książki.

Jestem bardzo wdzięczna Krystynie Bęczkowskiej za przypomnienie literatury młodzieżowej minionych dekad. To bardzo ciekawe doznanie.

Prywata, czyli czemu mam dziś kłopot z czytaniem

Na początku grudnia Ingą zainteresowali się ludzie chcący dać jej dom. Mieli psa i kota, ale postanowili pomóc jeszcze jednemu stworzeniu. Czekali na nią, wiedzieli, że musi minąć jakiś czas nim zwierzęta wzajemnie się zaakceptują. Wszystko pozostawało w kocich łapkach.

Minął miesiąc. Inga nie przystosowała się do psiego i kociego towarzystwa i trzeba było zabrać ją z domu. Trafiła ponownie do schroniska.

Inga najprawdopodobniej musi być jedynaczką (choć może po prostu nie lubić psów). Ma około 2,5 roku, jest zaszczepiona, wysterylizowana, odrobaczona. Czeka na dom.

Piszę o tym, bo to ja oddawałam Ingę do domu i zabierałam ją z niego. Przyznam, że zawiezienie kota do schroniska, z ciepłego domu do owszem ciepłego, ale pozbawionego tak zindywidualizowanej jak domowa opieki, schroniska, wytrząsnęło mną. Piszę też dlatego, że bardzo pomogliście, gdy niedawno szukałam domu dla innego kota. Mam wielką nadzieję, że i w sprawie Ingi mogę liczyć na Waszą pomoc.